Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łączyło. Życie, świat, ludzkie prawa — te katują — więżą — zabijają — śmierć toć tylko złuda niedoli — a naprawdę to wolność dopiero.
— Prawda, mogę i ja tam być zaraz!
— Nie masz prawa.
— Mnie tak strasznie boli.
— Gdyby żyła, poślubiłbyś ból do końca wieku. Stokroć gorszy, stokroć bardziej piekący. Odeszła cię, twoja, własna, miłująca — a gdyby żyła, jeszcze za dni kilka, kilkanaście musiałoby nastąpić rozstanie. Odeszłaby od ciebie do męża, do obowiązków, do rodziny, do stosunków. Błogosław śmierć, co wam oszczędziła tamtego losu. Grom, co zabija w sekundę, szczęściem jest w porównaniu do raka lub suchot. Ja dziś też o jedenastej, byłem, widziałem, tę, którą kocham. Żyje, zdrowa, a nie wiem, kto z nas, ty, czy ja, bardziej cierpi w tej chwili.
Ta twoja, umarła, słyszy cię, widzi, rozumie, jest z tobą duchem, już wolna. Moja, żywa, nazywa uczucie grzechem lub absurdem, zapraszała mnie na obiad, gdy mąż wróci, po półtorarocznem niewidzeniu, zabawiła ze mną kwadrans, bo spieszyła do krawcowej, i mówiła mi, że się zapewne ożenię z Atmą.
— Atma wiedziała — szepnął Adam. — Jak mi strasznie źle! O Boże! Ty masz pewnie racyę, oboje mądrzy jesteście, ale ja nie mogę myśleć, mnie tak boli rozpacznie. Mnie tak czarno! Ja nie chcę