Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy odeszli, położył się na ziemi, skrwawione ręce, zbolałe ramiona do niej przycisnął i wypoczywał, jak pociągowe zwierzę, bez myśli, ale bez żadnej dusznej troski i męki.
Długo tak leżał. Wokoło gwar cichł. Chłopi robotnicy odeszli na noc do domów, na rzece opustoszało, mgłami była pokryta jak płachtą. Z błot i mokradeł wstawały roje komarów i rozlegały się chóry ptaków, raz ciszę przerwał gwizd lokomotywy pociągu roboczego, zastukały siekiery przy barakach, trzask walonego drzewa na ogień, urwana zwrotka artielnej pieśni i wreszcie ozwało się wołanie:
— Karliński! Karliński!
Jaworski się zerwał.
— Jestem! — odpowiedział.
— Nu, żywo do zapisu, na drożnego.
Poszedł, mozolnie dźwigając się na świeży nasyp.
Majster drogowy zajął na biuro budę wypędzonego dróżnika, inżynier, służba kolejowa mieszkała w wagonie. Ruch tam jeszcze był, kręcili się ludzie, rozchodziła się woń potraw, szczękało szkło. Majster, przygotowany przez dróżnika, ledwie spojrzał na paszport — zapisał, zręcznie pięć rubli zgarnął i rzekł:
— Własow, cieśla, chce ciebie pod rękę.
— Dobrze. Pójdę do nich, tylko narzędzi nie mam. Można kupić?