Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pisałem ci przecie: Mamy dom. Rozumie się, że w nim zamieszkamy, że będziesz w nim panią i gospodynią.
— Boże mój! Dlaczego mamy to robić? Dla rodziców będzie to straszny cios.
— Ale ty, ty! Nie wolałabyś być u siebie? Nie rozumiesz, że i dla mnie te dotychczasowe warunki mogą być krępujące i uciążliwe?
— Ależ dlaczego? Masz przecie zupełną swobodę, jesteś traktowany jak syn. Masz rodzinę!
— Znajdujesz, że mi nic nie brak, gdy mam mnóstwo roboty, wikt i opierunek. Nawet u Żydów zamężne dzieci nie zostają całe życie przy rodzicach.
— Moja rodzina nie jest żydowską! — oburzyła się.
— Więc nie wiem, w jakim szczepie ludzie dorośli, sobie poślubieni, mają tkwić przy rodzicach, kiedy mają własny dom i obowiązki.
— A jakichże ja obowiązków nie wypełniam?
— Żadnych, i co gorsze, że się do żadnych nie poczuwasz. Kupiłem majątek dlatego właśnie, że muszę ci dać pole do pracy i jakiś cel w życiu. Myślę, że ci przecie nie wystarcza takie wegetowanie próżniacze, że musisz mieć przesyt i nudę z tego bezcelowego podróżowania i strojenia się.
— Nazywasz bezcelowem podróżowaniem, jeśli wydaję czasami dla kuracyi własnej lub dla towarzystwa mamy, która oprócz mnie nie ma żadnej