Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem pytanie, w odpowiedzi podniosła się, pochyliła, jak rubinową czarę wina pragnącemu — podała mu swe usta.
Przemówiła nieprędko potem, głosem swym głuchym i przejmującym, powoli, wyraz po wyrazie, jakby się dopiero uczyła mowy.
— Byłeś w głębi loży, sam profilem do mnie zwrócony. Widziałam tylko kąt twego czoła, i ciemną głębię oczu, i szczęki zacięte. Patrzałeś i nie widziałeś, słuchałeś, a nie słyszałeś. Pomyślałam: cierpi — jak ja, sam jest — jak ja, należymy do siebie. Zawołałam cię duszą, wolą, pragnieniem: spójrz! Nie spojrzałeś, zmarszczyłeś tylko brwi, rzekłam tedy: opierasz się, a przecież będziesz musiał. A potem spotkałam cię w cukierni. Byłeś z dwoma panami, oni się śmieli obserwując kobiety; śmiałeś się i ty, ustami, kurczem muskułów, tylko oczy miałeś bez blasku i życia. Ci dwaj odeszli, ty zostałeś nad filiżanką czarnej kawy, śmiertelnie znudzony. Spojrzałeś parę razy na zegar, czekałeś na kobietę, która się spóźniała. Gdy przyszła, nie zabłysły ci oczy, przyjąłeś ją tem samem zgasłem spojrzeniem, i poszedłeś z nią. A ja nawet nie czułam zazdrości, poszłam za wami do bramy jej mieszkania, i powtórzyłam mą wolę: nie czujesz mnie, a przecie ja będę! Spotykałam cię potem wiele razy, na ulicy, w sklepach, na wentach i koncertach, byłam dla ciebie częścią tłumu, ty dla mnie jednostką wśród nicości, mówiłam do ciebie myślą, wolą,