Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ocknęło z rozmyślania zgrzytanie zegaru — porachował uderzenia — dziewiąta.
Zerwał się, zdjął kożuch, bo dławił się gorącem i znowu siedział, z obwisłemi ramionami, zgarbiony, ze wzrokiem wbitym w ziemię.
I cóż z tego, że ramiona jego mogą i umieją dźwigać ciężary i władać toporem i piłą bez umęczenia dzień cały — co z tego, że znosi grube jadło i wszelką niewygodę — jak Miszka, co z tego — jeśli mu został jego duch ze wszystkiemi potrzebami, z niemożebnością — nie myśleć.
Gdy był jeszcze tam — na tamtym świecie — nie brakło mu nigdy towarzystwa — nie przerywała się nigdy praca. Wieczory, noce zimowa spędzał nad książką, nad rachunkami, obmyślając plany i projekty — a praca jego nie miała martwych sezonów.
Teraz był atomem masy robotniczej, kroplą oceanu, jedną parą bezimiennych rąk tłumu, co pracuje lub szaleje.
A szał przyjść musi. Bezimienne ramiona tworzą olbrzymie dzieła, dostają się do wnętrza ziemi, budują potwory statków, co opanowują oceany — odziewają, karmią ludzkość, zdobywają pustynie, co wyprowadzają na skał szczyty, i przeprowadzają przez rzeki i przepaście, muszą czasami mieć odczucia swej mocy i potęgi i zapomnienie, że nie tworzą — a tylko wykonywają. I wtedy niszczą. A bezimienne masy miewają odpoczynek