Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


interesów jego pilnować, nie kraść i nie próżniaczyć — dla ciebie to żadna zasługa.
Nie służba też dla ciebie, ani zasługa, że się nie upijasz, nie obcujesz z miasteczkową zgrają — nie zabawiasz się jak oni.
Ani zasługą ci jest kłamana miłość dla kobiety — jakoby jej uczucie szanując — nie delikatność to — ale słabość — próżność — i zły nałóg.
Niema mocy w tobie — niema mądrości — niema miłowania — zapomniałeś prawa.
— Atmo! — zaszemrały drgające wargi zmiażdżonego. Ale nie otrzymał odpowiedzi — i do ziemi przywarty leżał, nie widząc drogi, sposobu, wyjścia!
Na łąki poczęła padać rosa wieczorna, gdy posłyszał nad sobą ludzki głos:
— Panie! Majstrze!
Zerwał się. Nad nim stał Jasiek młynarczyk z siatką na raki i koszem.
— A to zaspaliście! — śmiał się chłopak. — A tam we młynie was od południa szukają. Macie nowinę!
— Mlewo przywiózł kto?
— Nie. Matka wasza z jakąś drugą przyjechała.
Jaworski się zerwał i stał chwilę, jak człowiek z ciężkiego snu zbudzony. Aż raptem zabiło mu serce przeczuciem, że przecie była odpowiedź i poszedł prędko, lekko, wesoło do domu. I oto ujrzał