Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do gości. Gdy szedł przez podwórze, spotkał wędrownego kramarza Icka, który jakby nań czatował.
— Proszę jaśnie pana, ja wczoraj był w miasteczku, to mnie jakaś uboga dała list, coby jaśnie panu doręczyć.
— Co za uboga?
— Jakaś taka stara. To ona pewnie prosi o wsparcie.
Adam wsunął list do kieszeni, i po chwili o nim zapomniał. Takich próśb o wsparcie odbierał tyle, że gdyby je wszystkie spełnił, po roku sam by żebrać musiał.
W pałacu czekano nań z wintem. Rozpoczęła się gra i gawędka zwykła na wsi — o cenach zboża, o koniach, — o plotkach, o polityce. W salonie obok bawiły się panie domu z panią Gawrońską, potem rozległ się fortepian i śpiew. Młody Zaleski omylił się w grze — napadł nań partner.
— To wina żony pana i jej śpiewu — tłómaczył się, zwracając do Adama.
Ten dopiero wtedy zwrócił uwagę i przysłuchał się. Rzeczywiście Anielka śpiewała inaczej, żywiej, z większem zrozumieniem.
— Dużo śpiewa w tym roku. Poczciwa, została tu dla mnie i z nudy na wsi zajęła się muzyką — rzekł Taubert.