Ramułtowie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
RAMUŁTOWIE.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
przez
J. I. Kraszewskiego.

WARSZAWA.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.

1881.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 25 Ноября 1880 г.

Drukiem S. Orgelbranda Synów, ulica Bednarska Nr. 20.






I.

— Ale tu w tém powietrzu oddychać nie można — rzekł chmurno. Zadzwoń o rachunek i herbatę. — Uczty tego rodzaju płacą się dosyć drogo; masz prawo budzić i być trochę niegrzecznym...
To mówiąc począł okna otwierać przybyły, aby ranne weszło powietrze. Towarzysz drugi przejrzał się w zwierciadle i poprawił włosy. Spiął kamizelkę — westchnął.
— Nie pięknie wyglądam dzisiaj — odezwał się: zmęczony jestem, niewyspany — okrutnieśmy hulali... i to od godziny dziesiątéj wieczorem aż do trzeciéj czy pół do czwartéj... Szampańskiego co wypili — powiadam ci... i to Roed rer Carte blanche...
Sylwan twarzą zwrócony ku oknu jakby nie słuchał, drugi mówił ciągle:
— Poczciwy brat z ciebie, żeś się o mnie tu dowiedział... lecz... darmo... ty już potępionéj duszy ze szpon szatana-świata nie wyrwiesz... mnie dyabli wziąść muszą...
— Nie widzę konieczności, rzekł Sylwan, i dodał, jakby odwodząc od téj rozmowy. — Chodźmy.
— No — to idźmy do ciebie... zrobisz mi herbaty i położę się na kanapie.
To mówiąc począł szukać pan Herman kapelusza i paltota, nie mogąc ich nigdzie wynaleźć. Zamiast własnych, odkrył nareszcie palto ogromnych rozmiarów, widocznie zamienione, i zduszony kapelusz także cudzy.
— Patrzajże, proszę ciebie... oto ślicznie ztąd wyjdę wyekwipowany! Trzeba będzie do kosztów naszéj wieczerzy doliczyć nowe okrycie głowy i grzbietu...
Sylwan odwrócił się.
— Nikt twego stroju na ulicy o téj porze nie zobaczy, rzekł żywo, a po inny późniéj poszlemy do mieszkania, Staszek ci je przyniesie do mnie.
— A no! naturalnie, muszę wszelkie konsekwencye biesiady rad nie rad podźwignąć — dodał Herman. Chodźmy.
Sylwan co najspieszniéj chciał się wycofać i szybkim krokiem począł iść ku drzwiom: wstrzymał go mijając stół Herman i wskazał nań.
— Patrz, proszę cię, na te wymowne znikomości ludzkiéj dowody: w jak prędkim czasie wszystko to zmieniło się w kupkę śmiecia!... Kieliszek, z któregośmy wypili rozkoszne szały — śmierdzi trucizną... przepych obrócił się w brud.. i żyjże tu na tym świecie!
Sylwan kiwnął tylko głową — wyszli oba z salki... W drugim i trzecim pokoju nie było nikogo, w ostatnim znaleźli kellnera z serwetą w roku, z otwartemi ustami, twardym snem ujętego w krześle... Herman nie mógł wyjść, nie spłatawszy figla. Na kantorze stał kałamarz, w którym umoczył palec i wąsy mu umalował. Śpiący opędzał się jego ręce, jakby czuł muchy... i zasnął znowu... Mimo groźnego spojrzenia Sylwana dopełniwszy co zamierzył, Herman z nim razem wysunął się wreszcie w ulicę... Tu dopiero się życie miejskie rozpoczynało od najtwardszéj pracy. Słychać było po bruku wlokące się wozy ciężkie, bokami ulic szli powoli robotnicy, sługi na pół odziane do otwierających się piekarni i rozwożących mleczywo, otwierano gdzie niegdzie okiennice, zamiatano przed domami — przedmówkę powszedniego życia mieli przed oczyma przechodzący. Sylwan wpatrywał się w nią z pewném zadowolnieniem, Herman oczy miał przymrużone, usta otwierały się ziewaniem. Szedł ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach. Stawał niekiedy i rozglądał się, czy jeszcze daleko byli od celu téj rannnéj przechadzki. Nareszcie z ulicy głównéj zwrócili się w boczną, umajoną ogródkami, Sylwan otworzył furtkę, od któréj miał klucz i wprowadził brata w zaciszny kąt swój. Domek maleńki stał wśród sadu i kwiatowego ogródka, bardzo czyściuchno utrzymanego... Był to raczéj rodzaj altany niż domu i zimą trudnoby w nim było wymieszkać. Latem za to nie mógł milszego i cichszego nad to znaleźć schronienia. Kwitły mu jabłonie, pachniały brzozy, miał zielone kobierce murawy i grzędy pstrych wesołych kwiatków. Duża salka i pokój sypialny z małą izdebką służącego składały cały ów dworek.
Pomimo licznych okien salka była przyciemna, bo krzewy wchodziły prawie do niéj i przypierały do ścian. Umeblowanie bardzo proste, sofy, krzesła, fortepian, szafka z książkami, stół zarzucony papierami, ubierały skromnie pokój, w którym znać było pracowitego i cichego gospodarza. Na ścianach wisiały rysunki i sztychy, widoki i studya różnych kraju okolic... Tuż przeze drzwi sypialnia niewiele się od salki różniła... Sylwan otworzywszy drzwi poprowadził ciągle ziewającego jeszcze Hermana wprost do czystego łóżka, które mu wskazał... Nie dając się prosić zrzucił przybyły odzienie, schwycił szlafrok i pośpiesznie padł na posłanie.
— Czy mam czekać na przebudzenie z herbatą, czy do herbaty cię zbudzić? zapytał gospodarz.
— Naiwny jesteś, jeżeli myślisz, że ja tak łatwo usnę, zawołał Herman. Potrzebuję położyć się i spocząć, ale głowę mam pełną myśli — serce pełne wrażeń... sen mnie nie weźmie, choćbym go prosił. Każ robić herbatę a sam zostań przy mnie...
— Więc — zaraz wrócę — rzekł Sylwan — czekaj.
Jakoż w kilka minut, przywoławszy chłopca, który się zajął gotowaniem orzeźwiającego napoju — Sylwan przyszedł i siadł przy bracie. Herman leżał z otwartemi oczyma, blady i widocznie zmęczony... ale oprócz znużenia cielesnego, widać na nim było znękanie moralne.
Sylwan wziął go za rękę... W tym uścisku braterskim gdy się dwie dłonie ich splotły, nie patrząc nawet na twarze, można było po rękach obu domyślić się dwóch natur, żywotów i zawodów odmiennych. Hermana ręka biała, delikatna, wypieszczona, z żyłkami sinemi, należała widocznie do człowieka który nic nie miał do czynienia i mógł się nią bawić zarówno i życiem; palce Sylwana zapracowane, silne, opalone, muskularne oznajmowały, że nie próżnowały i nie lękały się dźwignąć ciężaru ani podjąć walki... Chociaż ich łączył węzeł braterski krwi i przywiązania, nic bardziéj nie mogło się różnić nad dwie twarze obu młodych, pokrewnych nawet rysów ludzi — natury tak odmiennéj jak ich dłonie — Herman był bardzo piękny, blady... wybielony życiem pokojowém i pieszczotami; w ustach miał wiele dobroci ale razem szyderstwa... z oczu i czoła biło sceptyczne rozczarowanie i lekceważenie wszystkiego, smutek razem i złość jakaś utajona, duma i boleść. Sylwana twarz podobna krojem, różniła się charakterem poważnym i łagodnym razem, pewną pokorą, która może była tylko rodzajem przekształconéj dumy, w każdym razie nie waśniła się ze światem i spokojnie patrzała nań, nie mając żalu, iż nie takim był jak chciała. Sylwan téż starszym się wydawał o lat kilka i dojrzalszym... w Hermanie młodość burzyła się jeszcze i buchała.






II.

— No, cożeś ty się tam tak zadumał? szepnął Sylwan, wyczekawszy aby się brat odezwał sam; czego tak wzdychasz i oczy słupem ci stoją? Wczorajsza zabawa co cię miała rozweselić, widzę jeszcze uczyniła cię kwaśniejszym. Zrzućże ten ciężar z serca, mów... przedemną możesz się przecie spowiadać otwarcie...
— Mój Sylwku... a co to pomoże? pieszczotliwie począł leżący na łóżku. — Życie ze wszystkiemi swemi tłómokami ciąży mi... kręcę się, rzucam i nie mogę trafić na drogę, którąbym mógł iść spokojnie daléj — a widzieć, że zajdę do jakiegoś celu. Widzisz jestem z tobą szczery, bo za nic w świecie przed nikimbym nie przyznał się do tego, co ci powiadam.
— Mówże, no mów, spokojnie odparł Sylwan... słucham... spowiedź ta ulży tobie.
— Ze świata i z siebie jestem nie kontent, ciągnął daléj Herman. Prawdę powiedziawszy, nie wiem sam czego chcę... gdzie idę i — co potém?... co potém? na co to wszystko, kiedy się każda moja wyprawa argonaucka kończy tak, jak wczorajsza wieczerza?...
Podpoiłem i nakarmiłem najukochańszych przyjaciół moich, aby się dowiedzieć od nich, gdy się zaczęli wywnętrzać, że ostatecznie są nie wiele warci.. Tak oni mi zbrzydli teraz jak to wino, które piłem z niemi... Więc wszędzie spotykam rozczarowanie... i tak ci ma być in saecula saeculorum?
Sylwan jeszcze nic nie odpowiedział, zapalił cygaro i słuchał z powagą nauczycielską a politowaniem pewném...
— Mówże, no mów, mruczał ciągle. — Co daléj?
— A jeszcze w dodatku — rzekł nagle Herman, — głupiom się zakochał...
— Myślisz, żeś się zakochał? spytał Sylwan.
Brat spojrzał nań dziwnie.
— Szalenie, szkaradnie... do waryacyi! zawołał — zakochałem się!
— Który to raz? zimno znowu rzekł Sylwan... I znowu popatrzali na siebie, Herman się uśmiechnął.
— Tamte były — młodzieńcze płomyki... a to jest ogień piekielny! dodał z zapałem — zachwycająca istota!...
— Któż to taki? mówił Sylwan — boć nie prezesówna Iza?
— A! pfe! prezesówna! Krochmalna ta lalka; dzieło rąk guwernantki, która ją stworzyła na obraz i podobieństwo swoje... Jakże ty możesz mnie o coś takiego posądzać?
— Był przecię czas, gdy wielbiłeś Izę?
— Dopókim się nie przysiadł do niéj i nie rozmawiał z nią... przerwał Herman.
— Więc w kimże to nowe zakochanie?
— Mnie się zdawało, że ty powinieneś odgadnąć! Oszczędziłbyś mi upokarzającego wyznania, bo osoba... osoba...
— Cóż? zamężna? z oburzeniem zapytał Sylwan.
— A! nie! nie! niecierpliwie rzekł Herman, uderzając ręką o krawędź łóżka — jakżebyś ty nic nie zgadł!
— Ja bo nie mam daru zgadywania — uśmiechając się począł Sylwan — a najmniéj mógłbym się domyślać przedmiotu miłości takiego zapalczywego młodziana jak ty, który co kilka dni innemu obrazowi się kłania.
— Niestety — co teraz to podobno miłość na seryo!
— A! na seryo — słucham więc i bardzom ciekawy...
— Byłeś w Teatrze? widziałeś Violę w rolach naiwnych dziewczątek?
Sylwan zmieszał się jakoś i zarumienił, lecz niepostrzeżenie dla brata; skinął głową nie chcąc się może zdradzić głosem, i mruknął:
— Tak — tak.
— Gdym ją po raz pierwszy zobaczył, podobała mi się, no — ale tak jak ładne dziewczę, młodziuchne a świeże podobać się może. Zapaliłem się do twarzyczki, buziaka i oczek. Po sztuczce, w któréj grała poleciałem do Jóźka aby mnie zakulisy zaprowadził i zaprezentował.
— Co ci po tém? rzekł mi — jeśli Violkę bierzesz za pospolite dziewczę zalotne, z którém się myślisz pobawić i pożartować, żal się Boże zachodu... A cóż to za przebrana księżniczka? począłem śmiejąc się. Żadna księżniczka, rzekł Józiek, ale strasznie mądre stworzenie.. ani przystępu do niéj — kwaśna, ostra, obraźliwa...
Pomimo że mi ją tak źle zarekomendował, uparłem się, poszliśmy z nim za kulisy. Violka szła jeszcze ubrana po wiejsku, gdyśmy ją spotkali. Józiek mnie przedstawił; spojrzała, kiwnęła główką i chciała zaraz uciekać. Palnąłem siarczysty komplement, chcąc ją upoić kadzidłem: rozśmiała mi się w oczy. Śmieszek był nie wesoły, szyderski. Zastąpiliśmy jéj drogę ażeby zmusić do dłuższéj rozmowy; nie zmieszała się tém wcale, i odpowiadała — ale mówię ci z takim dowcipem, przytomnością, tak bez najmniejszéj kokieteryi, żem został oczarowany. Rzadko w salonie najlepiéj wychowana panienka znaleźć się tak potrafi. Odszedłem, już za pierwszym razem mogę powiedzieć zakochany... Potém kilka razy starałem się z nią spotkać, i dobiła mnie, a to ci powiem, że najmniejszéj nie zdaje się mieć myśli ani ochoty do tego, obchodzi się ze mną jak z dzieciakiem... dobrego słowa mi nie powie... a czarująca! czarująca!
Sylwan zaczął się śmiać sucho i dziwnie — Herman nań popatrzał.
— Z czegoż ty się śmiejesz?
— Z twojéj szalonéj miłości, która będzie pono trwała właśnie tyle, ile teatr ten gości u nas...
— Znasz że Violę?
— Widziałem ją — począł siadając Sylwan... a przypadkiem dowiedziałem się jéj historyi, powiem ci więc ją dla tego, żebyś nie marzył o tym owocu zakazanym.
Herman westchnął.
— Ojciec Violi był starym aktorem, znakomitego rodzimego talentu... komikiem nieporównanym, ale człowiekiem bez hamulca, bez obyczajów... który trawił życie po szynkowniach... żył z dnia na dzień i mimo najlepszego serca, starém zepsutém dzieckiem dotrwał do końca, wlokąc za sobą ofiary. Temi była żona jego, artystka także, najnieszczęśliwsza istota, zmuszona walczyć z nim o chléb swój i dziecka, i dziecko to, które ledwo odrosłszy od ziemi, poznało wszystkie rodzaje nędz i upokorzeń. Ojciec jéj zszedł, coraz się bardziéj upijając, do takiego upadku, iż ledwie w najlichszych truppach mógł na kawałek chleba zarobić. Zamykano go na klucz w te dnie gdy grać potrzeba było. Matka zmarła do rozpaczy przywiedziona gdy Violka miała lat siedm czy ośm... a nie dziecko powierzała ojcu, ale tego nieszczęśliwego jéj musiała powierzyć; miarkujesz jakie to było wychowanie. Kołysała ją niedola, nędza przyspieszała dojrzałość, sieroctwo ją uczyło, sponiewieranie ojca kazało zmężnieć przed czasem by go ratować. Niemiała prawie dzieciństwa i to świeże, niewinne stworzenie co gra role niewinne z taką doskonałością nigdy nie miało czasu być dzieckiem... Życie całe swe brudy, rany i szkarady odsłoniło przed nią wprzód nim sama zamarzyła o ideałach. Talent ten wyrósł w ogniu nędzy okrutnéj... Ojciec zmarł, została sierotą, sama... bez opieki wśród ludzi, co ani mogą ani myślą białéj sukienki szanować... Musiała odgadnąć swe obowiązki, środki obrony, zebrać się na męztwo, nie zlęknąć głodu nawet... Wyszła z tych prób zwycięzko, lecz miarkujesz, że taką niedolę, taką cnotę, takie sieroctwo należy szanować... i że płocho chcieć bałamucić dziewczę, które w świecie całym ma jedno serce swoje... byłoby występkiem.
— Wszystko to w twych ustach ślicznie wygląda, rozśmiał się Herman; ale — czekaj — audiatur et altera pars. Widzę prześliczną, różowiuteńką, okrytą puszkiem młodości wisienkę dojrzałą na gałązce... Rozczulam się nad jéj wdziękiem... nie mam serca zerwać i połknąć; w téj chwili szary paskudny wróbel wyrywa się gdzieś z kąta, schwycił ją w dziób i poniósł. To właśnie morał twéj historyi sieroty Violi.. któréj ja będę się kłaniał z uszanowaniem dla jéj niedoli, a jakiś młokos śmielszy zbałamuci.
— Byćby to mogło — odparł spokojnie Sylwan — lecz zaręczam ci, że ta wisienka lada wróblowi wziąć się nie da. Daremne będą twoje zabiegi... Nazwałeś to miłością — dodał — jabym temu dał imię fantazyi tylko... Ty jeszcze nie umiesz kochać, i wątpię, żebyś już kiedy potrafił.
— Dla czego? podchwycił Herman.
— Dla tego, że jak cała młodzież dzisiejsza, puszczona swobodnie, nie hamowana w niczém — mało masz poszanowania dla kobiety. Ona dla ciebie będzie ideałem kształtów, wdzięku... ową wisienką do zjedzenia o któréj wspominałeś, nigdy złotoskrzydłym aniołem, w któregobyś serce uwierzył i chciał z nim życie podzielić...
— Viola jest z pewnością więcéj warta nad pospolite dziewczęta... a ty jéj ocenić nie potrafisz...
— To dobre! a zkądże ty znowu tak doskonale znasz ją, jéj przeszłość, cnoty, serce i idealne złote skrzydła? zawołał Herman...
— Ja? rzekł Sylwan. Nie będę ci się zapierał tego, lubię teatr, znam kilku artystów, w ich towarzystwie poznałem ją, zbliżyłem się bez najmniejszéj pretensyi ani podobania się, ani bałamucenia jéj i siebie... i — spuszczając głowę dokończył Sylwan... poznałem ją bliżéj, a poznanie to wzbudziło dla niéj szacunek...
Herman się rozśmiał.
— Ty ze swoją powagą i wiarą jesteś zabawny! Ależ mnie opowiadano historyę o niéj! To porządny kopciuszek, ale wcale nie tak naiwny, jak ty go sobie wyobrażasz! Ho! ho!
— Jeśli ją lepiéj znasz nie ma co mówić o tém — dodał brat; — ale zdaje mi się, że się mylisz... To co powiadasz, uspakaja mnie, bo z téj strony ją znając, jak sprytnego kopciuszka, niebezpiecznie zakochać się nie możesz... Fantazya ta przejdzie jak inne... Wybije ci ją z głowy druga...
— Tymczasem ani przystąpić mi do siebie nie daje, odezwał się Herman... Mój drogi jak ty mnie kochasz, kiedy ty z temi artystkami jesteś tak dobrze... a masz tam wstęp — ratujże mnie!
Sylwan zerwał się z łóżka.
— Dajże mi pokój! Ja żebym ci pomagał do takich bałamuctw! Hermanie — przecież mnie znasz!
Chłopak wnoszący herbatę przerwał na szczęście rozmowę; obaj zamilkli, Sylwan się wziął do samowara, Herman zamyślił się i wzdychał. Jakiś czas trwała cisza przerywana tylko brzękiem szkła i łyżeczek. Dzień już się był zrobił jasny i od ulicy żywy ruch słychać było... Miasto budziło się, dzwony wołały do kościołów, powozy turkotały po bruku, z dala dolatywały rozmowy głośne i śmiechy idących na targ włościan...
— Wiesz ty? co — rzekł wypiwszy herbatę z cytryną Herman — należało by mi pójść do domu... ale w tym paltocie i kapeluszu przez ulicę przejść niepodobna...
— Weź co mojego...
— Masz tak anachoreckie ubranie, rozśmiał się Herman — doprawdy, niepodobieństwo... gdybyśmy kogo roztropnego do mojego Staszka posłali — ale kogo?
— To znaczy chyba, żebym ja sam poszedł, odezwał się Sylwan. Zgoda i na to, lecz jest jeden warunek.
— No! jaki?
— Jeśli kto do furtki ogrodowéj zadzwoni żebyś nie otwierał.
— Dla czego?
— Dla tego, że ja sobie tego życzę... że cię o to — proszę.
— No, to nie otworzę... Kładę się na łóżko i odpoczywam...
Sylwan wziął swój szary kapelusz z salki i przymknąwszy drzwi sypialni wyszedł powoli.
Herman istotnie położył się na jego łóżku, przymknął oczy i drzemać począł. Nie upłynął kwadrans gdy dzwonek od ogrodowéj furtki się odezwał... Herman otworzył powieki, myśląc: — Ciekawa rzecz dla czego on mi otwierać nie kazał? Może kto z interesem i Sylwan zaraz powróci, mógłby sobie na niego poczekać.
Zadzwoniono nieśmiało po raz drugi... Herman wstał, poprawił trochę suknie... i wyszedł ścieżką ku furtce. Zbliżając się ku niéj, usłyszał za murem rozmowę... Przyspieszył kroku, otworzył... Dwie osoby stały w progu: staruszek siwy, przygarbiony i zakwefiona kobieta młoda... Na widok Hermana pierwszy się zmieszał, a druga żywo cofnęła i zwróciła tak, że twarzy jéj widzieć nie mógł.
— Pana Sylwana nie ma w domu? — zapytał stary.
— Nie ma, ale natychmiast powróci... Możeby państwo przeszli się po ogródku i poczekali trochę; w téj chwili nadejść powinien...
Staruszek zwrócił się do kobiety jakby z zapytaniem; ta milcząco dała mu znak przeczący i odsunęła się od furtki żywo. Stary skłonił się i poszedł za nią. Herman wyjrzał jeszcze za oddalającymi się — i — byłby przysiągł, że tego staruszka gdzieś widział bodaj za kulisami teatru — a... ta zakwefiona pani... postawą i ruchami tak przypominała Violę!
Nie śmiał i niemógł pogonić, ale ścigał ją długo oczyma, w ostatku gdy znikli, furtkę przymknął i zamyślony wrócił do sypialni.
— Otóż dla czego Sylwan nie życzył sobie, ażebym furtkę otwierał! — i dla czego tak się unosił nad ideałem panienki, która w towarzystwie szanownego suflera, przychodzi mu ranne oddawać wizyty! Dobryś braciszku! A! rozumiem! Taki pedant, purytanin, świętoszek, na morałach jeździ jak najlepszy berejter... a panny o świtaniu u siebie przyjmuje.
Chód śpieszny od furtki przerwał rozmyślania Hermana. Drzwi się otworzyły; wszedł najprzód Sylwan rzucając na brata wejrzenie chmurne, a za nim ładny chłopaczek w liberyi bardzo wytwornej, z twarzyczką roztropną, ożywioną, dowcipną — doskonale dobrany służka swego pana.
Staszek miał na ręku palto i kapelusz czarny, usta miał zakąszone i uśmiechnięte.
— Pani hrabina już się pytała rano o pana — rzekł wchodząc; — ja powiedziałem chwała Bogu niezgorzéj, że pan na wsi i że dopiero po ósméj powróci... Biegałem już do restauracyi, kellner mi powiedział, że pan nad rankiem wyjść musiał, a był czegoś zły i cytryną sobie pod nosem smarował... bo mu ktoś wąsy atramentem umalował.
Staszek począł się śmiać.
— Jabym przysiągł żeto pan!
Herman kładł palto spoglądając na brata, który stał milczący i widocznie nadąsany. Skinął na Staszka żeby szedł przodem i zbliżył się do Sylwana.
— Co ty tak pochmurniałeś? spytał.
— Zrobiłeś mi przykrość — odezwał się sucho Sylwan. Prosiłem cię ażebyś furtki nie otwierał...
— Lękałem się ażeby kto nie był z interesem, nie masz się gniewać za co...
— Prosiłem cię — dodał starszy — to dosyć; powinieneś był choć raz posłuchać. Zaufałem ci... uczyniłeś mi przykrość! wielką przykrość!
— Wierz mi, odezwał się Herman, iż sam to sobie wyrzucam... ale mógłżem się u licha spodziewać, żebyś ty, anachoreta, o ósméj godzinie rano odwiedziny jakich pań przyjmował...
— No, nie żartuj — rzekł surowo Sylwan — jesteś płochym często, ale poczciwym zawsze... Ufam ci — poznałeś w kobiecie Violę, bo ona ciebie poznała, i odeszła ztąd zmieszana, płacząca, przewidując, że z najniewinniejszéj w świecie rzeczy zrobi się plotka...
Proszę cię więc na naszą miłość braterską Hermanie, zapomnij, żeś ją tu widział, i nie wspominaj o tém nikomu...
— A ta najniewinniejsza w świecie ranna przechadzka do twojego ogródka? zapytał Herman — cóż ona ma znaczyć?
— Właśniem ci to miał powiedzieć — dodał żywo Sylwan. — Doktor kazał jéj pić wodę emską, przy wodach potrzebowała chodzić... Na publicznéj przechadzce gdziekolwiek bądź, wyszpiegowanoby ją i ścigano; zaproponowałem mój ogródek, ręcząc, że tu nikogo nie wpuszczę. Przychodzi ze starym suflerem; widuję ją tylko gdy furtkę otwieram. Na to com ci powiedział, daję najuroczystsze słowo honoru...
— Wierzyłbym na proste twe słowo — z ironicznym uśmiechem odezwał się Herman... Widzę tylko z tego, że jesteś du dernier mieux z tą śliczną Violą, żeś nawet o nią zazdrosny, i że mnie nie pozostaje nic nad pełne uszanowania wycofanie się przed panem starszym bratem..
To rzekłszy skłonił się Herman, smutnie i kwaśno żegnając Sylwana, który go jeszcze raz pochwycił za ręko.
— Ani nawet jéj nie powiem żem poznał. — Słowo... bądź spokojny...
— Hermanie — słowo że o tém nie wspomnisz nikomu!
O! moralista! moralista! mruknął odchodząc...
Sylwan zadumany pozostał długo w progu, patrząc za odchodzącym. Dobry jego uczynek względem brata, dziwnie mu się wypłacił! Los prawie zawsze, z tą ironią wywdzięcza ludziom poświęcenie i miłość.






III.

Działo się w świeżo najętym domu, w którym nowy lokator urządzał się zmęczony krzątaniną, ocierając pot z czoła.
Spojrzawszy nań każdy, najdobroduszniejszy nawet żydek, byłby od razu poznał wiejskiego obywatela, a dowcipniejszy domyśliłby się po pewnych znamionach, że pochodził z Kongresówki. Obywatel wiejski ma w sobie zawsze, mimo pumeksu, którym z niego starą barwę zetrzeć się starają cywilizatorowie i reformatory — coś z tych królewiąt Szajnochy, którzy kilkaset lat panowali krajowi. Najpokorniejszy z nich zdradza to, że kiedyś był sam jeden wolny a drugim rozkazywał... Długie lata wykształciły typ, ruchy, mowę i obyczaje... Jest w nim coś średniowiecznego mimo fraka, coś rycerskiego mimo okularów, coś pańskiego mimo opuszczenia i zbrukania. Twarz, wzrok, głos, choć zdetronizowane, znać, że panowały niedawno... W naszym szlachcicu było nieco téj staréj buty, ale rozmiękłéj pod wpływem sybarytyzmu... Mały, krągły, tłuściuchny, rumiany, mimo lat około pięćdziesięciu ubrany po młodemu i nie bez pretensyi do elegancyi a wdzięku, pan Aleksander Junosza, chodząc, przeglądał się niekiedy w zwierciadłach, włosy poprawiał, suknie pociągał, niespokojny był widocznie, jak się tego dnia wydawać będzie. A wydawał się świeżo, może do zbytku różowo tylko, i choć zmęczony, chodził młodzieńczemi krokami, i gdyby nie zaokrąglenie, z daleka można go było wziąć za trzydziestoletniego kawalera. Był jednak wdowcem oddawna... a metryka świadczyła, iż zbliżał się do fatalnego kresu pięćdziesiątówki. Jeszcze go nie dościgł, ale już wzdychał nad okrucieństwem czasu, który zbiegł tak nielitościwie.
Około oczu występowały już zarysy zmarszczków, około ust częsty uśmiech popisał drogi którędy się ślizgał — na czole nie myśl ale znużenie pokreśliło pasy niepotrzebne... Wszystko to krasił rumieniec, a junacki wąsik podkręcony do góry, nastrzępiony był z młodzieńczą fantazyą. Ten pozór młodości i miły a przyjacielski charakter były przyczyną, że pana Aleksandra Junoszę do dziś dnia nazywano — Olesiem. Chodził pod tém imieniem... u znajomych i nieznajomych, pieszczotliwy przydomek stał za charakterystykę... Kochano Olesia, bo był dobrym koleżką do wszystkiego i nie pedant wcale, nikt go jednak nie brał na seryo. Sam z siebie majętny, Oleś ożeniwszy się ze starościanką M... nabył znaczniejszego jeszcze majątku, a po najdłuższém życiu pani starościnéj, teści swéj, miał nadzieję dla jedynaczki córki wielki otrzymać spadek. Panna Hanna miała już lat dwadzieścia, a była śliczna, dobrze wychowana, rozumna, i tylko — jak młodzież utrzymywała — trochę za poważna na swój wiek, za śmiała na swój stan... Obawiano się jéj, ale kochano z daleka.. Ci co ją bliżéj znali, byli dla niéj z uwielbieniem. Właśnie troskliwa babka, pani starościna, pod pozorem poradzenia się o swe zdrowie, wyjechała była z Hanną za granicę, i tylko co się na parę miesięcy urządzano tu... posługując Olesiem, który wyglądał tylko kimby się sam mógł wyręczyć.
Z natury był kochany ów Oleś do pracy wszelkiéj przymusowéj niezdolny — nudziła go... Wesołe gronko, smaczne jadło, umiarkowany dobrego wina kieliszek, dobrane suche cygaro, dolce far niente na miękkim fotelu... najulubieńsze mu były. Książek nie czytywał, twierdząc, że z rozmowy o nich dostatecznie się dowiedzieć tego można; gazety rzadko, i z tych po obiedzie najwięcéj go bawiły — ogłoszenia. Czerpał z nich znakomitą w swym rodzaju erudycyę.
W téj chwili oczekiwał pan Aleksander na — przyjaciela... Pokładał on w nim nadzieję, iż go od wielu kłopotów uwolni. Przyjaciel ten nie jednego Olesia był druhem, ale można powiedzieć całéj szlachty zamożnéj, z któréj pochodził i do któréj należał; nie jednemu jemu, lecz mnogim znajomym niezmiernie był użyteczny. Znano pana Maryana Dołęgę, jako najprzyjemniejszego z towarzyszów. On urządzał obiady, on gospodarzył na piknikach, pośredniczył w kupnach i sprzedażach, posłował przy pojedynkach, zagadzał zwaśnionych, a co najlepiéj umiał — to dysponować uczty i eleganckiego wykonania dopilnować. Zagadkową rzeczą była egzystencya pana Maryana od czasu, jak w młodości jeszcze utracił wioskę dziedziczną i znalazł się na świecie własnym zostawiony siłom. Help your self nie istniało leszcze: odgadł je genialny Dołęga. Pozostało jego tajemnicą, w jaki sposób tego dokonał; to pewna, że nie mając nic i nic nie robiąc, ubierał się pańsko, pieniędzy miał zawsze dosyć, stawał w najlepszych hotelach, zjadał najdroższe obiady, a książąt i hrabiów po imieniu nazywał, będąc z nimi na stopie zupełnéj równości. Sumienie dodać każe iż sposób jego myślenia i zasady zupełnie usprawiedliwiały zaszczyty jakiemi go okrywano: był bowiem ultrakonserwatystą, namiętnym przyjacielem porządku, legitymistą... mówił ślicznie po francuzku. Na żadnym liberalizmie poszlakowany nie był. Władzę wszelką szanował, i — daleko wprzód nim go genialny mąż stanu sformułował — odgadł ten aksyomat potężny iż siła idzie przed prawem... Wesoło więc spływało mu życie, bo go w najlepszych towarzystwach przyjmowano á bras ouverts, i miano za człowieka pewnego, nie wahając mu się w najdelikatniejszych powierzać sprawach.
Starzy i młodzi, kobiety i mężczyzni, zarówno się w nim kochali... Tańcował z młodemi, grał w karty ze starszymi, z pobożnymi chodził na kazania, z innymi na teatr... ułatwiał przyjemne znajomości, sklejał małżeństwa, w potrzebie pomagał do rozwodów; słowem był to prawdziwy homme à tout faire. Dla Olesia, z którym go dawna talerzowa przyjaźń łączyła — miał ten cenny niezmiernie przymiot, iż znał się na jadle i wiedział gdzie co dobrego można dostać.
Pan Maryan Dołęga wyglądał dosyć młodo, choć także czterdzieści lat już przeżył na tym bożym świecie, i włosy, mimo różnych wyśmienitych kosmetyków silnie mu już siwiały, twarz miał rumianą, oczy także jakby od pracy zaczerwienione, usta szerokie pełne dobroci i wesela. Należało do jego attrybucyi być zawsze w dobrym humorze, ten z sobą wszędzie przynosić, tak samo jak wszystko wiedzieć i znać wszystkich.
Silnie zbudowany, ramion szerokich, piersi wydatnych, postawy wojskowéj (chociaż nigdy munduru żadnego nie kładł), zawsze ubrany starannie, pan Maryan choć nigdy passyi żadnéj nie obudził, między przywiędłymi paniami miał wiele dobrych przyjaciółek; nikt jednak nie mógł wytknąć palcem osoby, którąby swą przyjaźnią skompromitował. Para szczęśliwych pojedynków postawiła go téż dobrze, jako człowieka odważnego i na swój honor bacznego.
Posłyszawszy za progiem chód przyjaciela wezwanego ku pomocy, Oleś aż do drzwi wybiegł przeciwko niemu... Uścisnęli się czule i ucałowali.
— No, cóż? zawołał przybyły, jakże ci po wczorajszém?
(Tém „wczorajszém“ była właśnie wieczerza pana Hermana).
— A no! nic! rzeźwo mi i dobrze, miary nie przebrałam... jedliśmy rzeczy zdrowe, wino było wyborne... Zabawiliśmy się wyśmienicie.
— Bom to ja wybierał i urządzał, duszo moja! rozśmiał się Dołęga — a już ty mnie znasz, że gdzie ja się wdam, tam źle być nie może.
— Ty jesteś jedyny! powtarzając uścisk rzekł Oleś. — Siadajże proszę, oto masz cygarko — mamy z sobą wiele do pomówienia.
— Służę ci — siadając i wyciągając się w fotelu odparł Maryan.
— Wczoraj mnie w restauracyi, mówił Oleś śmiejąc się — formalnieście skonfiskowali. Ja, jak wiesz, tego Hermana Ramułta nie znałem: pochwyciliście, kazali, musiałem służyć, jeść, pić, śmiać się, ale teraz gdy mu wizytę zrobić wypada, gdy on nie chybnie mi ją odda... młody człowiek, u mnie w domu córka, — radbym też przecie wiedział co zacz? Nazwisko mi bardzo znane!
— Zmiłuj się! śmiejąc się ciągle, bo śmiech był akompaniamentem koniecznym jego rozmów, zawołał Dołęga: — zmiłuj się — Ramułta ojciec mieszkał w waszém sąsiedztwie...
— W naszém sąsiedztwie? spytał Oleś bijąc się w czoło. No, tak! był u nas Ramułt, ale czyż ten? czy ojciec tego? Nasz, Wojciech Ramułt, ożeniony z Pawęzką, człowiek niemajętny, jedna wioszczyna... miał córkę i syna — obojga mi aż nadto dobrze znanych. Żona mu zmarła, z nim nie wiem co się stało, po śmierci jéj desperując strasznie, wyjechał i — znikł. Dzieci się przy siostrze chowały...
— No, to ja ci reszty dopowiem — począł zapalając cygaro Dołęga... Ten sam Wojciech Ramułt... z wielkiéj desperacyi pojechał do wód w Galicyi, tam gdzieś poznał majętną wdowę, hr. Borzechowską, ożenił się z nią, Pan Bóg mu dał syna wkrótce... a Ramułtowi się zmarło... Syna tego, z hrabiowskim tytułem, który matka sobie i jemu nabyła — poznałeś wczoraj.
— A więc to przyrodni brat...
— Tak! przyrodni brat pani Lelii z Ramułtów Matuskiéj i pana Sylwana Ramułta...
— Cóż u licha za komplikacya niespodziana! podchwycił Oleś. Bo trzeba, żebyś wiedział — albo... no, o tém potém.
— Nie, nie, trzeba żebym wiedział o wszystkiém — rzekł Dołęga; gadaj co masz mówić, zaraz.
— Dla ciebie nie mam tajemnic, wiem, żeś człowiek dyskretny — począł Oleś jakoś smutnie... Tych Ramułtów urodzonych z Pawęzkiéj, miałem u ich cioci pod bokiem. Lelia, która potém wyszła za Matuskiego i owdowiała — śliczna i miła kobiecina... Znasz ją.
— Doskonale! bardzo miła — rzekł Dołęga... a pomimo to do téj pory wdową jest jeszcze....
— Przyznam ci się, że mam do niéj słabość... rozśmiał się Oleś — takiego coś ma agasującego, taka dowcipna, taka żywa, taka...
— A! ty — stary bałamucie! jesteś gotów...
— Ts! cicho! uchowaj Boże kto posłyszy? daj pokój, nie o nią idzie...
— A o kogóż?
— O brata jéj... tu — sęk... Ten pan Sylwan wychowywał się niemal przy mojéj Hannie, bo to było sąsiedztwo o ćwierć mili. Dzieci z sobą były ciągle.. prawie codzień my u nich, oni u nas, zwyczajnie na wsi, gdzie o ludzi trudno... Otóż (tu głos zniżył Oleś) mam obawę, żeby Hanna moja nie powzięła dla niego trochę sentymentu... bo że on się w niéj szalenie kochał — to pewna. Starałem się tylko zawczasu mu dać do zrozumienia, że z tych wzdychań nic być nie może i — pozbyłem się go. Hanna będzie miała fortunę co się zowie pańską po starościnéj i po mnie... a to ubogi szlachciura i do tego głowa przewrócona, demokrata, liberał... czerwony...
Wystawże sobie, dowiaduję się, że on tu po 1864 roku osiadł, i zajmuje się jako inżynier przy jakichś fabrykach czy kolejach...
Jakże oni są z sobą ci bracia przyrodni? bo wczoraj go na wieczerzy, chwała Bogu, nie było.
Dołęga głową trząsł w czasie opowiadania.
— Oni są z sobą jak najlepiéj, tu się zbliżyli, poprzyjaźnili, i twój Ramułt demokrata mentoruje hrabiemu Ramułtowi... Hrabina matka wszakże nierada tym stosunkom, i bywa tylko prywatnie u niego Sylwan, jak słyszałem...
Co się tycze miłości dla panny Hanny, najprzód on sam już sobie musiał dawno wybić z głowy, powtóre nigdzie się nie spotkają pewnie, bo ten Sylwan nie bywa w naszych towarzystwach... trzyma sobie z mieszczanami, intelligencyą, jak oni ją tu zowią, z tym tam światem, którego my nie znamy. Nie masz się więc czego obawiać... byle — byle siostra jego Lelia, która tu jest...
— Lelia tu jest! krzyknął uderzając w dłonie Oleś — ona! tu! mój Boże! Ależ to przyjaciołka od serca mojéj Hanny, ulubienica starościnéj... a i moja.. przyjaciołka.
— To najgorzéj — przerwał Dołęga — masz do niéj słabość, do czego się sam przyznałeś... co to będzie jak ona zechce za bratem intrygować?
Oleś się za głowę chwycił.
— Ciszéj! rzekł — ciszéj! niedobrze to jest, bardzo niedobrze... A no, trzeba się naradzić co i jak poczynać... Chodźmy na śniadanie — pogadamy swobodniéj, bo tu się obawiam.. może nas kto podsłuchać...
Dołęga wstał i szepnął.
— Ja cię zaprowadzę na taką przekąskę vous vous en lecherez les doigts! Chodź a na ojcowskie twe troski znajdziemy radę! Ho! ho! nie takieśmy to rzeczy przebywali...
Wzięli się tedy pod ręce i wyszli po cichu...






IV.

Salonik, z którego wymknął się Oleś, stał przez chwilkę pusty.., potém otworzyły się drzwi w lewo i weszła siwowłosa staruszka, miłéj pięknéj jeszcze i uspokojonéj twarzy, ubrana z wielkiém staraniem, ale czarno. Z nią razem szła słusznego dosyć wzrostu, piękna, zamyślonego oblicza panienka, równie wykwintnie a zarazem z prostotą i smakiem ubrana. W rysach jéj, mimo młodości, ślady wewnętrznych walk i cierpień skrytych, jakaś zaduma nad przyszłością, coś dziwnie smutnego panowało. Uśmiech miała wdzięczny ale nie młodzieńczy — więcéj w nim było politowania niż wesela, dobroci i pobłażania niż radości. Czarne oczy przysłonione rzęsami długiemi miały tenże wyraz nieuleczonéj melancholii. Na czole, ustach, w postacie całéj, może przedwczesna powaga czyniła ją trochę starszą niżeli była w istocie. Mimo to dziecinna prawie prostota i naiwność przeglądała przez zasłony smutku i obłoki melancholii. Dwie te postacie obok siebie, starość wdzięczna i święta, młodość smutna i majestatyczna, stanowiły gruppę, na któréj musiałoby się każde oko jak nad zagadką zatrzymać... Młodego wesela trochę w twarzy staruszki równie dziwiło jak powaga przedwczesna w dziewczęciu. Staruszką była babka, pani starościna — panienką Hanna córka pana Aleksandra... Obejrzały się wchodząc po salonie, w którym się gości znaleźć spodziewały, i starościna odezwała się z trochą niezadowolenia:
— Już go nie ma! tylko co słyszałam głos... Znowu gdzieś się wymknął... Wczoraj dopiero podobno nad rankiem powrócił — teraz znowu już go niema... Ktoś go pochwycił — a — to nieznośna rzecz doprawdy...
Siadła staruszka.
— Niechże się babcia nie gniewa — odezwała się wnuczka: ojciec ma tyle, tyle rzeczy do zrobienia... Widziałam wchodzącego Dołęgę, poszli z nim razem pewno po jakie sprawunki.
— Ja się nie gniewam moje dziecko, bo na tego poczciwego Olesia niepodobna się pogniewać, tylko mi go brak. Pana Maryana Dołęgę byłabym też z przyjemnością widziała, bo to bardzo usłużny człowiek i w mieście się bez niego obejść trudno... a tu mi tak prysnęli.
— Pewnie wkrótce powrócą...
Staruszka spuściła głowę jakoś smutnie, Hanna rozglądając się w sprzętach przechadzała po pokoju... Służący wszedł oznajmując jakaś panią, która — nie chciała mu nazwiska powiedzieć.
— Cóż to znowu jest? spytała babcia... to może jaka żebraczka?...
Służący się rozśmiał.
— A! gdzież tam, proszę jaśnie pani! przyjechała powozem...
Hanna dała znak głową, aby prosił. W tejże chwili ze śmiechem głośnym, wpadła mała, zwinna, strojna ślicznie, zgrabna i miluchna jejmość, która wprost do kolan babci przypadła...
— A! babcia tu! babcia kochana!... co za szczęście... I całowała ją po rękach! a potém Hannie się rzuciła na szyję ściskając ją, śmiejąc się — podskakując..
Pomimo téj trzpiotowatości nie była to młodziuchna dzieweczka, ale kobiecina, któréjby znawca nie dał więcéj nad lat dwadzieścia kilka, choć metryka mówiła już o trzydziestu. Jak większa część blondynek, zachowała cudownie świeżość, rysy, ruchy, całą powierzchowność pierwszéj młodości, tylko troszeczkę pełniejsze formy zdradzały lata... Wyraz nawet okrągluchnéj twarzyczki, niebieskich oczu, różowych wydatnych ustek, przypominał więcéj aniołki mitologiczne niż niewiastę i wdowę, którą była pani Lelia z Ramułtów Matuska, siostra pana Sylwana.
— Że babcia tu, to nic dziwnego, bo chora, a ma starego doktora któremu ufa i przyjechała się poradzić, rzekła starościna; — ale że ty tu moja Lelciu... to dziw nad dziwami! Co ty tu robisz?
— Ja? moja babciu droga? ja — mam téż tu kogoś co był mi do zdrowia i życia potrzebny — westchnęła spytana.
— Kogóż! co? jak? czy wybierasz się znowu w święty stan...
— A! nie! nie! nie! śmiejąc się odparła Lelia — uchowaj Boże! Czyż pani starościna nie zgaduje o kim mówię?
Spojrzała ukradkiem na Hannę, stojącą przy niéj, po któréj licu w téj chwili przepłynął rumieniec jak błyskawica i znikł.
— A jakże ja to zgadnąć mogę? zawołała starościna.
— Brat mój od kilku lat tu mieszka — rzekła Lelia ciszéj, udało się nam wyrobić mu pozwolenie... a nawet więcéj niż to, bo zajęcie i pracę. Przyjechałam się z nim zobaczyć.
Starościna zmilczała... Spojrzała na Hannę, spuściła głowę, zamruczała coś niewyraźnego...
— Siadaj, proszę.
Obie z Hanną pomieściły się na kozetce na przeciw fotelu babuni i wzięły za ręce... spoglądając na siebie ciekawie.
— Hanna mi się nic nie zmieniła, tylko jeszcze spoważniała, mówiła Lelcia, powiedziałabym prawie posmutniała...
— A ty zawsze wyglądasz na trzpiota, którym nie jesteś — dodała Hanna. Ktoby cię nie znał, pomyślałby żeś najszczęśliwsza istota na świecie...
— A nie jestem ani wesołą ani szczęśliwą, ty wiesz droga Hanno — mówiła Lelia — tylko przed światem wywieszam ten szyld fałszywy, aby pod nim skryć kontrabandę nieuleczonego smutku i zwątpienia...
Po co ludzie mają wiedzieć co się w mojém sercu dzieje, ażeby sobie żarty z niego stroili?
Gdyby nie to — ciągnęła daléj — żem wdowa, żem sama na świecie, że mi lata płyną szeleszcząc skrzydłami nietoperzowemi nad głową, zwiastując smutną starość z kabałą i mopsem na kolanach, gdyby nie mój własny, los brataby już wystarczał na osmucenie méj duszy...
Na to wspomnienie brata, babunia zrobiła minkę zakłopotaną i smutną. Hanna się znowu zarumieniła poprawiając strój aby ukryć pomieszanie — obie zamilkły. Dopiero po długiém milczeniu, starościna szepnęła:
— No — a cóż się z panem Sylwanem dzieje?
— Pracuje. Na tobym ani ja, ani on się pewnie nie skarżył, mówiła Lelia — lecz praca to z dnia na dzień, a jutro niepewne... Chociaż dziś się jéj dorobił, jutro stracić ją może, każdego dnia intryga mu grozi wypchnięciem znowu na tułactwo... Tu przybyszów nie lubią, a panowie Niemcy radziby się ich pozbyć, byle pozór najmniejszy do pozbycia się znaleźli...
Lelia urwała spuszczając głowę.
— Ale co bardzo dziwne, bardzo — że wypadkiem znalazł się tu razem ze swoim przyrodnim bratem... excusez du peu, panem hrabią Ramułtem, dodała z przyciskiem.
A! a! z tymi — przerwała starościna, których rodzina pono was nigdy znać nie chciała... No, a jakże są z sobą teraz?
— Doskonale z nim; co się tycze hrabinéj matki, ta Sylwana ignoruje. Bracia są z sobą jak bracia... Herman ma być dobry chłopak... chociaż pieszczotami mamy, wychowaniem i dostatkami w niwecz popsuty... Jedynaczek, ładny chłopiec... a w dwudziestu kilku leciach już tak życiem znudzony, tak mu się wszystko przejadło... aż śmieszny.
O! będziecie go tu państwo pewnie mieli, bo Sylwan mi mówił, że wczoraj u niego na wieczerzy był p. Aleksander, gwałtem go porwano i nie puszczono do rana...
— A tak! odezwała staruszka. Oleś jest słaby, zawsze się da wciągnąć.
— Więc to u niego był ojciec? szepnęła Hanna i głowę spuściła.
— Z hrabiną się także pewno panie poznacie; co do mnie, mówiła Lelia, cisnąć się tam nie myślę. Nie rada ona Sylwanowi, nie mogę i ja tam bywać. Nie chciałabym jéj ogadywać, bo się to może wydać z mojéj strony odwetem złośliwym, ale — całą gębą hrabina galicyjska... Próżna, dumna, mało wykształcona, elegantka, arystokratka... Francuzka i Niemka więcéj niż Polka... słowem najnieznośniejsza baba pod słońcem... która mimo swych lat pięćdziesięciu starannie tynkowanych, jeszczeby się chętnie za mąż wydała, gdyby znalazła pretendenta...
Nic nie robi tylko się stroi... szczebiocze... wieczorem gra, a rozpada się nad swym ukochanym gagatkiem.
Staruszka pogroziła na nosie Lelii.
— Widzisz jaka ty jesteś złośliwa... odmalowałaś ją karykaturalnie — a powinnaś była wiele przebaczyć, choćby dla tego, że syna tak kocha.
— I tak go psuje! dorzuciła Lelia — moja babciu! Nieznośna baba!
Hanna się uśmiechnęła.
— Ale très comme il faut?
— Jak najbardziéj comme il faut, nawet jest damą gwiazdzistego krzyża... i bywała na dworze — rozśmiała się Lelia. Mówi w salonie o wszystkiem o czém się w salonach mówić zwykło, z wielkim talentem, aby się nie wyrwać z niedorzecznością — a nie umie nic... Czytają za nią, uczą się, dowcipkują drudzy; ona gotową naukę, lekturę i dowcip chwytać jak zgotowane potrawy przy obiedzie, i tém żyje.
— Jaka ty jesteś złośliwa! powtórzyła babcia śmiejąc się — pfe! moja Lelciu, powinnabyś się wyspowiadać.
— Cóż potém kiedy jutro znowu, gdy śmieszność znajdę, nie wytrzymam, bym się z niéj nie śmiała, zawołała Lelia.
— No! to już ja tego nie chcę... wstając odezwała się babcia. Jednakże mam zaległe modlitewki, pójdę za ciebie Pana Boga przepraszać, a wy z Hanną, coście się tak dawno niewidziały szczebioczcie.
Pocałowała w głowę Lelię.
— Tylko mi Hanny nie psuj!
— Moja babciu, Hanny nikt nie popsuje, prędzéj ona kogo poprawi — odezwała się Lelia całując w rękę babunię.
Przyjaciółki po wyjściu jéj uściskały się znowu, a Lelia popatrzała na Hannę długo i zawołała:
— Tyś mi jeszcze wyładniała — ale, jakżeś się zrobiła poważna! pfe! udajesz starą! to się nie godzi.
— Czuję się tak... westchnęła Hanna; a chwilami chciałabym być jeszcze starszą, ażeby od uciążliwych obowiązków młodości się uwolnić!
— Moja Hanko! cóż też ty wygadujesz! Jeszczem jak żyję nie słyszała o uciążliwych obowiązkach młodości, musisz mi je wytłómaczyć.
— Tyś tak domyślna, że je odgadniesz — zaśmiała się smutnie Hanna. Trzeba się stroić, chodzić, pokazywać, być wesołą kiedy się niechce, tańcować i bawić się gdy się czuje smutną: nie sąż to uciążliwe obowiązki młodości? Na wsi jeszcze się prędzéj od nich można uwolnić, ale w mieście?
— Na długoście przybyły do miasta?
— Ja nic nie wiem, i babcia nie mówi jak zabawić myśli, jest pełna tajemnic na ten raz... Skarży się, że chora, że jéj tutejszy stary doktór M. najszczęśliwiéj pomaga... ale...
Hanna zniżyła głos i spojrzała na Lelię.
— Rozumiem, poczęła przyjaciółka — mają jakieś projekta dla ciebie — albo chcieliby, żeby się im nastręczyły.
— Być może, mówiła Hanna, ciężę ojcu, ciężę kochanéj babci, chcieliby się mnie pozbyć co prędzéj... Rozumiem i wierzę, iż pragną mojego szczęścia — tylko nie pojmuję, żeby go tak na gościńcu szukać można...
Spuściwszy głowę, jakiś czas Hanna i Lelia, która usiłowała nadaremnie coś z jéj oczu wyczytać, chodziły po salce... obie dosyć posępne.
— A ty czy długo tu być myślisz? zapytała Hanna.
— Mówiłam ci, jestem dla brata... pobędę aby się z nim nacieszyć, a razem muszę mu zapewnić szczątki majątku, który mi się udało dla niego ocalić. Jak to potrwa długo, doprawdy oznaczyć nie mogę... radabym póki wy jesteście, nie wyjechać...
Rozmowa tak przerywana trwała jakoś się nie klejąc. Hanna była widocznie nie swoja, pytania na ustach jéj zamierały, w ożywionéj mowie nagle coś zdawało się wstrzymywać jéj dokończenie. Dopiero siadłszy na kanapce w kątku, gdy po cichutku z sobą szeptać zaczęły — pewne, że nikt ich nie dosłyszy, ożywiły się i zapomniały tak, że nie postrzegły nawet, gdy pan Aleksander wśliznął się cicho i stanął przed niemi.
Zobaczywszy go Lelia z okrzykiem wstała z kanapki. Łysy adonis już pochwycił białą jéj rączkę i wyciskał na niéj rumianych warg swych pieczęci, oczy i policzki śmiały mu się z radości... Zapomniał nawet owego strachu, z którego się spowiadał przed Dołęga, cały przejęty rozkoszą widzenia swéj ślicznéj Lelki, do któréj tak nieszczęśliwą miał słabość. Patrzał jéj w oczy, a okrągła twarz jego, po dobrém śniadaniu, pod wrażeniem czaru niewieściego i dobrego wina, nabierała wyrazu starożytnego Satyra, który Nimfę zastał w kąpieli. Nie spojrzał nawet na rumieniącą się za niego Hannę.
— O! jakże, jakże mi pani moja cudownie wyglądasz! zawołał głośno... co za świeżość! jakie czarujące wdzięki! Jakżem rad, że panią tu widzę!... Śliczności moje!
Lelia śmiała się do rozpuku i to jakoś wielkie zapały Olesia obracało w żart na szczęście.
— Pani wie, mówił, że ja byłem, jestem i będę do zgonu jéj adoratorem...
— Nic o tém nie wiedziałam, śmiejąc się odpowiedziała Lelia — lecz od dziś dnia zapisuję go na listę i wciągam do szeregów... Tylko pomnij pan, że to ciężkie wkłada obowiązki!
Na komplementa te weszła, głos posłyszawszy, babcia.
— O! o! wołała ode drzwi, już Oleś w adoracyach dla Lelki... A! stary, stary, że też ty się nigdy nie poprawisz!
Odskoczył pan Aleksander trochę zmięszany, biegnąc całować ręce staruszki, która mu dała klapsa.
— Pfe! cóż to za bałamut z asana! całą noc na hulance, cały ranek gdzieś lata, a teraz zastaję w umizgach do wdówki. Na pokutęby cię zasadzić należało... Gdzieżeś był?
— Babciu dobrodziejko — zaczął się tłómaczyć Junosza: wczoraj mnie Ramułt pochwycił — dobre jakieś serdeczne chłopczysko, drzwi na klucz pozamykali i nie było sposobu wyjść.
Babka głową kiwała.
— A tobie w to graj.
— Dziś chodziliśmy z Dołęgą po — po sprawunki... Co się tycze przywitania dawnéj naszéj sąsiadki, w tém grzechu nie widzę...
Jeszcze się tłómaczył, gdy służący wszedł oznajmując hrabiego Ramułta. Usłyszawszy to nazwisko, Lelia chciała się wycofać z Hanną, babka nie puściła, Oleś wyszedł ku drzwiom na przyjęcie gościa, poprawiając trochę włosów rozpierzchłych po łysinie.
— Ty go znasz? zapytała Hanna Lelii.
— Widziałam go z daleka tylko, choć niby mój brat przyrodni, nie był ciekaw mnie poznać bliżéj, jam też nie śpieszyła. On jest hrabią Ramułtem, a ja i Sylwan proste sobie biedaki.
Domawiała tych słów po cichu, gdy wyświeżony i wyelegantowany młodzieniec, w paliowych rękawiczkach, z głową świeżo od fryzyera, w surduciku leżącym jak ulany, w lakierowanych bucikach, ukazał się w progu z pańską pogardliwie-grzeczną minką, znudzonego swą wielkością człowieka.
Przywitali się po wczorajszéj znajomości u wieczerzy, jak starzy przyjaciele z serdecznym dla wszystkich Olesiem, który natychmiast przedstawił starościnéj, swéj córce i... nie wiedząc co ma uczynić z Lelią rzekł:
— Państwo zapewne znajomi...
Lelia odwróciła się szybko — Herman począł się jéj przypatrywać zdziwiony, jakby po raz pierwszy z blizka ją zobaczył, i zmieszany rzekł:
— Wszak pani jest siostrą brata Sylwana... a zatém i moją...
Lelia nic nie odpowiedziała.
— Miło mi, że mogę się jéj przedstawiać.
Po tém szybkiém intermezzo, począł rozmawiać Herman ze staruszką, ale oczu z siostry przyrodniéj i Hanny nie spuszczał. Hanna ani nań spojrzała prawie.
Spędziwszy kilka chwil około starościnéj, widocznie chciał Herman zbliżyć się do młodych pań, lecz Oleś swą niezmierną grzecznością pokrzyżował jego zamiary... Z pierwszą wizytą niepodobna było bawić długo... Ramułt mając zaledwie czas przemówić kilka słów do Hanny, która mu bardzo zimno na nie odpowiedziała... ukłonił się i począł żegnać.
— Pani starościna pozwoli, rzekł, aby jéj matka moja złożyła uszanowanie. Jest to jéj gorącém życzeniem...
Wymieniono jeszcze kilka słów grzecznych i na tém skończyła się ceremonialna wizyta. Oleś odprowadzał go aż do sieni i słychać było długie ich wesołe śmiechy.
— Bardzo ładny chłopak! odezwała się staruszka do Lelii i Hanny; nie prawdaż?
— A no — lalka, tylko już bez rumieńca i świeżości — poczęła wdówka; — żal mi tego braciszka... jakoś mu źle z oczu patrzy, choć ma ładne oczy...
— Trzebaby go widzieć przy wieczerzy w kawalerskiem towarzystwie — przerwał Oleś, który wszedł na te wyrazy; c’est le convive le plus aimable, le plus animé qu’on puisse imaginer.
Przymiot ten zwykle mało przez kobiety ceniony, nie podniósł go podobno w ich oczach; spojrzały po sobie i zamilkły.






V.

Byli niegodziwi ludzie którzy utrzymywali, że Viola, ulubienica publiczności, którą obrzucano bukietami ilekroć występowała na scenę — przez rodzaj pychy z ubóstwa, mieszkała na poddaszu; bliżéj znający ją zaręczali, że nie stawało jéj na lepsze pomieszkanie. Sławni artyści po wielkich stolicach — obsypywani złotem, opływają nietylko w dostatki, ale nawet we wszystko co najśmielsza wyobraźnia wyroić sobie może. Popsute dzieci sławy, częstokroć dziwaczyć muszą, aby przesyciwszy się wszystkiém, nie umierać z nudów. Tym talentom wybranym wady ich nawet cenią się i opłacają jak najcenniejsze przymioty.
Życie artysty prowincyonalnego teatrzyku wcale nie jest tak rajskim zawodem; a choć w nim czasem jaśniejsza błyśnie chwilka — płaci się ona długiemi dniami doskwierających niedostatków, walki i boleści. Olbrzymi talent zaledwie podołać może temu zadaniu nad siły człowiecze. Tu słuchacze są chciwi nowości, i nie artystycznego wykończenia wymagają, ale saméj fabuły, bawi ich nie pędzel mistrza, ale jaskrawo nałożona barwa i wydatne ruchy, a jędrne słowo. Nie obchodzi ich gra i tajemnicza zagadka Hamletowego charakteru... raz tylko chcieliby zobaczyć jakiego takiego Hamleta, jutro Romea, pojutrze Zbójcę Szyllera, Maryę Stuart, a na ostatek Pumpernikla, byle nie Hamleta da capo. Nie jest to ta publiczność smakoszów, która każdy ruch ocenia i nad każdém lubuje się słowem, — ale parter głodny co klaszcze wyrazistości, śmieje się szczególniéj z gestów rubasznych i smakuje w tłustém słowie... Jemu potrzeba coraz coś świeżego a zmiennego. Radby mieć wszystko i za tanie pieniądze... Dla zwabienia go muszą być czerwone afisze, poczwarne tytuły i bodaj, bodaj bębnienie u drzwi z piszczałką. Co mu po takiéj komedyi, w któréj dwie osoby siedzące u stolika, dramat serdeczny w kilku cichych wypowiedzą słowach? On ziewa... jemu trzeba akcyi, a akcya dla niego to podstawienie nogi i grzmocenie kijem po grzbietach... Od pań wymaga, ażeby się krótko stroiły, bo mu się też coś i nóg aktorek należy, żeby jak najmniéj miały wstydu, a jak najwięcéj cynizmu... Takie są wymagania znaczniejszéj części prowincyonalnych publiczności... Tu teatr jest starą biedą i nędzą, o któréj jeszcze Scarron pisał... a aktor clownem, który dziś zabijać się musi w tragedyi, a jutro grać rolę arlekina.
Jeżeli w téj gromadzie cygańskiéj zbieranéj po gościńcach na włóczędze bez celu, znajdzie się istota z czuciem, z talentem, z sercem a duchem — cóż ona tu wycierpieć musi!
Jaki był los owéj pięknéj Violi, którą niedola wykształciła na wielką artystkę, a ubóstwo nie dało jéj przestąpić koła, po za którém znalazłaby uznanie talentu i nadgrodę? Zmuszona dzielić losy towarzyszów, grać na prędce improwizowane role przed improwizowaną też publiką — nagradzana tak, aby z głodu nie umarła — nie umiejąc poniżeniem zyskiwać ulgi, wiodła najtragiczniejsze życie jakie sobie wystawić można. Grała ona od dziecka (ojciec ją rzucił na scenę nieposzanowawszy lat najmłodszych), ocierając się o ludzi zepsutych, zgorzkniałych, przekonanych, że tego co zepsuć się musi prędzéj czy późniéj... oszczędzać nie ma potrzeby. Lecz wśród tych wpływów rażących cynizmem, Viola, z obrzydzenia może życia, które się jéj od dziecka tak boleśnie czuć dawało, pozostała wyższą nad to, co ją otaczało, czystą w duszy i godną poszanowania. Śmiano się rubasznie z téj cnoty, którą nazywano rachubą, ale dziewczę ani na szyderstwa, ani na obelgi, ani na słodkie słowa nie zwykło było odpowiadać.
Sama jedna, rzadko komu dając się zbliżyć do siebie — pracowała, instynktem czując, że idzie drogą z któréj ustąpić nie powinna. Młoda, piękna, nieprzystępna, na scenie artystka niezrównana, wystawiona była na nieustanne napaści wielbicieli z grona współtowarzyszów i widzów, ale jéj to bynajmniéj nie poruszało — dawała im odprawę z krwią chłodną, z pogardą lub obojętnością pańską.
To postępowanie dawnoby ją było mogło wyrzucić z teatru, wśród którego miała nieprzyjaciół zawziętych, ale bez niéj teatr obejść się nie mógł. Ona jedna w nim była prawdziwą, namiętną artystką. Najwięksi nieprzyjaciele musieli jéj przyznać ten ogień święty, którego napróżno w sobie szukali. Grała z równém przejęciem się najmniejsze i największe role, młode i stare... a cudowny instynkt dozwalał jéj zgadywać odcienie, barwy, mimikę, które wywoływały u najobojętniejszych oklaski. Pomimo tych powodzeń na scenie, uboga truppa nie była w stanie jéj opłacać tak, aby spokojnie sztuce oddać się mogła, a Viola nigdy nie przyjmowała żadnego daru od nikogo, życie więc było tak ciężkie jak wyrobnicy — z tém jeszcze, iż natarczywym miłościom płochéj młodzieży trzeba się było nieustannie oganiać.
Złota młodzież nie pojmowała, nie wierzyła, nie rozumiała, by artystka śmiała być tak surową, tak dumną i tak nielitościwie odpychającą.
Dla zabezpieczenia się od natrętów, sierota przygarnęła do siebie starego suflera z żoną, dwoje biednych a uczciwych łudzi, którzy dla niéj stanowili zasłonę i obronę. Sufler, który niegdyś występował na warszawskiéj scenie, o czém bardzo opowiadać lubił, nie tłómacząc się dokładniéj, jakie intrygi dalszych go na niéj pozbawiły sukcesów, — oprócz nadzwyczajnéj zarozumiałości i nieubłaganéj krytyki, któréj się dopuszczał na swych kolegach, nie miał wybitnych wad innych. Zażywał tabakę, perorował, doznawał niekiedy dystrakcyi (nigdy jednak pełniąc swe obowiązki urzędowe), czasami lubił lampeczkę wina (nigdy kieliszkiem go nie pił), a był przytém bardzo znośnym i swéj panienki żarliwym wielbicielem i obrońcą. Jejmość, vulgo pani Pawłowa Szerszeniowa, cicha kobiecina, na palcach chodziła przed nią. Oboje ich zmuszona utrzymywać, Viola ledwie skromną pensyjką sobie starczyła, a że za benefisem nie jeździła nigdy i nie narzucała się sama, nie przynosił on jéj też tyle co innym zabiegliwym artystkom.
Razem z Szerszeniami zajmowała Viola trzy izdebki na trzeciém piętrze domu, który nie miał ich więcéj, piętro to więc stanowiło rodzaj poddasza. Pokoiki były czyste i porządne, a że okna ich wychudziły na ogród, zielone gałęzie białych topoli i lipy zaglądały aż do nich. Z po za nich było widać mur okalający ogród, i popiętrzone a połamane dachy i kominy, wieżyczki i facjaty kościołów. Z téj strony przynajmniéj nie szumiał wiatr i nie było gwaru ulicy; świergot wróbli i śmiganie jaskułek, których gniazda przylepione były do muru, ożywiały obrazek... jakby z więziennego okienka wyjęty.
Miała tę odwagę Viola nie pożądać ani się popisywać z elegancyą żadną, na którą ją nie stało; sprzęty były ubogie, a białe czyściuchne firanki, podłoga umyta świeżo i trochę kwiatów stanowiły całą ozdobę. Niegdyś stary kapelmistrz teatralny nauczył ją był trochę grać na fortepianie: lubiła muzykę, i liche klepadełko w kątku służyło jéj w rzadkich chwilach wolnych do wygrywania śpiewek, które się jéj podobały i starych sonat Mozarta i Haydna, które od pierwszego jeszcze nauczyciela w podarku dostała. Innych nut nie było kupić za co, pilniéj się uczyć nie miała kiedy, muzyka była dla niéj tylko rozrywką... Trochę książek na półce... a dużo robót ręcznych zalegało po sprzętach. Do ulicy i na scenę trzeba się było ubrać, często strój gdyby go szwaczka robiła zbytby się okazał kosztownym; musiała więc Viola, z pomocą Szerszeniowéj w okularach, zszywać, łatać, garnirować, aby jako tako pokazać się obok artystek imponujących jéj tualetą ofiarowaną przez wielbicieli, usiłujących zagasić wdzięk dziewczęcia pięknością uzyskaną z pomocą sztuki i świecących gałganków... Viola ubierała się bardzo skromnie, z pewną nawet przesadą prostoty a było jéj z tém tak do twarzy, że towarzyszki nie mogły jéj tego przebaczyć.
Dzień każdy schodził szybko na zajęciach, często i rolę sobie przepisać saméj było potrzeba, i strój obmyślić a uszyć, i wyuczyć się sztuki... i odbyć próbę. Ledwie godzina czasu została na jaką książkę i pobrzdąkanie na fortepianiku... Już od roku prawie z pracy i życia biednego zaczęła pokaszliwać, doktór kazał jéj pić emską wodę. Chodziła więc rankami do ogródka, który na jéj użytek ofiarował Sylwan... A że on, choć bardzo grzeczny, nie naprzykrzał się jéj zalotami i okazywał pełne uszanowania współczucie, z ufnością przyjęła jego ofiarę.
Tego dnia jednak spotkawszy się ze wstrętliwą twarzyczką Hermana, którego nie lubiła i obawiała się bardzo, postanowiła wód już nie pić lub chodzić po izdebce... Smutna wróciła z Szerszeniem do domu, i zamyślona padła na swoją sofkę... podparłszy się na ręku.
— Czego to panienka — rzekł stary zażywając tabakę i przestępując z nogi na nogę, bo miał obyczaj jak zwierzęta co długo na statku płynęły, przerzucać się z jednego boku na drugi i nigdy nie stał spokojnie, — czego bo panienka tak zaraz, mości dobrodzieju, bierze wszystko do serca? Nicże się nie stało... dla tego wodę tam pić można...
— Mój panie Pawle... a cóż ludzie z tego zrobią! zawołała Viola, czyż ty ich nie znasz?
— Ja ich nie znam? mości dobrodzieju! uśmiechnął się wracając do tabakierki Szerszeń. Trzymam o ludziach z nieśmiertelnym mistrzem naszym Szekspirem... mości, mości dobrodzieju, który powiada... ale nie pamiętam gdzie, że nie ma paskudniejszego zwierzęcia nad człowieka. I właśnie dla tego mości dobrodzieju — panienko, nie trzeba na te stworzenia dawać baczności. Ja sobie z tych ludzi nic nie robię?
Viola spojrzała i uśmiechnęła się.
— Nie idzie mi o nich panie Pawle, ale o własną spokojność.
Zapukano do drzwi, wszedł Sylwan, który zaraz po odprawieniu Hermana przybiegł się tłómaczyć.
— Daruj mi pani, stało się czego ja nie mogłem przewidzieć, albo raczéj nie przewidziałem, bom zawierzył bratu... Pobiegłem dla chorego Hermana po suknie, zakazując mu otwierać gdyby dzwoniono. Ciekawy chłopak nie dotrzymał mi słowa, klnę się pani, że tak było.
Mówił to żywo z widocznym bólem, tak, że Viola wstała z kanapy, i podając mu ręce zawołała równie gorąco:
— Ależ ja pana nie obwiniam, bynajmniéj! Jużciż bym go nie posądziła o żadną zdradę... Tylko ponieważ mój nieszczęśliwy los chciał, by mnie wyszpiegowano — już mi nie wypada narażać się na złe języki.
— Złe języki, panienko — wtrącił Szerszeń, jak mówi nieśmiertelny nasz Szekspir — nie ukąszą dyamentu.
Mimowolnie z téj cytaty uśmiechnął się Sylwan... Viola téż smutnie rozśmiała się z poczciwego suflera, który tabaki zażył i ręką strzepnął.
— Przyszedłem wytłómaczyć się pani i — sam nie wiem jak — ale pragnąłbym z serca poradzić coś, naprawić — rzekł Sylwan... powinnaś pani wody pić aby nie kaszlać.
— Będę je piła w pokoju... westchnęła Viola; a pan przygotuj się do tego, że po mieście rozgłoszą o romansie jego ze mną... Ruszyła ramionami. Cóż mi tam! mnie to już nic nie zaszkodzi — a żal mi pana!
— Przecięż i mnie szkodzić nie może to, czémbym chyba miał prawo się pochlubić — odpowiedział Sylwan — ale głównie idzie tu o wody pani.
— A! cóż tam! co tam! mniejsza o to! śmiejąc się poczęła Viola. Dziękuję panu, pan jesteś dobry, serdecznie dobry człowiek... bardzom mu wdzięczna:.. Pięknemu, cichemu ogródkowi, w którym mnie tak było dobrze chodzić, a panu Pawłowi drzemać — trzeba posłać — Adio!... i wrócić do izdebki...
Przygotuj się pan pokutować za swój dobry uczynek...
Sylwan się skłonił tylko. Przyniósł kilka książek, które milcząc położył na stoliku, i chciał się wycofać zaraz, ażeby nie być natrętnym. Jakaś chmurka smutku przesunęła się po czole biednéj dziewczyny, niedostrzeżona nikomu — trochę boleśnie jéj było, że Sylwan tak od niéj się śpieszył, tak prędko uciekał.
— Usiądźże pan trochę i odpocznij, odezwała się rzucając nań wejrzenie nieśmiałe i smutne a łzawe. Mam się pana poradzić o moją rolę...
Każą mi grać pannę Martę w Pierwszéj lepszéj Fredry... Wszak prawda, że w niéj trzeba unikać wszelkiéj przesady, bo sama przez się, przez autora już rola ta, tak jest dobitnie nacechowana, że najmniejsze przebranie miary uczyni ją karykaturą?
— Masz pani zupełną słuszność — ale jestże ta rola dla niéj stosowna? spytał Sylwan.
— Ja muszę grać co mi każą, odpowiedziało dziewczę... gdy nie ma komu, grywam zgrzybiałe staruszki...
Sylwan ruszył ramionami.
— Grałam na przemiany Anielę i Klarę w Ślubach panieńskich Fredry, odezwała się Viola... grałam w nich nawet ciocię... zdaje mi się, że kiedyś każą mi grać któregoś z Huzarów, gdy zabraknie artysty... ale cóż robić? — tak się u nas żyje!
Viola spojrzała na Sylwana całym wzrokiem swéj duszy, ale to, czém sądziła że go pociągnie ku sobie, przeraziło go tylko. Sylwan miał ku niéj braterskie, niemal ojcowskie przywiązanie, serce jego było gdzieindziéj. Po raz pierwszy postrzegł, że w biednéj sierocie mógł obejściem przyjacielskiem rozbudzić więcej niż trochę wdzięczności. Tak było w istocie. Viola dotąd nie mogła pokochać nikogo ze stręczących się jéj kochanków płochych i śmiesznych; ten młody człowiek poważny, nie prawiący jéj słodyczy, nie ubiegający się o serce, pomagający jéj skrycie a skromnie i unikający nawet podziękowania — pierwszy rozbudził serce uśpione. Takiego jakiegoś cichego, umiejącego kochać, zasługującego na ufność marzyła zawsze dla siebie kochanka... Znalazła w Sylwanie ideał i serce powiedziało sobie: Jego będę lub niczyją...
Młodość, sieroctwo, rodzaj życia rozbudzający uczucie, dopominały się od niéj, aby kochała. Któż wie czy nie znalazłszy tego człowieka nie byłaby gorszego uczyniła wyboru? Wychowana w téj swobodzie obyczajów, na którą od dzieciństwa patrzała, nie widziała w tém nic zdrożnego, że nie oglądając się na przyszłość, rzucała serce swe bez rachuby... wybranemu. W myśli swéj należała już do niego. Sylwana chłód i obojętność zwiększały tylko uczucie... Cierpiała Viola — a samo to cierpienie było dla niéj słodkie... mówiła sobie, że on ją ukochać musi, że chłód i obojętność udaje, bo nie chce zatruć jéj przyszłości... ale ona mu ją złoży w ofierze i zmusi do przyjęcia... Giniemy wszystkie z nędzy, z próżności, nie dawszy serca, sprzedane głodem... czemużbym ja dla miłości méj zginąć nie miała?
Viola znajdowała to naturalném, konieczném, i tworzyła sobie dramat ze swego losu... Sylwan aż do tego poranku nie miał najmniejszego przeczucia, że serce jéj drgnęło dla niego. Drżące jéj ręce, łzawe wejrzenie, głos wzruszony po raz pierwszy dały mu poznać prawdę, któréj się wahał uwierzyć.
Zbroiło go przeciw temu czarowi miłości, dawne przywiązanie, zepchnięte w głąb serca i zapełniające je całe — a mimo to uląkł się szału... uczuł słabym — postanowił jéj unikać.
Byli sami, bo pan Paweł Szerszeń, usunął się z wolna do drugiéj izby. Viola uśmiechała mu się z naiwnością dziecka, które nie zna niebezpieczeństwa.. Sylwan popatrzał na nią chwilę, nie wiedział już co ma mówić...
— Wody więc pani pić będziesz?
— Pan mi każesz, ja go prędzéj posłucham niż doktora... Dobrze... Gdzie mam je pić? U pana w ogródku nie można... szpiegowanoby mnie na drodze... zatém u mnie w pokoju... Ale teraz, dodała cicho — bardzo cicho — ja już pana nie zobaczę... W teatrze! tyle ludzi, tam jabym nie widziała choć przyjdziesz mi się z dala ukłonić... w ogródku się już nie zobaczymy... a do mnie, nie śmiem prosić...
— Owszem, kochana pani, rzekł Sylwan ujęty jéj prostotą i szczerością: jeśli pani w czém użytecznym być mogę, przyjdę, dowiem się, dostanę książek... Znajdziesz pani we mnie dobrego brata, nie zaś natrętnego... wielbiciela!
Viola zarumieniła się mocno.
— Pan wiesz przecię, jak mi oni są wstrętni! bądź mi czém byłeś dotąd — ale — nie opuszczaj sieroty...
Zmieszana i prawie nie wiedząc co powiedziała, wyszepnęła ostatnie słowa, podała mu ręce obie, i gdy Sylwan jedną z nich ucałował żegnając, żywo rzuciła się na kanapę... Łzy miała w oczach — Sylwan nie widział ich może, odszedł wszakże poruszony mocno i smutny...
Wysiedziawszy tak dość długo na kanapie i nie widząc nawet iż oboje państwo Szerszeniowie podglądali ją potrząsając głowami, różne czyniąc wnioski nad jéj zadumaniem i łzami, — podniosła się Viola nagle, schwyciła robotę, zawołała Pawłową i wzięła się żywo do przerabiania sukienki, która wieczorem była potrzebna.
Szerszeń siadł w przedpokoju przy stoliczku u drzwi i odczytywał rolę, którą miał podpowiadać...
Nie upłynęło pół godziny, gdy żywy bieg po wschodach dał się słyszeć i drzwi się otwarły szeroko. Stał w nich z ogromnym bukietem w ręku Herman...
Nie pierwszy to raz trafiał się natręt na progu. Paweł Szerszeń był dla nich nieubłaganym i żadną w świecie ofiarą przekupić go nie było podobna... Wyprawiał nielitościwie tych młodzików nie dając im progu drugiego pokoju przestąpić; tym razem napad był tak niespodziany, jak nagły, tak strategicznie i ze znajomością miejscowości obrachowany, że nim Szerszeń pospieszył rozstawić ręce i drogę zaprzeć, Herman spojrzawszy tylko nań, rzucił się do drzwi i wprost szturmem do pokoju Violi. Stary leciał za nim próżno usiłując go pochwycić za poły... Zręczny napastnik, nie zwracając się nawet ku niemu, choć za sobą słyszał pogoń, prędzéj wbiegł i stanął przed Violą, niż Paweł pośpieszył drzwi przed nim zamknąć...
Dziewczę razem z Pawłową w okularach, robiło około sukienki... nastraszyło się stukiem, podniosło oczy — wyelegantowany Herman, z uśmiechem na ustach, stał w postawie pokornéj, wyciągając bukiet ku niéj.
— Pozwoli pani złożyć u stóp swych w ofierze...
Aktorka odzyskała zwykłą zimną krew i akcent szyderski.
— Nie, panie — nie pozwolę! rzekła chłodno... a najprzód spytam, czy się tak godzi nachodzić moje spokojne mieszkanie?... Jakkolwiek biedna i nic nie znacząca... w oczach pana, mam prawo jak każdy do poszanowania mego progu, bom w tém mieszkaniu panią. Raczysz pan...
Wskazała drzwi...
Herman się z gniewu zaczerwienił.
— Gościnną pani jesteś, ale tylko dla wybranych gości...
— Tak, być może, odparła Viola: nikt mi nie ma prawa rozkazywać, przyjmuję — kogo mi się podoba...
— A ja nie mam téj łaski...
— Nie — panie! zimno mówiła Viola.
— Dla czego?
— Dla czegobym się miała mu tłómaczyć?
— Choćby dla tego, z gniewem dodał Herman, żem widział panią z rana... i mogę głosić przed całym światem... kogo pani swą łaską zaszczycasz...
Dziewczę rzuciło nagle robotę, wstało wyprostowane, groźne, z zachmurzoną brwią.
— Możesz pan głosić co mu się podoba! zawołała podniesionym głosem — nie wstydzę się tego co czynię. Ta groźba tak pana pięknie maluje, iż się dziwić nie będziesz, gdy mu powiem, że zasłużyłeś na moją wzgardę...
Załamała ręce...
— Za kogoż mnie masz, zawołała podstępując krok ku niemu — za kobietę, która gdyby jednemu dała serce... trzymałaby je otwarte dla wszystkich?... Precz! precz!
Tak gwałtowne były te słowa, ruch i twarz tak groźne się stały, że Herman uląkł się i pożałował swojéj lekkomyślności. Bukiet wypadł mu z rąk.
— Daruj mi pani — odezwał się cicho, — bądź lepszą i wspaniałomyślniejszą niż ja byłem... Miłość może przyprowadzić do szału...
Viola opamiętała się, ręce jéj opadły, poszła do okna płacząc i powtarzając: — Miłość! to ma być miłość!
Herman zawstydzony, wzburzony, upokorzony, wymknął się po cichu, a Szerszeń drzwi za nim na klucz spuścił.






VI.

Dom hrabiny Anastazyi z Borzechowskich Ramułtowéj odznaczał się przepychem i wystawnością, jaka się dziś rzadko spotyka. Po największych domach skromniejsze są już daleko przyjęcia, i życie powszednie nie kusi się o nieustanny okaz pańskości i dostatku... Przy wielkich uroczystościach występ bywa i wysiłek wielki, na codzień oszczędza się każdy. Pani hrabina Ramułtowa na tém zasadzała pańskie utrzymanie domu, by u niéj codziennie przepych był jednaki. Liberya paradna nie zrzucała się nigdy; zastawa stołu choćby Jaśnie Wielmożna hrabina raczyła obiadować sama jedna, była zawsze bukietami i srebrami strojna; kamerdyner od ósméj rano wdziewał czarny frak i krawat biały... Ceremoniał dworu nigdy się nie zmieniał... Było to naśladowanie etykiety monarchicznéj i dworów książęcych... Do godziny pierwszéj hrabina nie była dla nikogo oprócz syna widzialna, wiek czynił niezbędném przygotowanie się przed wystąpieniem na świat. Strój do obiadu był inny, inny na wieczór w domu lub wizyty... Dwa razy w tydzień były wieczory, w które przyjmowała znajomych... w inne dni schodziło się mniejsze kółko poufałych przyjaciół domu na małego wiseczka, bez którego żyć nie mogła.
Wedle przepisów Herman obowiązany był stawić się na dzień dobry do śniadania, potém na obiad jeśliby się od niego nie uwolnił z rana o tem oznajmując — nareszcie wieczorem powinien assystować matce. Bardzo jednak często pod różnemi pozorami wyłamywał się z tego, a choć hrabina niepokoiła się, gniewała, posyłała, umiał ją potém uściskami i całusami przebłagać...
Mieszkanie Hermana przytykało do apartamentów hrabiny, ale było od nich zabarykadowane szafą, gdyż u niego zbierało się czasem tak szumne i wrzaskliwe towarzystwo, że przez wszystkie salony aż na drugi koniec domu słychać je było.
Od mentorów i guwernerów uwolnił się młodzieniec oddawna, nadzór zaś pieczołowitéj matki ograniczał się na posyłaniu, dowiadywaniu się o niego, westchnieniach, gderaniu i całusach. Herman robił co chciał, a pieniędzy brał ile tylko mu się wziąć udało...
Przy hrabinie bawiła daleka jéj kuzynka, panna Złocińska, mająca lat około trzydziestu, niegdyś bardzo ładna, dziś jeszcze wcale przystojna... przez którą Herman, gdy sam nie mógł zręcznie wyrobić co u matki, umiał sobie przygotować drogi i wyzyskać co zamarzył. Panna Złocińska miała słabość do młodego chłopca, który czasem za to poobiednie godziny spędzał u niej, paląc cygaro, na samotnéj gawędzie...
Oprócz panny Złocińskiéj, zwykłe towarzystwo wieczorne składał jeden ksiądz kanonik, przez grzeczność tytułowany prałatem, który doskonale grał w wista i umiał zręcznie prowadzić rozmowę o niczém... nie zaczepiając o żaden przedmiot draźliwy — jeden stary doktór, człek zabawny, dowcipujący nie szkodliwie, tak, że bawił wszystkich a nikogo nigdy nie zranił — i prezes, którego tytuł starożytny niewiadomo do jakiéj odnosił się prezydentury. Prezes miał dwie wstążki orderowe u fraka (miał je i u paltota) — minę urzędową, twarz wygoloną starannie do włoska... Uchodził za polityka... ale nie mówił nigdy nic, chrząkał w najgorszym razie, w innych usta podnosił, brwi ściągał, głową trząsł, ramionami ruszał, a z tych znaków ludzie go znali, wyciągali wnioski najpewniejsze co do przyszłéj konjunktury polityki europejskiéj.
Jest rzeczą pewną, że gdy miała nastąpić wojna z Austryą, prezes ilekroć mówiono o zgodzie, kładł rękę za kołnierz, tarł szyję i chrząkał... Nie było to bez znaczenia. Późniéj doktor i kanonik przypomnieli to sobie, a prezes się śmiał, ale ani przeczył ani potwierdzał że był prorokiem... Hrabina go za takiego uważała.
Wieczorem tego dnia, gdy Herman dostał tak srogą odprawę od Violi, było zwykłe przyjęcie wszystkich znajomych, raz na zawsze zapraszanych. Matka wymagała od syna szczególniéj w te dni, aby się u niéj w salonie koniecznie znajdował. Herman nudził się, ale w tém woli matki posłusznym być musiał. Zapraszał tylko zwykle kilku z młodzieży, z którémi wycofywał się do bocznego saloniku, i tam maleńką grą zabawiali się jak mogli najciszéj.
Przez czas swojego pobytu hrabina koło znajomości umiała sobie wyrobić; bywali mniéj więcéj wszyscy do zachowawczego obozu rachujący się, i co tylko lepszém towarzystwem się zwało. Niektórzy nawet po dobréj wieczerzy nazywali ją szanowną matroną polską...
Schodzono się na te wieczory po godzinie ósméj, ale punkt o ósméj hrabina już siedziała na kanapie, w miejscu, na którém hołdy zwykła była przyjmować.
Spojrzmy na nią, dopóki nie zaczną schodzić się goście...
Przy świecach z dala — pomimo otyłości, hrabina wyglądała dosyć świeżo. Na szerokich ramionach osadzona maleńka główka z rysami drobnemi i regularnemi, usteczka zesznurowane, nosek spiczasty, oczy wielkie czarne, wyraz twarzy melancholiczny, czyniły wrażenie miłe... Rączkę miała białą, pulchną, i nadzwyczaj starannie utrzymywaną. Zdobiły ją kosztowne pierścienie, a do stroju téż nigdy nie brakło łańcuchów, bransolet i świecącéj jubilerszczyzny. Złotą lornetkę prawie ciągle musiała trzymać w ręku, gdyż wzrok miała osłabiony... Jakkolwiek starzy partnerowie do wista byli jéj mili, hrabina téż lubiła młodzież i mężczyzn średniego wieku szczęśliwie zachowanych, niekiedy posuwała uprzejmość dla nich do tego stopnia, że całemi godzinami bawiła ich rozmową, wdzięcznemi ruchami ręki popieraną.
O ósméj z wybiciem zegara weszła w długiéj czarnéj sukni hrabina, wprost na swe miejsce do kanapy dążąc. Zwykle panna Złocińska, brunetka z żywemi czarnemi oczyma i ślicznemi zębami, towarzyszyła jéj tu, dopóki się goście schodzić nie zaczęli... Herman powinien się był stawić na godzinę ósmą we fraku, rzadko jednak bywał punktualnym.
Tego dnia wyjątkowo stawił się na porę i siadł nawet przy matce... obok panny Złocińskiéj, która się jego bladości z pewnym wyrazem złośliwości przypatrywała.
Matka go wzięła za rękę i pociągnęła ku sobie.
Mon cher, coś ty dziś blado wyglądasz... po téj wycieczce na wieś...
Złocińska się uśmiechnęła.
— A chciałabym, mówiła matrona, abyś właśnie mi jak najlepiéj wyglądał. J’ai des projets sur vous. Schyliła mu się do ucha.
— Panna Hanna Junoszanka...
Spojrzała: Herman oczy trzymał spuszczone.
— Widziałem ją, rzekł sucho.
— A cóż?
— A! bardzo ładna panna... ale — z góry na świat patrzy...
— Na świat, bardzo dobrze — byle nie na ciebie... mówiła matrona. Panna Hanna pochodzi z pięknéj familii, a po babce starościnie i ojcu weźmie kilka milionów...
— Jeśli się ojciec nie ożeni — dodał Herman.
— Ale cóż znowu? il n’est plus jeune.
— A jemu zdaje się, że nie stary...
— Sam macierzysty majątek ogromny i panienkę bardzo chwalą.
Herman zamilkł.
— Proszę cię, miéj to na uwadze...
Nadchodzący pan Paprzyca, obywatel wiejski, człowiek wielce poważny, przerwał rozmowę. Panna Złocińska, widząc się niekoniecznie potrzebną przy kanapie, wyśliznęła się ku oknom, gdzie wkrótce potém Herman poszedł jéj coś szepnąć.
Paprzyca młody jeszcze... przystojny mężczyzna, siadł zaraz przy hrabinie, która się nieco przysunęła do niego... Wiedziała z reputacyi, że to był człowiek którego posłuchać warto... Dla całéj okolicy stanowił on wyrocznię, słynął z rozumu, drudzy mówili z przebiegłości. Sama twarz niewiele była obiecująca, ale chłodny rozsądek i zimną rachubę dobrze z niéj widać było. Cechą główną charakteru i przekonań szanownego Paprzycy było rachowanie się z rzeczywistością — w marzenia i sentymentalizmy nie wdawał się żadne, szedł drogą jaką mu okoliczności wyznaczały, posłuszny, porządny, regularny, spokojny, nienawidził opozycyi — kłaniał się sile... zresztą jako żołnierz należący do chorągwi i obozu, tam kroczył gdzie chorągiew niesiono, nie pytając żadnych własnych przekonań. Nieprzyjaciel liberalizmu i demokracyi — występował przeciw nim otwarcie... Dla służących pod swoją chorągwią był wyrozumiały aż do pobłażliwości, dla przeciwników nieubłagany i zajadły.
Rozmowa z Paprzycą nie mogła się zawiązać o czém inném, tylko albo o Włoszech, bo ztamtąd powracał, lub o interesach pieniężnych... bankowych i fabrycznych — hrabina więc zagadnęła o wrażenia z podróży, i byłaby się ciekawych dowiedziała rzeczy, gdyby nie nadszedł pan Lubicz...
Lubicz jeszcze bardziéj przypadał do smaku hrabinie, niż sztywny i imponujący Paprzyca. Był to wprawdzie bardzo ubogi chłopak, którego nawet pochodzenie szlacheckie mimo nazwiska herbownego, ulegało pewnym wątpliwościom... ale wyglądał świeżo, prawie przystojny, był wesół, zabawny, i okazywał dla pani domu szczególne uwielbienie... Wiedziała, iż Lubicz oprócz stosunków znakomitych, nie miał nic, że potrzebował małżeństwem wnijść do społeczności, do któréj się wcisnął pochlebstwem i uniżonością a chętnemi służby... mogła więc pomyśleć sobie, że gotów się był — nawet ożenić.
Lubicza przyjmowano w najpierwszych salonach na mocy głoszonych przezeń zasad zachowawczych, niezmiernéj jego religijności aż do fanatyzmu posuniętéj i bezwzględnego zaprzedania się w poddaństwo stronnictwa, o którego protekcyę się ubiegał.
Z ubogiego chłopca, podejrzanego szlachectwa, z pomocą kilku śmiałych wystąpień i łatwéj szermierki językowéj, w któréj sensu wiele nie było, ale blagi podostatkiem, Lubicz dostał się do salonów arystokratycznych, i uważany był za obrońcę prawdy, na którego można już było rachować. Popierano go silnie i obiecywano mu wiele, nie zważając na to, że życie jego prywatne wiele zostawiało do życzenia. Lubicz był namiętnym graczem, pokątnym wielbicielem płci pięknéj, do hulanki stawał chętnie, gotów był weksel sfałszować, ale nazajutrz szedł na summę i widziano go w pierwszéj ławce na nieszporach... W potrzebie podpisałby artykuł do gazety choćby najbrzydszy. W towarzystwie był to człek przyjemny, z ogromną przytomnością umysłu, z heroiczną blagą i kłamstwem tak łatwém i zręczném, jakby go nic a nic nie kosztowało.
Nikt tendencyjnych potwarzy na przeciwników nie roznosił zręczniéj, nie rozsypywał na dobre grunta gdzie najlepiéj rosnąć mogły... nie zaostrzał i nie zatruwał z większym kunsztem nad niego... Starzy wodzowie ściskali go ze łzami jak ukochaną dziecinę wielkich nadziei...
Lubicz nie był bardzo ładny, ale spryt nadawał jego fizyonomii pewien wyraz, który się mógł podobać. Ubierał się starannie i perfumował umiejętnie, tak, że nie można było powiedzieć nigdy czém śmierdział. Au moral et au physique — zażywał tego środka. Czarne oczy gospodyni ze szczególną czułością zwróciły się ku niemu; wskazała mu miejsce blizko przy sobie. Lubicz z uśmiechem wdzięcznym i nadskakiwaniem bijącém w oczy przysiadł się do jejmości.
— Patrz-no panie Hermanie, szepnęła Złocińska do niego: jak Lubicz hrabinę bałamuci.
— Nie mam obawy, ziewnął syn — Lubicz lubi dobre obiady... to cały sekret...
— Ej! éj! dodała Złocińska — żeby nie pomyślał o czémś więcéj...
— Nie, odparł Herman — mnie się będzie bał — jakby mnie nie było, nie ręczę...
Już zaczynali inni goście przybywać, wszedł znajomy nam już Dołęga, śmiejąc się od progu i klepiąc poufale po ramionach kogo spotkał, potém prezes milczący... powitany z uszanowaniem, prałat i doktór razem, na ostatek panowie Kuczaba i Ostoja...
Dwaj ostatni zasługują, aby im parę wierszy poświęcić, należą bowiem do typów epoki i kraju w którym liczną mają rodzinę, mniéj więcéj do siebie podobnych.
Pan Kuczaba nie stary człowiek, z dobréj i majętnéj rodziny pochodzący — acz liczył się do towarzystwa, kółka i obozu, który w salonie był reprezentowany, acz gardłował za jego zasadami, nie zupełnie tak był pewnym i nie zawsze tak gorliwym. W innych towarzystwach wdziewał przekonania mniéj wybitne i stawał na jakiéjś linii pośredniéj, — a czasem, mówiono, że śmiał się przeciw niektórym osobistościom za daleko rzeczy posuwającym, odzywać; lubił popularność i to go gubiło. Gdy szala opinii przechyla się na stronę przeciwną, Kuczaba utrzymywał, że właśnie te zawsze przekonania głosił które zwyciężały; gdy zwrot nowy nastąpił, nikt krzykliwiéj nie twierdził nad niego, że doń pomagał i dlań tylko pracował.
— Nigdy mnie ludzie nie rozumieją, — mówił gdy go obwiniano. Zdaje się, że on sam siebie nie rozumiał też nigdy. Wielka obawa zdepopularyzowania się pchała go ciągle z jednego miejsca na drugie... zawsze tak aby na pierwsze mógł wrócić. W stosunkach z ludźmi posłuszny był swojemu systemowi, ze wszystkiemi dobrze, nieźle, znośnie, tak żeby w przypadku mógł nagle stać się dla nich serdecznym. Wymowny, obfity w słowa, nie zawsze jasny, ale zawsze krzykliwy — słynął Kuczaba z téj łatwości prawienia i mało było posiedzeń, obiadów, zgromadzeń na którychby głosu me zabierał.
Uśmiechnięty do wszystkich, przyjaciel każdego serdeczny, miał ten talent, że od czynnego okazania swych uczuć zawsze się uwolnić potrafił.
Wejście jego do salonu szmerem przyjemnym dla jego serca powitane zostało.
Towarzysz jego Ostoja... był małym człowieczkiem zamaszystego kroju... Znać w nim było ową setną owieczkę nawróconą, która czas długi błąkała się po manowcach... W istocie Ostoja dawniéj do najczerwieńszych demokratów należał, liberalizm jego przechodził gwałtownością znane i praktykowane w Polsce, nie było spisku w któryby się nie wmieszał, kozy, w któréjby nie siedział — aż nareszcie przyszła godzina opamiętania, skruchy, i Ostoja rzekł głośno:
— Już mi ta polakerya obrzydła! mam jéj póty. To do niczego nie prowadzi. Basta...
Przyszedł tedy z pokorą do ludzi dobrze myślących... Nie zaraz ani łatwo go przyjęto, wzięto na próbę i dopiero po pewnym przeciągu czasu otrzymał absolucyę zupełną. Ale też zasłużył na nią takiém zadosyćuczynieniem, iż stał się chlubą tych, z którymi wprzódy wojował. Jak dawniéj jaskrawo był czerwony, tak się teraz stał skrajnie białym i konserwatystą... A że wtajemniczony był niegdyś we wszystkie arkana demokracyi i wszystkich jéj bąków był czynnym uczestnikiem, miał pole do popisu, drwiąc z tego co wczoraj tak gorąco popierał.
Towarzystwo tak szczęśliwie z harmonijnych złożone żywiołów, wesoło rozpoczęło wieczór od gawędki o sprawach i bezprawiach wieku, o jego niegodziwościach i zepsuciu. Godzili się wszyscy na to, że nigdy jeszcze tak źle nie było na świecie i nigdy społeczeństwu nie zagrażały takie kataklizmy jak dzisiaj.
— A wszystko to — zawołał Lubicz, który perorować lubił — z téj fałszywéj i zgubnéj powstało zasady, że ludzkość ulega prawu postępu. Gdzież ten postęp? jaki? Stary porządek społeczny oparty na tradycyach, na bożém objawieniu, na wiekuistém doświadczeniu obalono, a nikt nowego zbudować nie umie. Negacya stworzyła ruinę i zniszczenie tylko, niepokój w umysłach — chaos w pojęciach — ten miły stan, wśród którego żyć mamy niezrównane szczęście!
— Brawo! brawo! poklasnął Paprzyca; złotemi literami drukowaćby to należało na pożytek powszechny. Nikt zdrowiéj nie pojmuje zadania nad pana — postęp i fałszywa jego idea przyczyną wszystkiego złego... Dla postępu tego zaczęto szukać formuł nowych, mędrkować, obalać, wyzwalać, oświecać... stworzono ideał ludowy, massy odciągnięto od pracy... zasypano nas proletaryatami bez końca... żadnéj powagi... żadnego rządu, żadnéj władzy z góry, zdetronizowano nawet Boga, a posadzono na jego miejscu rozum ludzki, który od grana opium w szał się obraca...
U staréj szlachty polskiéj był zwyczaj pić wódkę przed obiadem; tu zaś w salonie hrabiny i innych tegoż wyznania rozpoczynano zawsze wieczorną biesiadę od podobnych drastycznych deklamacyi, któremi uspokoiwszy sumienie (zalawszy robaka), siadano potém do wista i do obmowy bliźniego. Temat to niewyczerpany, waryacye z niego bardzo łatwo udatne się tworzą... Paprzyca więc i Lubicz przy towarzyszeniu Kuczaby odegrali koncert na konserwatyzmie, a Lubicz go dokończył, następującym wykrzykiem:
— Oświecanie ludu w modzie! oświecanie! Nie są im w stanie dać więcéj oświaty nad to, żeby poznali, iż są siłą i że społeczeństwo obalić mogą! Niedouczony mędrek łaknąć będzie wszystkiego, i rzuci się na wszystko! Oświecanie ludu chyba dla tego, by nim nikt rządzić potém nie mógł, i panowanie nieładu wprowadzić...
Był właśnie w tém miejscu perory, gdy nowy gość wszedł po cichu.
Był to zaproszony niepotrzebnie a bez złéj myśli pan Sylwan Ramułt, którego Herman tu wciągnął. Na widok jego zamilkły usta i zgroza odmalowała się na twarzach. Hrabina mimo różu i bielidła zarumieniła się z niezadowolenia, oddając mu jego ukłon bardzo nieznaczném skinieniem głowy; inni przytomni nadęli się, usta powykrzywiali i zaczęli ustępować jak od zapowietrzonego.
Sylwan wcale się nie zdał zmieszany tém przyjęciem, wytrzymał je mężnie, spokojnie i poszedł powitać brata, który teraz dopiero spostrzegł jak niepotrzebnie wprowadził tu radykała znanego ze swych zasad, w koło, które się ze wstydem od niego odwracało. Matka domyślając się, że była winną tę przykrość Hermanowi, z ukosa rzuciła mu okiem zagniewaném... Milczenie głuche, ciężkie, przykre, rozeszło się aż do ostatnich kończyn sali. Sylwan doskonale zrozumiał, iż on był przyczyną tego wrażenia; skinął na brata i wyszedł z nim razem do sąsiedniego pokoju.
Przez jakiś czas jeszcze milczano, w końcu Paprzyca przysunął się z krzesłem do gospodyni.
— Pani hrabino dobrodziejko, zawołał zniżając głos — z jakiémże zdumieniem spotykam tu tę figurę w jéj salonie! Czyż być może ażebyś hrabina przyjmowała u siebie ludzi tak skrajnie przeciwnych swoim przekonań, jak ten pan inżynier?
— Ale to jest jakiś przyrodni brat mojego Hermana — odparła hrabina — pojmuje pan...
— Święte są węzły rodzinne! lecz gdzie zagraża zaraza moralna, gdzie idzie o ratowanie duszy! Czy się pani hrabina nie lęka wpływu tego szkodliwego, zdolnego a upartego człowieka na młodociany umysł pana Hermana?
— A! ja to wszystko wiem, szanowny panie, i gryzę się a martwię, mówiła hrabina wzdychając — ale jakże się go pozbyć?
Paprzyca się zamyślił.
— Położenie jest wyjątkowe — rzekł; a jednak przestrzedzby należało Hermana... nakazać mu, by unikał...
Tu schylił się do ucha hrabiny.
— Mam podejrzenie, że hrabiego wprowadza w złe towarzystwa, zapoznaje z aktorkami, ułatwia widywanie się z niemi...
Hrabina ręce ze zgrozą największą załamała...
— O, mój Boże! odezwała, się, byćżeby to mogło? mój Herman który dotąd był tak czystym, tak niezepsutym i niewinnym!
Lubicz siedzący obok, ażeby się nie rozśmiać, zrobił minę nadzwyczaj surową... Hrabina oczy w niebo podniosła.
Gdy w salonie cicha ta rozmowa rozpoczyna jak preludyum nową i gwarniejszą, w drugim pokoju Herman przechadza się z Sylwanem.
— Powiedz mi, spytał Herman, coś ty im zrobił że tu na widok twój nosy krzywią?
— Ja! im? rozśmiał się Sylwan — ale ja z nimi niemam nigdy nic do czynienia, żadnego stosunku, jakżebym im co mógł uczynić? Widać moje przekonanie sprzeciwia się ich opiniom, i dla tego jestem dla nich niewygodnym gościem...
— Aż mnie śmiech brał, gdym zobaczył wejrzenie Paprzycy, Kuczaby i Lubicza, jakiém cię powitali...
— Po cożeś mi tu przyjść kazał?
— A! rzekł Herman ściskając go — na umyślnie — ja tych trutniów cierpieć nie mogę. I wiesz? dodał — to szczególna rzecz, większa część naszéj demokracyi tak mi jest wstrętliwa jak oni — każde w swoim rodzaju, ale to i tamto po większéj części — lisi komedyanci.
Sylwan popatrzał nań — Herman poziewał.
— E! co mi tam odezwał się — jedno i drugie niewiele warto! klerykały i jezuici szalbierze, a twoi ludowi adwokaci i demokraty — szarlatany!
Sylwan zdumiony bardzo, stanął patrząc mu w oczy.
— Wiesz, rzekł, nie spodziewałem się, żebyś tak głęboko wszedł w naturę rzeczy.
— Głęboko? ja? głęboko? ruszył ramionami Herman. Z powierzchowności sądzę tylko i tych świętoszków, którzy żegnając się grzeszą z westchnieniami, i tych deklamatorów, co bohaterami być obiecują jutro, a dziś o swojéj tylko pamiętają kieszeni. Ale — dodał Herman — wiesz kochany Sylwanie? wolę jeszcze świętoszków, bo mają formy, chodzą w rękawiczkach i nie plują na podłogę.
Sylwan śmiał się, lecz gorzko...
— Ja ci powiem, że zarówno nie cierpię szalbierzy w sutannie jak szarlatanów w stosowanych kapeluszach z piórami; lecz szarlatan śmieszy i na nim każdy się pozna, a świętoszek jest chodzącym fałszem i kłamstwem... zatém najpodlejszą istotą.
— Wierz mi — ambo meliores! dodał Herman... a nam wolno się śmiać z obojga... Przepraszam cię tylko bardzo żem nieopatrznością moją naraził cię na chwilową nieprzyjemność... Wiedziałem, że tobie nie będzie zbyt przykro, boś wyższy nad nieprzyjemność, a im popsułem humor na długo...
— Bylebyś, nieznośny figlarzu, rzekł Sylwan, i sobie tém niezaszkodził. Szukasz zabawki nawet w tych rzeczach które wcale są niezabawne.
— Muszę, zamknął drugi — bo się okrutnie nudzę...
Tu z werwą komiczną począł bijąc się w piersi opisywać Herman, jaką niedorzeczność popełnił idąc z bukietem do Violi.
Sylwan się oburzył.
— Nie gniewaj się bracie! na Boga! nie gniewaj! popełniłem niegodziwe szaleństwo, ale to będzie ostatniem. Odtąd po policzku jaki mi dała, — szanuję ją.
— Jakto! po policzku? krzyknął Sylwan.
— A! au moral! kazała mi iść precz za drzwi.
Westchnął Herman i dodał:
— Tyś szczęśliwy, pracujesz, jesteś spokojny, — w zgodzie z sobą; ja... rzucam się jak zwierz w klatce... wielce przebaczyć mi można... Niepowinieneś nigdy się gniewać na mnie, ale mną kierować i prowadzić.
To dobre słowo rozbroiło Sylwana.
Nie dano im się wszakże rozmówić dłużéj, gdyż Dołęga pod rękę z Kuczabą weszli śmiejąc się do tego pokoju, i ogólniejsza wszczęła się rozmowa...






VII.

W małéj salce Sylwana, któréj drzwi na ogród były otwarte, siedziała w fotelu Lelia... przeglądając album z fotografiami... Sylwan przechadzał się zamyślony...
— Mnie się zdaje — mówiła siostra — iż najprostsza grzeczność każe ci, bądź co bądź złożyć uszanowanie starościnie, i oddać wizytę panu Aleksandrowi!... C’est de rigueur!
— Nie przeczę! a jednak — będę otwarty z tobą — waham się — dla wielu powodów... Na co mam w sobie przygasły ogień odżywiać? po co niepokoić pana Aleksandra? Na co babci robić przykrość, a biednéj Hannie już nie wiem kłopot czy — niepokój?
— Ty łudzisz się kochana Lelio — tobie się chwilami zdawać może, iż cuda się dzieją na świecie, że pan Aleksander może się dać przebłagać i spojrzeć na mnie lepszém okiem... że — nie mówmy o tém.
— Owszem, mówmy o tém, śmiało podchwyciła Lelia — ty kochasz Hannę i Hanna ciebie kocha... to założenie.
— Ale nie trzeba nigdy z fałszywego założenia wychodzić, odparł Sylwan. Że ja kocham ją, to nie ulega wątpliwości, a żeby ona mnie kochać miała — jest więcéj niż wątpliwém...
— Mylisz się...
Sylwan zmilczał.
— Babcia, rzekł po chwili, ledwie mnie znosi... ojciec jawnie okazuje wstręt, i dał sam do zrozumienia, abym się nie uwodził marzeniami. Hanna sobą nie włada.
— Jesteś samą prostotą i niewinnością, przerwała Lelia. Babcia, poczciwa staruszka, ulega wpływom i kocha Hannę... ojciec jest najsłabszym z ludzi, którego ja nawet, istota wątła, mogę uśmiechem i słodkiem słowem poprowadzić gdzie zechcę. Jest więc wiele do zrobienia..
Vous comptez sans votre hote! chłodno począł Sylwan nie patrząc na nią, z oczyma spuszczonemi w ziemię — tym gospodarzem jest klika, obóz, stronnictwo, nazwij go jak chcesz, do którego babcia i Oleś, sami o tém nie wiedząc, należą... Jakżeby to stowarzyszenie dopuściło milionowéj pannie wyjść za ubogiego inżyniera, który nie udaje ani panicza, ani szlachcica i chce mieć własne przekonania, nie ulegając komendzie z góry? Potwarz, intryga, gwałt, oszczerstwo, postrach, użyte zostaną byle nie dopuścić tego uronienia siły... Majątek ten musi się dostać komuś nieposzlakowanemu o radykalizm i swobodę przekonań — a gdyby nawet Hannę potrzeba poświęcić, poświęcą ją nie wahając się, byle majątku nie stracić i nie dać go w ręce tych, których uważają za swych przeciwników. Do tak wysokich celów... o jakich marzą — wszelkich środków użyć wolno; a teologowie stowarzyszenia znajdą wyborne argumenta na uniewinnienie. Wyższy cel oczyści nawet z szalbierstwa, z gwałtu zadanego woli i t. p.
— Wiesz kochany Sylwanie, że mi się słuchając ciebie na śmiech zbiera... odezwała się nie dając mu dokończyć Lelia. Hrabia Rzewuski, autor „Soplicy“, mówił jednemu z wyższych urzędników, jeśli się nie mylę p. B......wi, że zna dwóch śmiesznych (wyraził się ostrzéj) ludzi, z których jeden zawsze się czegoś boi, drugi wiecznie czegoś spodziewa... Wiadomo do kogo to było zastosowane. Ja znam dwóch takich co się wzajem straszą, sami nie wiedzą czém... jedni skrytą potęgą Lojoli... drudzy massonami i tajemniczemi spiski... W średnich wiekach można się było może obawiać takich machinacyj podziemnych, dziś to są straszydła na wróble... Jezuici chcieliby może udawać potężny zakon Lojoli i mają ogromne siły finansowe, które umiejętnie zużytkowują — a massoni i ludzie postępowi na jaw wyciągają wszystko, i bój musi się toczyć nie po ciemnych kątach, ale na szerokim placu pod słońcem jasném.
— Tymczasem, mówił Sylwan, jezuicka potęga, tak czy inaczéj się ona zowie, potęga wstecznictwa jest jeszcze wielka; wszystko co jest w posiadaniu mienia, władzy i intelligencyi broni monopolu.
— Ale cóż do tego Hanna należy? śmiejąc się spytała Lelia — c’est une lubie!
— Hanna ma majątek! Hannę nawrócą... głowę jéj zawrócą... i pójdzie za ich wybranego lub... do klasztoru na ksienię... Wmówią jéj missyę obrony społeczeństwa, porządku... religii.
Zerwała się Lelia z krzesła, rzuciła album, pobiegła do brata i pocałowała go wołając:
— Jesteś monoman!...
Potem wróciła do krzesła...
Śpiewka dochodząca z ogrodu i uderzenie silne furtką nie dały jéj mówić daléj: w progu, w kapeluszu, niepostrzegłszy jeszcze Lelii — stał Herman.
— Sylwanie! zawołał, ratuj! umieram...
W téj chwili postrzegł Lelię i zmieszał się; ona parsknęła śmiechem.
— A! przepraszam! nie widziałem pani.
— Cóż ci się stało? zapytał podchodząc Sylwan.
— Nic, spokojnie odparł Herman: moja chroniczna choroba — nudy.
— Kobiety, dawniéj słynęły jako lekarki — wtrąciła Lelia szydersko na niego patrząc, na nudy mam doskonałe lekarstwo...
— Dajże mi go... pani... siostro... wahając się jakiego ma użyć wyrazu, odezwał się Herman i spojrzał na nią tak, że się jéj tego biedaka żal zrobiło.
Siadajże — panie lub bracie, jak chcesz, poczęła wesoło... Przyznam się, że jak na rodzeństwo jesteśmy w dość szczególném położeniu — nie wiemy nawet jak się nazywać.
— Ale siostro i bracie! wtrącił Sylwan — po staropolsku...
— Moje lekarstwo? podchwycił Herman, ratujże mnie, siostro...
— Na nudy?
— Tak jest, na chroniczne nudy...
— Jedno w świecie, wypróbowane — trzeba się mocno zakochać...
— Sylwan zaręcza, że ja tego nigdy nie potrafię, bom nadto zepsuty.
— Napraw się! zawołała Lelia...
— Człowiek jest jak zegarek, który im więcéj się naprawia, tém gorzéj idzie — rzekł Herman, — to dowiedziona rzecz. Ja mam zwyczaj, gdy mi się psuje zegarek, darowywać przyjacielowi...
— Piękny mu robisz podarek, rzekł Sylwan.
— Zresztą co się tycze zakochania, ciągnął daléj Herman: z tobą jako z siostrą droga pani, mogę mówić bardzo otwarcie. Jak tu się dziś zakochać w jednéj z tych panienek, które mówić nie umieją, czuć nie potrafią, sztywne, zimne, nudne... a wyrachowane jak tabliczka Pitagoresa. Są to kandydatki do stanu małżeńskiego i swobód jego... a nie do kochania. Dla nich miłość się zaczyna dopiero, gdy jest już zabroniona.
— Ślicznie nas malujesz...
— Cóżem winien, że mam taki wzór przed oczyma? mówił Herman — mógłbym się chyba zakochać w istocie żywéj, swobodnéj, rozumnéj... a takiéj nigdzie nie ma... mylę się... może jest jedna tylko... Pomiędzy garderobianą co śpiewa Filona, a hrabianką, co piszczy Casta diva... w środku braknie istot tych, którymby pieśń ich własna z serca i ust popłynąć mogła.
— Oleś powiedział, że jest jedna? podchwyciła Lelia.
— Tak... jedna się przypadkiem znalazła — odparł Herman, i dodał z emfazą, patrząc na Sylwana: — i ta cudzym przykuta pierścieniem.
— Cóż? mężatka? zapytała Lelia.
— Gdzie tam! nawet nie mężatka, bo gdyby nią była... gotowy dramat, i jużbym się nie nudził...
Lelia śmiała się, lecz z ciekawością spoglądała na Hermana, który po raz pierwszy tak się jéj dziwacznie a otwarcie malował... Wyobrażała go sobie gorzéj daleko...
— Jest jeszcze drugie lekarstwo — począł Sylwan — ale gorzkie.
— A ja gorzkich nie przełykam; ale jakże się zowie?
— A! stare jak świat, pewnie jak chinina od febry — praca...
— Doskonałe — a no, trzeba się nauczyć niém posługiwać... bo to coś nakształt gimnastyki...
— A sprobować?
— Nie mogę, rzekł Herman. Cóżby powiedziała mama! gorzéj, cóżby powiedziało jéj świątobliwe otoczenie. Praca zaraz pachnie demokracyą, radykalizmem, my jesteśmy ortodoksy... modlić się nam wolno a pracować tylko na chwałę boża, i — zresztą praca tak to coś nieoznaczonego... vague... wolałbym się zakochać.
Śmieli się z Hermana, on na Lelię patrzał, ona na niego.
— Widzę, że z ciebie braciszku bardzo biedne stworzenie... rzekła cicho — my ubodzy choć tych waszych chorób nie mamy... to pociesza.
— Na świecie kompensuje się wszystko, c’est connu! mówił Herman. Mama, która zapewne musi się też domyślać, że ja się nudzę, chce mnie zapędzić w święty stan małżeński...
— Doprawdy? i już dobrano bratu towarzyszkę nudy i niedoli?
— A jakże! komitet na większą chwałę bożą czuwa, bym mezaliansu nie popełnił. Ale kochana siostro — (si vous permettez) — mogą się strasznie omylić w rachubach...
— Kogóż przecie swatają?
— Najpiękniejszą, najbogatszą, najrozumniejszą jak powiadają, prawdziwy ideał, o którym wy może najlepiéjbyście mi coś powiedzieć mogli — pannę Hannę.
Sylwan obrócił się zdziwiony, Lelia aż krzyknęła.
— Jakto! już postanowiono?
— Już, c’est dit — mówił Herman wzdychając. Nie pytając ani jéj, ani mnie, ułożono to w komitecie, polecono mi tylko wykonanie dekretu...
Brat i siostra spojrzeli na siebie.
— Co wy na to? zapytał Herman...
— Jestem Hanny przyjaciółką, choć o wiele od niéj starszą, odezwała się wdowa, znam ją jak siostrę... kocham... jak mego brata... i nie zdaje mi się, ażebyście państwo dla siebie byli stworzeni, ani by Hanna była owemu komitetowi posłuszna...
— Ja zaś, o ile siebie znam, rzekł Herman, przewiduję, że nie potrafię się ożenić z dyspozycyi... ale że mi spokój miły... nie będę się kłócił...
Odwrócił się do Sylwana.
— A powiedz też ty mi, proszę, coś tym panom zrobił, że ciebie tak nienawidzą czy się lękają? Zdaje się, że wczoraj musiała ich wielce zgorszyć twoja przytomność na wieczorze, i mamie coś napletli, bo mi zakazała wasze towarzystwo... a owoc zakazany — najsmaczniejszy.
— To było do przewidzenia — rzekł Sylwan: mam niezasłużoną reputacyę herezyarchy i rewolucyonisty dla tego, że w religii oprócz formy pragnę ducha i czynu, a lud uważam za braci. Dla tych panów tego wszystkiego aż nadto do potępienia człowieka, bo im religia narzędziem, formą tylko i administracyjną machiną, lud zawsze poślednim materyałem, stworzonym, by go wyzyskiwano...
Ruszył ramionami Sylwan... brat patrzał na niego długo milczący.
— Dalipan! tyś bardzo odważny człowiek, rzekł w końcu... z twojém wyznaniem wiary... wiekuiście musisz być prześladowany, na indeksie. Ja — mój Sylwku — wolę w te rzeczy się nie wdawać... Gdy kto porządek i społeczność ratuje siedząc na kanapie, a mówi obrazowo jak Lubicz... poklaskuję — gdy kto głosi braterstwo ludu... admiruję... gdy kto staje w obronie wiary unoszę się.. gdy fatalizm gnębi... podziwiam... ale mi to wszystko jedno... bylem się nie nudził.
— Tak młody! tak młody! — przerwała Lelia — i już takim jesteś sceptykiem.
— No, że też sceptykiem! zaśmiał się Herman: tobym choć wątpliwego coś miał tu — uderzył się w piersi — ale ja jestem... indyfferentem...
Paprzyca powiada, że kraj może być zbawiony przez pieniądze tylko; ja... już dziś całą wartość życia przywiązuję do użycia.
— Pfe! to szkaradnie! zrywając się z miejsca — przerwała Lelia... Co za świat! co za ludzie! Któż cię wychował, mój bracie?
— Najświątobliwsi księża jezuici — rzekł Herman spokojnie, — potém mamine pieszczoty serdeczne, dużo pieniędzy... i — ot... XIX wieku powietrze!
— Żal mi cię!
Sylwan się zbliżył do brata i ujął go w ramiona z uczuciem wielkiém...
— Kochany Hermanie, zawołał: tybyś mnie doprawdy nawet z jezuitami pojednał — tak z całą swą biedą, jesteś szlachetnie otwarty, tak z twego sarkazmu bije serce, tak wiele w tobie żywotnego materyału! tak wiele w tobie pragnienia dobra... O mój drogi, chciéj tylko na to życie, z którego sobie robisz igraszkę, spojrzeć poważniéj, głębiéj, z téj wiary Chrystusa, z któréj oni robią pętle i bicze kręcą, odłącz boże ziarna... uwierz w dobro na ziemi, szukaj ideału, stwórz go w sobie... zadaj sobie pracę nad sobą, namiętnością, słabością, upadkiem ducha, — a wyrobisz się na wyższą istotę, na prawdziwie godnego imienia tego — człowieka...
Tak — życie nędzy jest pełne, i ludzie słabi, i świat nie wiele wart; lecz wywalczyć z nędzy téj bogactwo ducha, ludzi słabych krzepić, świat przejść nie walając się o niego a litując mu się — toć piękne i wielkie zadanie. Dla czegóż go nie podjąć?
— Kto ma siły — amen — zakończył Herman i zwrócił się do Lelii. Kochana siostro — rzekł — choć Sylwan na mnie gderze... ja go kocham... On jeden wierzy, że z tego zbrukanego gałgana jeszcze coś być może.
Lelia z politowaniem i współczuciem podała mu rękę...
— Zaczęliśmy wesoło a skończyli aż nadto jakoś smutnie, rzekła — przerwijmy... Co robisz wieczorem?
— Wieczorem postanowiłem być posłusznym, odezwał się Herman: mama się wybiera do starościny, ja jéj towarzyszę.
— Cóżtu zrobić? z zakłopotaniem zawołała Lelia patrząc na brata: myśmy tam także być mieli?
— A! to się cudownie składa! rzekł Herman... chociaż, chociaż mama może nie zupełnie będzie temu rada... bądźcie koniecznie... ja was żegnam, idę, ubieram się i do zobaczenia...
Ścisnął rękę Sylwana, Lelii, i szybko wyrwał się z ogródka...
Po jego wyjściu długo pozostali nie przemówili do siebie.
— Osobliwszy chłopiec — odezwała się w końcu wdowa — żal mi go, mam dla niego współczucie siostry... ale co się z nim stanie...
— Nikt nie odgadnie gdzie go burza poniesie, odpowiedział Sylwan. Ciężko uwierzyć temu, ale to są zwykłe owoce tego wychowania religijnego pozornie, które tworzy takich sceptyków i nieszczęśliwe istoty wyżyte, nim żyły... Cokolwiek bujniejsza i bogatsza natura przywiązana do kołka, wykrzywia się tak poczwarnie nie mając swobody rozwinąć się wedle praw natury swéj; słabsze cherlają i z nich karłowaty chiński tworzy się ogródek.
Na tém skończono rozmowę... Lelia poszła się ubierać na wieczór, Sylwan miał ją przyjść zabrać... o naznaczonéj godzinie... Herman wróciwszy do domu położył się z cygarem na kanapce i przedrzemał do wieczora... ledwie zdążył się potém ubrać, gdy paradny ekwipaż hrabiny oznajmiono, matka po niego przysłała.
Strój hrabinéj, dobrany jak najstaranniéj był przepyszny, i matrona wydawała się w nim majestatycznie. Suknię miała aksamitną fiołkową z koronkami czarnemi, trzy sznury pereł na szyi, bransoletę ze szmaragdem ogromnym na ręku... a we włosach gwiazdę brylantową wielkiéj ceny. Wyglądała jak królowa... i spodziewała się, że u starościnéj toaletę jéj kobiecą przynajmniéj ocenić potrafią. Lekko licząc miała z półtora tysiąca dukatów na sobie... Herman blady, z bólem głowy, znudzony ale wyelegantowany starannie, podał jéj rękę do powozu.
Podróż całą, krótką zresztą odbyli w milczeniu, hrabina wkładała upartą rękawiczkę numer sześć, która żadnym sposobem na małą wprawdzie lecz pulchną rączkę wnijść nie chciała... Kareta stanęła, Herman wyskoczył... i powoli zaczęto wchodzić na pierwsze piętro...
Starościna nie miała ani takich salonów, ani przyborów wspaniałych dla przyjęcia gości, lubiła téż prostotę i wyszła do hrabinéj w czarnéj sukni swéj jedwabnéj, koronkowéj chustce, z włosami siwemi gładko przyczesanemi... Hanna także, nie mogąc być czarno, ubrała się biało. W salonie znajdował się już wcześniéj przybyły Sylwan, który stał skromnie u okna i Lelia uchodząca tu za domowę... Oleś z kamizelką okrutnie otwartą i olbrzymiemi mankietami białemi, we fraczku paryzkim, zdala zakrawał na kawalera.
Oprócz tych osób był już przyjaciel domu nieoszacowany Dołęga (z wiecznym swym śmiechem papuzim), który miał zabawiać, a w razie potrzeby służyć do wiska dla hrabinéj. Posadzono ją naturalnie na najpierwszém miejscu, na kanapce, a starościna zajęła się rozmową... tymczasem oczy Sylwana i Hanny przez pokój cicho mówiły ze sobą o przeszłości — starościna i ojciec Hanny widocznie zaniepokojeni byli spotkaniem jéj z Sylwanem. Dołęga zdziwiony, że ich tu spotkał...
Hanna zdawała się wahać z razu, czy się zbliżyć do dawnego przyjaciela, czy mieć odwagę... czy osłonić się obojętnością — serce nareszcie przemogło. Ujęła Lelię pod rękę i wysunęła się z nią z kątka w którym siedziała, krążąc tak, ażeby Sylwan łatwiéj się do nich mógł zbliżyć. Pierwszy jednak podstąpił do Lelii — Herman.
Tu znowu hrabina trochę się zaniepokoiła... obawiała się téj siostry i jéj wpływu. Ponieważ Dołęga i Oleś zajęci byli zabawianiem dwóch pań starszych, młodzież była zostawioną sama sobie... Obok saloniku w którym hrabina miejsce zajęła, był drugi większy, pusty... ale oświecony... Lelia z Hanną stanęły w progu, i siostra skinęła na Sylwana by szedł z niemi; Herman z kapeluszem pod pachą, także się w tę podróż wybierał.
Gdy młodzież tak wyśliznęła się z pod oka starszych, chociaż to nie przerwało ich rozmowy, głównie lękano się zbliżenia Sylwana do Hanny... a Lelia właśnie tak prowadziła partyę szachów, aby je ułatwić...
Herman, jak zwykle gdy nie był gadatliwy i szyderski — miał minę złego humoru i milczał nadąsany... Wzrok Hanny spokojny, łagodny, niby obojętnego zupełnie widza, chodził po obu braciach... Jakby się to było złożyło, gdyby dłużéj sann pozostali nie wiem — lecz na szczęście Hanny i Sylwana, nadjechała pani prezesowa z córką Izą, ową właśnie o któréj Herman powiadał, że się w niéj kochał dopóki się z nią nie rozmówił. Prezesowa zasiadła na kanapie obok hrabinéj, głośną i żywą rozpoczynając rozmowę, bo była w słowach niewyczerpaną i należała do tych niewiast, które Rzewuski zwał matkami kościoła — Iza wysunęła się szukać towarzyszek w drugiéj sali. Nie wiem co Hermanowi przyszło na myśl i jaka go fantazya ukąsiła... ale od wnijścia prezesównéj przywiązał się do niéj.
Panna Iza była skromném dziewczęciem, wychowaném w Sacré-Coeur i tak na pozór skromném a bojaźliwém, że zdawała się nie módz trzech zliczyć. Trwożyła się i rumieniła co chwilę, spuszczała oczy i ładna jéj twarzyczka mieniła się jak sensytywa za każdym słowa powiewem... Taką była zwykle, gdy we cztery oczy wiodła rozmowę z narzuconym jéj partnerem w tańcu, lub zaprezentowanym kawalerem w białych rękawiczkach; taką ją znał Herman... nie domyślając się wcale, iż Iza, gdy czuła po za sobą zastęp niewieści a nie miała przy sobie czujnego oka i ucha mamy, była najzupełniéj inną. Naiwność dziecinna kryła w niéj szatańską złośliwość.
Po pierwszych przywitaniach tych pań, Lelia rozrachowała, że potrafi strategicznemi ruchy trochę oddzielić od gruppy, do któréj się wcisnęła, Hannę i Sylwana... Dopomógł jéj znudzony Herman, który jak na łatwą ofiarę rzucił się ku prezesównie.
— Pani, rzekł, bosko dziś wyglądasz?
Iza spojrzała nań i z wielką seryą szepnęła.
— Musisz się hrabia jutro z tego wyrażenia spowiadać...
Herman trochę się zadziwił.
— Pani jesteś niezmiernie surową... i nielitościwie łapiesz za słowa...
— Bardzo lubię grać w wolanta! szepnęła prezesówna; Herman nie zrozumiał, zamilkł chwilkę.
— A pan? zapytała Iza...
— Ja, będąc studentem grywałem tylko w piłkę — dosyć zręcznie...
Lelia przerwała śmiechem. — Osobliwsza rozmowa, jakby pensyonarki i studenta — odezwała się.
— A o czém że moglibyśmy mówić z hrabią — śmieléj rzekła Iza... chyba o majowéj pogodzie... ale to przedmiot wyczerpany od dawna... A! prawda — dodała ze złośliwością skrytą — mamy teatr... Mówmy o teatrze... Widział pan sławną Violę?
Spojrzała mu tak w oczy, że Herman się zmieszał... i milczał.
— Całe miasto mówi o cudownym bukiecie jaki dziś rano otrzymała, od któregoś ze swych wielbicieli — i — niegodziwa wyrzuciła oknem precz do ogródka... gdzie go w najopłakańszym znaleziono stanie.
Znowu spojrzała na Hermana, który zebrał się wreszcie, mocno zdumiony tą szczebiotliwością niespodzianą, na odpowiedź.
— Szczególna to rzecz, jak panie wiecie o wszystkiem nie wychodząc z domu?
— A! tak, o wszystkiem, nawet co robią aktorki i ich adoratorowie, uśmiechając się rzekła Iza...
Na ostatnim wyrazie położyła nacisk widoczny, patrząc Hermanowi w oczy.
— Czy to pani znajduje tak dziwném, że te panie mają adoratorów? zapytał.
— Na scenie zupełnie to pojmuję, ale za sceną mniéj...
— Czyż tylko aktorki na scenę występują? rzekł Herman — mnie się zdaje, że i kto inny czasem odegrywa role pewne?...
— Ale przy tych paniach myśmy dyletantki! wzdychając naiwnie odezwała się Iza.
Herman, dla którego zjawiła się zupełnie nową ta Iza, co wprzódy prawie mówić nie umiała, z podziwienia głupiał.
— Pani, rzekł, trzeba przyznać talent prawdziwéj artystki... To mówiąc skłonił się jéj nizko... Lelia bardzo zręcznie dorzuciła do tego początku rozmowy słów kilka i poszła daléj, jak fajerwerk błyszczący...
O trzy kroki od nich Hanna o stół oparta, miała przy sobie niedaleko w milczeniu stojącego Sylwana... Wiedziała, że nie łatwo jéj przyjdzie zbliżyć się drugi raz do niego... trzeba było z chwili korzystać.
— Smutno mi pan wyglądasz — rzekła po cichu...
— Bo też ciężkie przebyłem koleje — odpowiedział Sylwan — na własny los, anibym miał prawa, aniby mi przystało się skarżyć — ale... inne — ogólne wszystkich losy.
— Nie mówmy o tém... nie chcę byś sobie serce zakrwawiał, i przynajmniéj tu, dziś, radabym inny znaleźć przedmiot.
— Ale jakiż?
— Mówmy o czém inném! dobitnie i żywo, szepnęła Hanna — o czém pan chcesz, byle nie o tém, co pana zasmuca, masz i tak boleści dosyć... Słyszałam od Lelii.
— Dziękuję pani za jéj współczucie...
— Znajdziesz je pan zawsze u mnie.
Zawsze, powoli wymówiła Hanna spoglądając ku niemu. Ręka jéj wyciągnięta na stole, leżała tak blizko, że wzruszony Sylwan zapomniał się i byłby sięgnął po nią, gdyby uważniejsza Hanna, nie szepnęła śmiejąc się.
— Patrzą na nas... mój ojciec...
— A! prawda! Ojciec pani mojemu przybyciu tutaj wcale nie musi być rad... témbardziéj rozmowie; chce pani przejść do salonu?
— Jeszcze nie — nie, odparła Hanna. Nie wiem prawdziwie kiedy drugi raz będziemy mogli równie swobodnie pomówić słów parę...
— Pani jesteś aniołem dobroci.
— A! nie panie Sylwanie, jam tylko wierną przyjaciółką waszą... Pamiętasz pan zabawy dziecinne? Te święte, dobre nasze czasy, gdyśmy ani marzyli, że pan będziesz kiedyś czém jesteś — a ja...
Spuściła głowę Hanna...
— Pani przynajmniéj życie się uśmiecha.
— Mnie? chyba ironicznie...
— Pani powinnaś być szczęśliwą, bo na to zasługujesz, i ja w cichości sercem się o to modlę...
— Trudno być szczęśliwą wśród nieszczęśliwych, na to potrzeba obojętności lub cynizmu, a ja obojga miéć bym nie chciała, choćbym za nie szczęście kupiła...
Słowa ich były raczéj pośpiesznym szeptem, niż głośną rozmową; Sylwanowi twarz się mieniła tą niespodzianką szczęścia...
— A pani, — zawołał, nieumiejąc powstrzymać wzruszenia... Dla mnie... jakiémże szczęściem ta kradziona chwila! Każdego dnia spodziewać się mogę, że mnie ztąd fantazya czyjaś lub zła wola może wygnać... poniosę z sobą przynajmniéj tam, gdzie się już widziéć nie będziemy mogli, wspomnienie tego... pożegnania.
— Nie rozumiem, odpowiedziała Hanna, dla czegobyśmy się żegnać mieli; co do mnie — ja słyszéć nie chcę o pożegnaniu...
— Możemy się zobaczyć w życiu — zapewne, ale gdzie — i kiedy?
— Najprzód... zapewne tu jeszcze nikt nam się widziéć nie zabroni — potém, ja sądzę, że panu wrócić pozwolą.
— Na ślub pani... lub by ją zobaczyć szczęśliwą żoną...
— Panie Sylwanie... tego byś pan nie powinien był mnie powiedziéć!
— Przecież to nieuchronne... masz pani tylko kłopot wyboru...
— Pan sądzisz, żem tak łatwa?
— Ale babcia troskliwa... ojciec... oni skłonią.
— Ani oni, ani w świecie nikt nie zmusi mnie pójść przeciw sercu mojemu.
— Lecz i serce pójdzie wreszcie gdy mu samotność zacięży...
Hanna zwróciła się bladą twarzą ku niemu, oczy jéj błyszczały łzą potajemną...
— Czy pan? pan niewiesz i niewierzysz, żem ja to serce oddała i że go odebrać nie mogę?...
Ledwie dokończywszy tych strasznych słów, wymówionych z pośpiechem, zarumieniona Hanna zwróciła się ku Lelii... a Sylwan jak przykuty w miejscu pozostał. Zdala można było posądzić, że coś go boleśnie zraniło... on tylko rażony był swém szczęściem jak pioruném... Hanna wmieszała się do ogólnéj rozmowy, a z pierwszego salonu śmiech tubalny Dołęgi, który każdemu swemu konceptowi pierwszy robił honory, napełnił wszystkie pokoje.
— Ten się śmieje za całą publiczność — szepnęła Iza...
Niespokojny Oleś wpadł zapraszając panny do kanapy hrabinéj...






VIII.

Przez kilka dni napróżno wyglądała Viola przyjścia Sylwana. Zamknięty u siebie pracował i napawał się wspomnieniem ostatniéj rozmowy, biedne dziewczę nawet mu na myśl nie przyszło... Odebrała za to długi bardzo list od Hermana, którego charakter tak był podobny do ręki brata, iż go omyłką rozpieczętowała. Sylwan dawniéj nieco uparł się był przepisać jéj rolę na któréj kopię czasu nie stało, znała więc jego pismo i cała rozradowana rozerwała pieczątkę. Jakież było zdziwienie i smutek, gdy zamiast upragnionych słów kilku, znalazła arkusz najdziwniejszéj w świecie prozy pana Hermana...
Rzuciła ją w kąt z razu... późniéj przemogła ciekawość, podniosła papier i zaczęła czytać. Herman z pokorą i smutkiem tłómaczył się przed nią i opisywał jéj życie swoje, żartował nie litościwie z ludzi i z siebie... Tyle było jednak uczucia w tych sarkazmach, bólu, ironii i pokory w całym liście smutnym i znękanym, iż Viola, rozpocząwszy czytanie ze wstrętem, skończyła z politowaniem.
— Ten jeszcze, rzekła w duchu, lepszy może trochę od drugich... głowę ma przewróconą, lecz serce dobre. Cóż mi potém, dodała — to nie mój Sylwan jedyny! Ten którego serca ja pragnę, nie myśli o mnie — ci których ja odpycham, garną się. Co mi po nich!
Trzeciego czy czwartego dnia smutna, znudzona, szukała pozoru już tylko, aby Sylwana przywabić. Zdawało się biednéj, że on się niechce narzucać, że szanuje ją i boi się być natrętnym. Postanowiła więc, pod pozorem roli Julii w Romeo i Juliecie Szekspira... ściągnąć do siebie Sylwana. Wahała się z tém długo... Niechciała pisać, bo się lękała czegoś w liście coby ją mimowoli zdradziło, musiała więc udać się o pomoc do pana Pawła.
Paweł w pierwszéj izdebce rozpatrywał się właśnie w rękopismach, goryczą zapływało mu serce...
— Nie, mówił sam do siebie — nie, mości dobrodzieju, czasy takie są gałgańskie, artyści są fuszery a te trutnie pisać nie umieją. Smarują, smarują, że ich człek wyczytać, mości dobrodzieju, nie może... Wszystko po dyable!
— Panie Pawle! ozwał się głosik znany z trzeciéj izby...
Paweł zdjął okulary i pośpieszył. Viola siedziała z książką rozłożoną na kolanach...
— Mój panie Pawle — rzekła — ja sobie z tą rolą rady nie dam!
— Panienka! zawołał Szerszeń, panienka sobie z tą rolą nie da rady, mości dobrodzieju! Począł się śmiać stary. Ale — przepraszam — graj panienka jak chcesz, to ich wszystkich zakasujesz, ani pojęcia tego nie mają co czynią... fuszery! siano wożą za panienką! wszyscy, jak mi Bóg miły. Talentu za grosz... E! co to mówić aktorowie żadni! zbierana drużyna... panienka by, mości dobrodzieju, stołecznéj sceny nie oszpeciła... Jak powiada nieśmiertelny mistrz nasz Szekspir...
— Ale mój drogi, panie Pawle — przerwała żółciowe ekspektoracye Viola — zawsze chciałabym grać jak najlepiéj — potrzebuję porady czyjejś.
— Co, co? krzyknął Szerszeń — a któż z tych z pozwoleniem, osłów, może panience radzić, która masz gieniusz, to jest, mości dobrodzieju, panienka byś ich wszystkich uczyć mogła! Czy nie ten Romeo? Ale, ten się też umywał do Romea... piękny mi kochanek! Do Don-Kiszota podobny... a jak się to zacznie miotać i wiercić po scenie! Któż, mości dobrodzieju tak kocha! Tfu ja mu to mówiłem wiele razy, ale to zarozumialec... jemu się zdaje, żem ja sufler... tak! sufler! a niewie drugi taki cygan, mości dobrodzieju, że ja monarchów grywałem.. i to w Warszawie.
Szerszeń gdy raz się puścił trudno było powstrzymać. Zwykle hamowania podejmowała się żona jego, która ten defekt znała... I tym razem pani Pawłowa, siedząca w okularach nad suknią Julietty, poczęła sykać.
— Dałbyś pokój — stary — dałbyś pokój.
— A no mi nie przerywaj! rzekł Szerszeń. Gdzie tu kogo się radzić!
— Ale żadnego z nich, uśmiechając się odezwała Viola — chciałam cię prosić czybyś się nie pofatygował do pana Sylwana... on od wielu artystów ma więcéj czucia i... czytał a widział tyle.
— To już jest co innego, mości dobrodzieju, panienko — odparł Szerszeń, to rozumiem i na to się zgadzam — pan Sylwan — tak że mi mówić proszę.
Uderzył się w czoło. Ten mości dobrodzieju, ma tu! ma. I tu (uderzył się po sercu) całą gębą człowiek! Z nim pomówić miło i szanuje ludzi zasłużonych scenie... jak ja, mości dobrodzieju do niego to pójdę...
Zawracał się już Szerszeń.
— Mój panie Pawle, rzekła aktorka, a przeprośże go iż śmiem trudzić. Musi mieć robotę.
— O! ten człowiek, co on ma roboty: zawołał Szerszeń, ja wczoraj byłem u niego z wizytą... dał mi lampeczkę wina! Gadaliśmy o Szekspirze..
— A o mnie, nie wspomniał? naiwnie zapomniawszy się spytała Viola.
— Jakto, jakto? mości dobrodzieju — owszem, pytał o zdrowie i czy panienka wody pije i czy nie kaszle?
— A czemuż się sam dowiedzieć nie przyjdzie? smutno mruknęła Viola.
— To taki człek, rzekł Szerszeń, delikatność sama... Młody zwyczajnie, krew nie woda... a wie, z przeproszeniem panienki, że tu u niéj umizgi daremne...
— At, pleciesz ofuknęła Pawłowa, widząc rumieniec na twarzy Violi — co bo to za gadanie Pawle...
— Oto — kwoka! mości dobrodzieju! oburzył się na żonę Paweł. Cóż to? złe gadanie gdy ze szczerego serca i szacunku dla osoby, która tego jest godną? Co tobie się do tego mieszać, gdy wyżéj wykształcone osobistości konwersują... Jak mówi mistrz nasz... z łopatą na słońce! mości dobrodzieju!
Pawłowa ramionami ruszała...
— O czemże chciałem mówić — ciągnął niepowstrzymany Szerszeń — a! o tym godnym Ramułcie... Niech panienka mi, mości dobrodzieju, daruje co powiem... jemu także za złe mieć nie można, iż rzadko bywa! Człek rozumny... Panienka masz ku niemu sympatyę... a on też... co pewna... co pewna... jak powiada nasz mistrz, z ogniem nie igrać, z sercem nie żartować...
Viola rumieniła się zmieszana, Pawłowa klapnęła starego gadułę po ramieniu.
— A no! dosyć! dosyć! widzisz że się panna rumieni od tego płochego gadulstwa...
Viola uznała też słuszném przerwać ulewę słów, powtórzoną prośbą, — aby szedł pana Sylwana na jaką chwilę dla porady zawezwać.
Paweł wymrukując resztę niedopowiedzianą... odszedł nareszcie, a Szerszeniowa dla bezpieczeństwa zaryglowała drzwi za nim.
Z pewnym żalem do żony, którą uważał za dobrą lecz upośledzoną istotę — pan Paweł wyszedł z domu, w myśli udania się wprost do mieszkania Sylwana. Los zrządził, że Herman, który krążył ciągle w okolicach domu Violi pochwycił go na drodze. Hermana znał nawet sufler teatralny, bo miał zawsze lożę, i zwano go panem grafem, znał go też z ostatniéj bytności nieszczęśliwéj... z bukietem. Stary był grzecznym dla wszystkich, tu czuł się w podwójnym obowiązku salutowaniu grafa, któremu o mało nie był w konieczności oberwania poły od surduta... Herman też chciwie go przywitał, znajomość dobra z Szerszeniem była dlań nieocenioną.
— Gdzie to tak Pan Bóg prowadzi?... zapytał.
— Za interessami teatralnemi, panie grafie — odparł Szerszeń uśmiechnięty wspomnieniem owéj sceny z bukietem.
— A pilno?
— Dosyć — dosyć! w ogóle, mości dobrodzieju, panie grafie — rzekł Paweł, sprawy teatrów niecierpią zwłoki. Chwila dla artystów stanowi o ich losie! jak mówi mistrz nasz Szekspir... chwytaj minuty jeśli chcesz mieć godziny swobodne.
— W jakiéj że to sztuce — począł Herman chcąc rozmowę przedłużyć — znakomitą tę prawdę Szekspir ogłosił?
— A tego panu nieumiem powiedzieć... zastanawiając się rzekł Szerszeń, albo w którymś Henryku, lub Makbecie...
— Myślę że w Makbecie! potwierdził Herman.
— I ja tak sądzę, dodał Szerszeń, mości dobrodzieju, panie grafie. Jestem tak przejęty nieśmiertelnym mistrzem, iż cały nim żyję...
— Prawdziwy artysta, rzekł Herman.
— Co pan myśli i ja grywałem monarchów i to na warszawskiéj scenie, rzekł Szerszeń z pewną dumą... Koneserowie znajdowali w mojéj grze takie rzeczy, panie, takie rzeczy, że nieboszczyk Dmuszewski tak mi powiedział, o czém nigdy zapomnieć nie mogę: Szerszeń, ty nowe światy odkrywasz! Ale cóż! Intrygi, zazdrość... wykłuły mnie, wysadziły, sponiewierały... zszedłem na suflera... A niech pan, mości dobrodzieju, spyta ich — tych niewdzięczników, ile ja im dobrych rad daję... A cóż myśl podchwycą... i Bóg zapłać żaden nie powie.
Herman bawił się gadulstwem jego...
— Słuchaj, panie artysto, — jeśli ci nie pilno — chodź na lampkę wina...
Postawiony pomiędzy lampką wina, powolném uchem sympatycznego młodzieńca — a obowiązkiem spełnieniu rozkazu Violi, Szerszeń sądził, że potrafi nic nie tracąc, pogodzić wszystko...
— Chwileczkę małą, mości dobrodzieju! panie grafie... mógłbym mu poświęcić jeśli wola i łaska — lecz małą.
Herman zobaczywszy magazyn win naprzeciw pociągnął go z sobą, znalazł izdebkę osobną i kazał podać węgrzyna...
Nektarem on się wydał staremu Szerszeniowi, łzy wdzięczności wycisnął mu z oczów, dawno, dawno nikt go tak po pańsku nie częstował — czuł się przejętym.
— Pan graf, rzekł — umiesz prawdziwie oszacować i świątynię i sługi Melpomeny, mości dobrodzieju... bo to dla ludzkości instytucya wielka... castigat, mości dobrodzieju — mores. Za zdrowie protektora sztuki dramatycznéj i artystów...
Ledwie wypił już mu Herman nalał drugi.
— E! panie artysto, odezwał się — dla czegożeś to tak był dla mnie srogim a nielitościwym, gdym w myśli niósł hołd uczuć i kwiatów pięknéj Violi?
Szerszeń się zmieszał niespodziewaném tém wspomnieniem, aż mu głowa wrosła w ramiona...
— Mości dobrodzieju panie grafie! odezwał się skonfundowany. To trzeba znać skład okoliczności, jak mówi mistrz — wedle stawu grobla... Są obowiązki, które człek spełnia, choćby gardłem nałożyć przyszło... Jest to dziewica powierzona pieczy naszéj, niby to mojéj i pani Pawłowéj — osoba wielkiego talentu... która cienia korrupcyi się lęka...
— Ależ ja nie miałem żadnych złych zamiarów! i nie mam ich, a tyle ona we mnie wzbudziła sympatyi...
— I godną jéj jest! przerwał z zapałem Szerszeń... dziewica udarowana nader szczęśliwie, będzie to kiedyś ozdoba sceny stołecznéj — panie grafie, osoba uczuć delikatnych... chociaż ojciec, bo ojca znałem, szelma pijaczysko był ostatni, cośmy go na klucz zamykać musieli, gdy mu grać przypadło... ale téż był artysta osobliwy. Pil to pił... a grał... chyba już nie można lepiéj... nieraz łzami zlewałem rękopism... takiem się śmiał gdy genialnie począł Icka zapieczętowanego przedstawiać.
Herman słuchał, usiłując utrzymać poważną twarz i uważne oblicze. Szerszeń raz puszczony... paplał ani go było powstrzymać.
— Omyliliście się przypisując mi jakieś zwodzicielskie intencye, rzekł w końcu — ja tylko przez miłość dla sztuki uczcić chciałem jéj kapłankę.
— Kapłankę! powtórzył Szerszeń — ślicznie powiedziano — kapłankę... ona jest w istocie kapłanką sztuki... ale to dziecko... niewinności i delikatności pełne (Szerszeniowi wino plątało już wyrazy).
— Spodziewam się, że inną razą, gdybym przyszedł... mój panie Szerszeń, wy mnie za drzwi nie wyszlecie.
Stary sufler zamilkł nagle; wino mu zgorzkło, uczuł podstęp — odstawił lampkę, wstał od stołu i przybrał postać tak poważną, jak gdy grywał monarchów na warszawskiéj scenie.
— Panie grafie, rzekł — święte jest uczucie obowiązku... przepraszam, — ale sumienie by mi nie dozwalało pobłażać... nigdy! Raczéj — śmierć, raczéj męczarnie, niż honor postradać.
Herman się zaczął śmiać i uścisnął go...
— Idźże sobie z Bogiem rzekł, nie mamy co dłużéj gadać z sobą...
Osłupiały Szerszeń... którego zostawił samego z lampką i sumieniem, obejrzał się... wypił wino, otarł usta i z zadowoleniem a dumą opuścił świątynię Bachusa... spóźniwszy się do Sylwana już go w domu nie zastał... chłopcu tylko w długiéj dobranemi wyrazy wyrzeczonéj mowie oznajmił, iż Viola upraszała pana Sylwana, aby ją był łaskaw wolną chwilą — odwiedzić...
Zabierając się całą swą przygodę powierzyć żonie i wykazać jéj heroizm z jakim się oparł pokusie — Szerszeń zwolna zażywając tabakę, ze spokojném sumieniem powrócił do domu.






IX.

Przybycie starościnéj z Hanną — poruszyło całą młodzież i wszystkie rodziny, których latorośle mogły miéć jakąkolwiek nadzieję zbliżenia się do pana Aleksandra Junoszy i jego córki. Ile nowych surducików i fraków pozamawiano u krawców, wyliczyć trudno; jak starannie badano gdzieby te panie spotkać i widzieć można, jak się wcisnąć do ich domu — domyśli się każdy, co wystąpienia na świat nowy — młodéj, pięknéj i bogatéj dziedziczki był kiedy przytomnym.
Starsi liczyli na wpływy, młodsi przeglądali się w zwierciadłach, muskali wąsy i wzdychali. Szczególniéj powabne — trzeba to wyznać ze smutkiem, były miliony panny Hanny — o nie się téż najstaranniéj dowiadywano. W tym wieku niezmiernie praktycznym związek małżeński jest przedewszystkiem — dobrym interesem, rachuje się dochody — reszta dodatkowo i podrzędnie przychodzi. Zalety panny, jéj piękność, wykształcenie, charakter nie jeden raczéj za przeszkody i ciężary uważał niż na ponętę. W kołach poważnych ojców, matek, dziadków i krewnych, wiedziano tak dokładnie co panna Hanna miéć może po najdłuższém życiu ojca, po najdłuższém życiu (forma zwyczajna) babki, w ziemi i kapitałach jakby urzędownie stan ich majątkowy zbadano. Znano położenie dóbr, gatunek ziemi, dochody, ciężary i bilans wypadał tak świetnie, iż Hannę ogłoszono za najpiękniejszą — partyę, jaka się w tych czasach nastręczyć mogła. O Hannie mówiono téż czasami, lecz z pewném ubolewaniem nad wpływami, które — jak się domyślano, nad umysłem jéj zapanowały. Godzili się wszyscy na to, iż należało przez babunię oddziaływać na wnuczkę, starać się usunąć Lelię, a nadewszystko jéj brata i czuwać nad płochym Olesiem.
U pana prezesa wieczorem nazajutrz cichą radę złożono w kątku salonu — byli sami ludzie poważni.
— Jest to okoliczność, rzekł Paprzyca, na pozór małéj wagi — panna na wydaniu, lecz zważywszy towarzyszący jéj skład rzeczy... przedstawia się inaczej. W tym stanie społeczeństwa wojującym w jakim my się znajdujemy, gdy wszelkie siły gromadzić trzeba ku obronie porządku i zdrowych zasad — majątek stanowi dźwignię — wypuścić go z rąk ludzi dobrze myślących a dać we władanie tym co go przeciwko nam użyją — byłoby niedarowanym grzechem.
Panna musi wyjść za jednego z tych co do naszego obozu należą. Ręka jéj może być nagrodą zasługi... środkiem do podtrzymania imienia — słowem... my nią dysponować powinniśmy...
Niektórzy zatém kandydatów zaczęli przedstawiać między któremi był i Lubicz... był i hrabia Ramułt, byli i inni młodzieńcy.
Kuczaba uczynił uwagę iż Sylwan, dla którego jak słyszał, panna miała dawną sympatyę — niebezpieczną stawał się przeszkodą do przeprowadzenia planów...
Narada była długa, i ograniczyła się do małego kółka adeptów — a ostatecznie postanowiono wciągnąć nazajutrz Dołęgę i z nim o tém pomówić, jako z przyjacielem domu. Dołęga mógł być bardzo użytecznym.
W tym rodzaju podziemnych robótkach, miał zręczność, znał drogi, umiał nie okazując po sobie i ludźmi obracać i przekonania szczepić i plotki jak miny podsadzać lepiéj niż dziesięć starych dewotek. Zgodzono się więc na to, iż bez Dołęgi obejść się nie podobna. Dano mu przez jednego z afiliowanych schadzkę w najpierwszéj restauracyi na śniadaniu; zalecając, aby przyszedł sam i Olesia z sobą nie brał.
Jakoż około jedenastéj spiskowi zadysponowali już byli bifsztyki, gdy pan Maryan ze swym śmiechem potężnym i szerokiemi plecami się pokazał. Cicho dotąd siedzące towarzystwo, natychmiast się ożywiło, pozamykano drzwi na wsze strony. Dołęga, którego używano często i do wielu spraw wielkiéj wagi, gdzie chodziło o to aby szwów nie było widać... poznał zaraz iż śniadanie jeść będzie nie darmo. A śniadanie jak obiad i wszystko co szło przez usta do żołądka, było dla niego rzeczą najwyższéj wagi. Nim więc zdjął rękawiczki i siadł — zmierzywszy tylko okiem przytomnych, po których dobrze już się domyślał mniéj więcéj o co iść mogło. Dołęga najprzód się dowiedział co zadysponowano na śniadanie, czy bifsztyk miał być angielski i czy wino czerwone zagrzać kazano. Uspokojony w tym względzie usiadł dopiero, poprawiając włosów i zabierając się słuchać sprawy.
Panowie ci nie przystąpili jednak do rzeczy od razu... przebąknięto o tém i owém, aby przedmiot najważniejszy przyszedł na stół jakby od przypadku.
— Słuchaj no Maryanie — odezwał się Paprzyca po obojętnym wstępie — ty jesteś pono jak domowym u Olesia — znasz go dawno.
— Oleś przyjaciel mój od szkół... serdeczny człek — niemylicie się — wołał Dołęga — nikt się większym na niego wpływem nie poszczyci — na to wam daję słowo...
— No — wiesz co — dodał pierwszy — idzie o rzecz ważną... po tobie społeczność nasza wymaga usługi, którą ocenić potrafi... Aleksander Junosza ma córkę na wydaniu.. panna milionowa...
— Rozumiem! ach! tego mi długo wywodzić nie potrzeba — rozumiem! nie godzi się, by i panna się zmarnowała i majątek w złe poszedł ręce.
— Mądréj głowie, dość na słowie — otóż to jest dodał Kuczaba. Cóż za człowiek właściwie ten twój pan Aleksander, my go tu mało znamy.
— Ale najpoczciwsze stworzenie jakie sobie wyobrazić możecie! Nie święty, nie anioł, nie każdemu nim być dano — lecz człowiek prawych zasad, szlachcic całą gębą...
— A głowa? spytał Paprzyca.
— No, głowa? głowa! odezwał się Dołęga — głowa nie jest zbyt silnie uorganizowaną — ale człek nie głupi... Lubi zjeść dobrze i wypić smaczno, zagrać trochę... a... choć łysy, jeszcze się i poumizgać... Jeśli chcecie to są jego wady.
— Ludzkie rzeczy! szepnął ktoś z boku... ale nie demokrata, nie żaden marzyciel, nie radykał.
Dołęga się rozśmiał.
— A! nie! zawołał, brzydzi się tém jak wszyscy ludzie uczciwi — w duchu konserwatysta...
— A babka, Starościna spytał Ostoja.
— Osoba pobożna, dobroczynna... spokojna, do wnuczki przywiązana.
— Kto ma wpływ na nią lub miéć może.
Zamyślił się Dołęga.
— Ktoś poważniejszy z duchowieństwa rzekł, hierarchię społeczną szanuje bardzo...
— A panna? dokończył Paprzyca.
Na to pytanie długo odpowiedzi nie było, namyślał się Dołęga biorąc z tacy kieliszek wódki, który właśnie przyniesiono.
— Panna? rzekł w końcu — panna! ja najmniéj ją znam, a zdaje mi się, że węzeł kwestyi jest tu właśnie. Zdaje mi się, że ona ma więcéj rozumu i determinacyi niż oni wszyscy razem.
Milczenie trwało chwilę. Paprzyca szepnął:
— Na ten rozum by ją wziąć można, podnosząc go... i sławiąc... pochlebstwo jest wielkiém narzędziem, gdy dobrze zaostrzone...
Dołęga brał zakąskę właśnie i nie śpieszył ze swemi uwagami.
— Któż tam wpływ ma w ogóle? zapytał Ostoja...
— Jeśli chcecie to ja — przez żołądek i gardło Olesia do jego serca, odezwał się Dołęga.
— Ale czy Oleś tam wszechmogący?
— Wszech — nie, ale wiele mogący to pewna.
— Drudzy mówią, że wcale nie może nic.
— Ale! przesada ozwał się Dołęga — ojcem panny jest.
— Rozumiesz więc o co idzie — zagadnął Paprzyca.
— A juściż — rzekł pan Maryan — rzecz zresztą jasna i łatwa do pojęcia... Jacyż są kandydaci.
Zaczęto wyliczać powoli, wezwany milczał i głową rzucał niekiedy, aż Paprzyca przerwał nagle.
— Trzeba zrozumieć o co idzie? niech się żeni kto może i potrafi — byle nie żaden z tych proletaryuszów, przybłędów... agitatorów... rozumiecie mnie... w tém rzecz główna...
Szmer zgodny, potakujący, stwierdził, że to była myśl powszechna i życzenie...
— Otóż kiedy tak jest, to wam powiem otwarcie — odezwał się Dołęga, że jest wielkie niebezpieczeństwo. Choć niby nic nie widząc dobrze pannę obserwowałem na wieczorze u nich, gdzie hrabina była z synem... wyraźną okazywała sympatyę dla tego Ramułta numeru pierwszego inżyniera... co to wiecie. Były szepty ciche, obracanie oczów, a bodaj nawet potajemne rąk ściskania...
— A to dobre! zakrzyczał Lubicz bijąc o stół... toć chyba nie wiedzą, że ma romans reglé z aktorką, z Violą od któréj wszystkich odpędził.
— To dobrze wiedzieć — rzekł Dołęga ale czy pewna.
— Wcale się z tém nie kryją! Chodzi do niego co rano niby pod pozorem picia wód... a on do niéj wieczorem; kartki sufler nosi...
— Na biedę — dorzucił Dołęga — wdowa siostra tego Sylwana zawraca głowę temu bałamutowi Olesiowi... i ona tam robi interesa brata...
— To mi się niepodoba! zawołał Paprzyca — to źle... to źle... Olesia ty masz w ręku.. jeśli bałamut trzeba mu kogo innego podstawić.
— Ale kogo!
— To się obmyśli... dodał Ostoja... ale sposób jedyny, bogdajby przyszło komu do pani Lelii się poumizgać trochę.
Zaczęli się śmiać wszyscy...
— Rzecz się jednak bardziéj zawikłaną przedstawia, niż zrazu sądziliśmy mówił Paprzyca... Słuchaj — Dołęga, jeśli panna się nam z milionami wyśliźnie... na ciebie spadnie odpowiedzialność cała...
— Wy mnie znacie — wyperorował Dołęga — zasady moje niezachwiane. Gdzie trzeba ręki przyłożyć do dobréj sprawy, nie żałuję trudu — zrobię co będę mógł — to pewna, ale i inni też powinni mi pomagać.
— To się rozumie! to się rozumie zakrzyczeli wszyscy...
— A więc kogo popierać mamy?
Wymówił ktoś nazwisko Hermana.
— Za pozwoleniem wtrącił Paprzyca, są pewne zasady postępowania, od których nie należy bez potrzeby ustępować — Herman ma sam z siebie majątek znaczny, możnaby go ożenić z uboższą panienką zasłużonéj rodziny... a majątkiem panny Hanny nagrodzić chłopaka zdolnego, który się poczciwéj sprawie poświęcił! To według mnie dobra i zdrowa nakazuje polityka.
Dołęga coś nucił sobie pod nosem.
Wszyscy Paprzycy potakiwali, Lubicz, który miał powody domyślać się, że jego kandydatura przyjść może na stół — spuścił oczy skromnie.
— Mojem zdaniem odezwał się Dołęga, wyczekać, rozpatrzyć się i zoryentować, a tymczasem starać o zajęcie korzystnych stanowisk...
Tak zawsze wielcy strategowie postępowali, wiedząc, że wygrana zależy od pozycyi.
Sam pierwszy wedle zwyczaju zaczął się śmiać z mniemanego dowcipu swego.
— Na to wam daję słowo, zakończył — że pilnować będę, patrzeć i komunikować co się w domu stanie... Pozycye zaś strategiczne przy babci, pannie i Olesiu zająć należy nie tracąc czasu... Do babci posłać księdza prałata, któryby dobrze umiał po francuzku, a nie był zbyt surowym i drapieżnym.. i nadto często z piekłem nie wyjeżdżał...
Surowo przerwał Paprzyca.
— Tych rzeczy proszę żartem nawet nie tykać.
— Dla informacyi mówię — zaśmiał się Dołęga, grzechu nie ma. Olesia nie bierze się inaczéj tylko dobrém jedzeniem... Co do panny... dalipan nie wiem... może trzeba deklamatora i literata...
Przez chwilę słychać było ciche szepty. Słuchano doradcy z uwagą, ale nic nie postanowiono.
— Ważniejsza daleko rzecz — rzekł Paprzyca, unikając wypowiedzenia co myślał o zajęciu pozycyi — odciągnienia Lelii i tego pana Sylwana... Na babunię podziałać trzeba.
— Zatém skonkludował Dołęga — czekam rozkazów... i obiecuję się do nich zastosować...
Milcząco zaczęli patres conscripti chodzić po pokoju, szepcząc sobie coś kiedy niekiedy do ucha i naradzając potajemnie... Dołęga nie obraził się temi cichemi umowami... Kazał sobie podać kawę i likwor i zapalił cygaro...
Niektórzy z tych panów mający pilne posiedzenia i urzędowe obowiązki zaczęli się wymykać, tak, że pozostał tylko Lubicz sam i Dołęga...
Nie miał ten wymowny młodzieniec łaski u pana Maryana, który wiedział iż był goły, a miał to sobie za zasadę żeby się o ludzi tego rodzaju nie ocierać. Dla niego byli oni wcale nie procentujący; żyjąc zawsze kosztem cudzym, pan Maryan potrzebował zamożnych... a na łasce ich zostawał, w takich jak Lubicz dorobkiewiczach widział tylko współzawodników... Obchodził się też z niemi, nawet gdy mieli tyle talentu i zręczności co ów młodzian, z protektorską wyższością. Spostrzegłszy Lubicza, który nie bez celu tak długo kapelusza szukał, Dołęga zapytał go...
— A panu jakże się tu powodzi?
— Dosyć dobrze, nie mam się na co skarżyć..
Znali się od dawna, gdy jeszcze Lubicz w dziurawych butach chodził, nie zostawszy z profesyi pobożnisiem.
— Ale coś lata upływają, a asindziéj o sobie nie myślisz — należałoby...
Dołęga obejrzał się i kiwnął na młodzieńca, który posłuszny przystawił mu się z uchem. Pan Maryan poufale rękę mu na ramieniu położył.
— Mam ci jedną dobrą radę do dania. Stara hrabina ci się wdzięczy — czemu ty tego na seryo nie bierzesz... To jak uszył dla ciebie...
Lubicz się skrzywił.
— Czyżem już nic innego nie wart!
— A cóż ty chcesz? Majątku nie masz... cały twój posag trochę sprytu i młodość... hrabina wcale nie źle wygląda jeszcze... majątek znaczny i kolligacye.
— A syn?
— Syn! głowa przewrócona... zużyty, wyczerpany... Kto wie czy długo pociągnie...
Lubicz nic nie odpowiedział.
— Chcesz, to ci pomogę?
— Ja myślę, że gdybym się ryzykował i bez pomocy bym może tego dokazał.
— Ale by ci ułatwić można i przyśpieszyć.
Przeszedł się Lubicz po pokoju z miną kwaśną.
— Sądziłem, szepnął, że mi do czego innego zechcecie podać rękę... umiałbym się odwdzięczyć...
Dołęga pogardliwą zrobił minę.
— Hej! słuchaj — przerwał — o tém nie marz nawet... to rzecz nie możliwa... na toby potrzeba cudu. Jakby Hanna miała iść za człowieka bez pozycyi i majątku, wybrałaby Sylwana.
Na to nieodpowiedział nic zagadnięty...
— Gdybyś chciał usłużyć ogólnéj sprawie — dodał śmiejąc się Dołęga, mógłbyś jeszcze inaczéj postąpić — udać się do wdówki, do Lelii.. i téj zawrócić głowę... trochę skompromitować...
— Daj ty mi pokój — boję się jéj, raz widziałem — ale prędzéjby ona mnie niż ja ją skompromitował!
Śmieli się rzucając tłustemi konceptami, które znać lubili oba, z tą tylko różnicą, że Lubicz mówił je cichuteńko ledwie dosłyszanym głosem, a Dołęga krzykliwie... Wpadli na przegląd ogólny kobiecego towarzystwa, dokonywając go z cynizmem, który po śniadaniu nawet trudno było wybaczyć.
Lubicz jednak spojrzawszy na zegarek przekonał się, że czas było przerwać tę miłą rozmowę i iść się pokazać na sumie w kościele. Dołęga nie mógł mu towarzyszyć, gdyż potrzebował dopilnować Olesia, bojąc się aby kto inny go nie opanował... Poszedł więc zaraz do niego.
Pan Aleksander jadł tego dnia śniadanie u siebie i był w dosyć frasobliwym humorze — w swoim pokoiku. Stał przed nim prosty pasztet tylko i butelka czerwonego wina...
— Cóż ty anachoreto tak smutnie o marnościach światowych rozmyślasz! zawołał donośnie wchodząc Dołęga...
— A bom zły, aż mnie głowa boli.
— I pasztetem się leczyłeś?
— Nie — winem... a i to nie pomogło.
— I — zkądże złość...
Gospodarz się obejrzał, na zamknięte drzwi do dalszych pokojów prowadzące wskazując. Dołęga przyszedł do ucha. Co ci to jest?
— Bruździ mi ten Sylwan Ramułt... Był raz nie mówiłem nic... wczoraj go Lelia przyprowadziła, trudno wypędzić... a na dziś Hanna bez mojego pozwolenia, proprio motu, zaprosiła go na obiad. Cóż ja miałem zrobić? Hannie trudno znowu burę dać; a musiałem jéj jednak prawdę powiedzieć... Jak mi tu tych demokratów naprowadza do domu, nikt z naszych progu nie przestąpi...
— Kochanie moje, tyś winien, rzekł Dołęga...
— Ja?
— Ty — masz słabość do Lelii — trzeba się z tego otrząsnąć... rozpatrz się i zakochaj w czém takim coby ci nie zawadzało; jeśli już ta choroba do życia ci potrzebna...
Oleś mocno począł wzdychać.
— Niemogę, rzekł płaczliwie — jużem sobie czynił to postanowienie, by o niéj zapomnieć, kilka razy... nie widywałem jéj po roku i dłużéj. Cóż powiesz? wróci, zacznie mi się uśmiechać, spojrzy mi w oczy... wszystko się we mnie burzy... fiksuję za tą kobietą, powiadam ci fiksuję...
Pomyślawszy trochę, Dołęga mu się do ucha nachylił...
— Tylko to — między nami... począł szeptać — ona ma romans z Lubiczem.
— Nie może być?
— Daję ci słowo! doszedłem tego...
Twarz biednego Olesia okryła się purpurą.
— Cóż on żenić się myśli?...
— Gdzie zaś! młody chłopak podobał się jejmości... a nie lubi próżnować! cha! cha!
— Niechże ją jasne pioruny... krzyknął Oleś jeśli to prawda.
— Ale na miłość boską! cicho! mnie nie kompromituj! To złe towarzystwo dla panny Hanny... powiedz o tém cicho starościnie... Ona zgubny wpływ na nią mieć może. To stara kokietka! powiadam ci...
Spojrzał na zegar.
— A dalipan po dwunastéj! do widzenia! czekają na mnie...
Ścisnął rękę strapionego Olesia i wyszedł.






X.

Przybywając do miasta, starościna, Hanna i Oleś obiecywali sobie z tego pobytu wiele miłego i dobrego. Staruszka chciała dla Hanny znaleźć stosowną partyę i los jéj widzieć zabezpieczonym. Hanna miała przeczucie, że się przynajmniéj dowiedzieć potrafi o Sylwanie, pan Aleksander więcéj się po kuchni miejskiéj spodziewał niż w niéj znalazł. Prócz tego chmurzył się jakoś horyzont do koła... Starościna chodziła wzdychając i łzę nawet kiedy nie kiedy ocierała ukradkiem, pan Aleksander zły był i zafrasowany tak, że go odpadł apetyt, Hanna choć starała się zachować spokój ducha i umysłu.. cierpiała widocznie. Często po całych dniach nie przemówili prawie do siebie, lub krótko i przymuszonemi wyrazy. Najwięcéj znać było na staruszce przybicie jakieś i zwątpienie...
Lelia, która przywykła była tu przychodzić z poufałością i weselem — od kilku dni znalazła zmienione przyjęcie, twarze, mowę... Babcia zaledwie mówić z nią chciała, pan Aleksander trzymał się zdaleka. Hanna tylko jedna nie zmieniła obejścia się z nią i serdeczności.
Przyczyną tego była rozsiana wieść o mniemanym romansie Lelii z panem Lubiczem, o którym także pani prezesowa babci szepnęła. Gdy się potém informacye Olesia zgodziły z tém co starościnie powiedziano, uwierzono plotce na dobre. Starościna nawet mówiła o niéj Hannie, która się oburzyła.
Co gorzéj, z okazyi tego nieszczęśliwego obiadu, na który Hanna w imieniu starościny odważyła się zaprosić Sylwana, ojciec wziąwszy córkę na stronę, powiedział jéj otwarcie, że więcéj go sobie w domu widywać nie życzy, że go tu w mieście znają jako niebezpiecznego demagoga i człowieka bez religii, i że ma jawny, skandaliczny romans z aktorką.
Nieuwierzyła temu wprawdzie Hanna, lecz ją sama plotka uwłaczająca Sylwanowi zabolała...
Gdy Lelia przyszła potém... a starościna przyjęła ją zimno i pilnowała, ażeby sam na sam z sobą być nie mogły; Hanna, która nie chciała dopuścić aby fałsz zamknięty w sercu jéj, miłość dla Sylwana osłabiał — zebrała się na śmiałe postanowienie. Mimo odwoływania babki wyprowadziła Lelię do przedpokoju i szepnęła jéj na ucho.
— Jutro o dziesiątéj idąc sama do kościoła — wstąpię do ciebie — mam ważne rzeczy do powiedzenia. Serce mnie boli. Proś pana Sylwana ażeby się także znajdował.
Hanna powiedziawszy to wróciła prędko do starościnéj — a Lelia strwożona, zmartwiona i niespokojna poszła do domu, aby co prędzéj Sylwanowi oznajmić o żądaniu Hanny.
Zastała brata nad rachunkami, spokojnego jakby swéj jasnéj przyszłości był pewnym. Spojrzawszy tylko na wrażliwą twarz siostry, zmienioną i zbolałą, poznał Sylwan, że coś złego przynosi.
W krótkich słowach opowiedziała mu wszystko — Sylwan pozostał spokojnym.
— Nie trwoż się — rzekł — mój los jest w rękach Hanny, a ja w niéj mam wiarę nieograniczoną — lecz można się było spodziewać, że nam tu szkodzić będą i muszą, że obrzucą potwarzami, że nie jedną chwilę przeboleć przyjdzie.
Nie radbym nigdy z Hanną schodzić się potajemnie — lecz znać to jest konieczném, gdy ona sama tego żąda... Przyjdę.
Zrana więc Sylwan wcześnie przybył do siostry, która wzruszona i niespokojna na przybycie Hanny czekała. O dziesiątéj służącę, która jéj towarzyszyła zostawiwszy na dole, Hanna weszła. Blada była i zmieszana ledwie przywitawszy się padła w krzesło i potrzebowała spocząć, zebrać myśli i siły — nim mogła przemówić.
Sylwan stał u stołu milczący...
— Łatwo się domyślicie, rzekła głosem z razu drżącym, że musiałam mieć ważne powody przychodzić do was ukradkiem... Nie lubię się kryć z tém co czynię... ale musimy się rozmówić otwarcie...
Nie posądzam nikogo, nierozumiem powodów, lecz babci różne wieści poprzynoszono, które na nasze stosunki wpłynąć mogą. Chcę was oboje wezwać byście mnie wytłumaczyli zkąd te czernidła płyną... ojcu doniesiono, że ty Lelio masz jakiś miłosny stosunek, z którym się kryjesz... z jakimś tam Lubiczem.
Lelia zaczęła się śmiać...
— Pozwól Hanno, rzekła — to nie ma najmniejszego sensu... ja tego pana niewiem czym cztery razy w życiu widziała...
Ruszyła ramionami pogardliwie.
— Nawet się z tego dzieciństwa tłómaczyć nie potrzebuję...
— Na pana Sylwana zewsząd obwinienia o jakiś romans z aktorką, o schadzkach w jego ogródku...
Sylwan się zarumienił z gniewu...
Hanna długo patrzała na niego.
— Mów pan prawdę, całą prawdę...
— Czy wierzysz mi pani, że nawet dla największego szczęścia przed nią bym nie skłamał? odparł Sylwan.
Po krótkiem milczeniu Hanna odezwała się. Tak — wierzę.
— Powiem więc pani, że znam w istocie biedną, nieszczęśliwą sierotę, któréj może grożą suchoty, któréj lekarze kazali pić wody, a ona dla natrętctwa głupiéj młodzieży niemiała gdzie się przechadzać. Ze starym suflerem zaprosiłem to nieszczęśliwe dziecko do mojego ogródka, dawałem jéj książki, dawałem rady — i — pani mi tego za złe nie weźmiesz — miałem i mam dla niéj współczucie. Jest go warta... Lecz serca dać jéj nie mogłem, a płochém dzieckiem nie jestem; ani jakimś uwodzicielem... Łatwo z tego wszystkiego ukuć było niedorzeczną bajkę...
— Dajesz mi pan słowo?... przerwała Hanna.
— Panno Hanno! znasz mnie pani od dziecka, rzekł Sylwan smutnie, czyż potrzebujesz tylu zaręczeń, że ja prawdę mówię.
— A! wierzę! wierzę! ale na Boga — zawołała Hanna, dlaczego dajesz powody do takich potwarzy...
— Chciałażeś pani bym jéj odmówił pomocy dlatego, że na mnie potwarz paść miała? Czyby się to godziło? Jest to biedna istota... sierota uboga, znękana... a na nieszczęście dosyć ładna i utalentowana... młodzież za nią lata... potrzebuje opieki aby się nie zmarnowała...
— Przyznam się panu, że jednak starszego by sobie opiekuna wybrać była powinna... rzekła Hanna...
— Gdyby go miała do wyboru odezwał się Sylwan.
Zamilkli — po chwili, Sylwan dołożył. Nie czyń mi pani téj srogiéj krzywdy, byś moim słowom nie dała wiary... Gdybym ją stracił... nic by mi już nie pozostało...
— Ale temu kłamstwu trzeba przecie jakąś położyć tamę! przerwała Hanna.
— Zdaje mi się, że teatr wkrótce się na prowincyę wyniesie... zresztą rzekł Sylwan — ja tam nie bywam nigdy prawie, a gdy jałmużny słowa, rady zapotrzebuje sierota... ja com sieroctwo znał, odmówić go niepotrafię...
Taki wyraz prawdy był w głosie Sylwana, iż Hanna wzruszona jakby przeprosić go chciała, podała mu rękę, łzy tylko pociekły jéj po twarzy...
— To są dopiero początki — odezwał się Sylwan — przygotowany jestem na daleko gorsze prześladowania w przyszłości, Lelia podzielać będzie moje losy... Wszystko co najbrudniejszego znajdą, tém rzucą na nas... Bóg da, że z tego ich błota, nic do nas nie przylgnie. Boli mnie tylko, iż pani przez swą dobroć dla nas wciągniętą jesteś w to koło i cierpieć będziesz z nami...
Niewiem co pocznie siostra moja — mnie po ostatniem przyjęciu... przez ojca pani nie wypada być tam więcéj.
— Co ja zrobię, niewiem — wtrąciła Lelia — to pewna, że ustąpić nie mam ochoty i że walczyć będę... Przyjaźń Hanny na którą rachuję jest mi nadto drogą, abym się jéj wyrzec miała dla małych przykrości jakie mi bywanie u niéj ściągnąć może...
Powoli Hanna zaczęła przychodzić do siebie — uśmiechnęła się Sylwanowi...
— Bądź co bądź, rzekła — niech już sobie mówią co chcą — wierzyć nie będę, lecz jak biedną babcię przekonać? Z wielkiego przywiązania do mnie obawia się cienia nawet czegoś, coby mi szkodzić, coby na mnie wpływ jakiś wywrzeć mogło... Prezesowa bywa codziennie... wsunęli się do domu inni ludzie, którzy codzień jakieś tajemnicze przynoszą wiadomości, niewidomą siecią otaczają staruszkę... trwożą ją...
— Tego wszystkiego spodziewać się było potrzeba — rzekł Sylwan — daj Boże tylko, abyśmy wyszli cało z walki, w któréj siły są nierówne. My ani potwarzy, ni fałszu się nie chwycimy — a musimy ciosy ich znosić... Tylko czas i cierpliwość przynieść mogą zwycięztwo...
Hanna spostrzegła się, że za długo już zabawiła u Lelii, położyła palce na ustach — podała obojgu dłonie i szepnęła. Do zobaczenia — ale gdzie — i kiedy?
Po wyjściu jéj brat i siostra pozostali długo na naradach i rozmowie... Sylwan widział przyszłość czarno... pomimo serca Hanny, na którą rachował. Lelia oburzała się na machinacyę — lecz zamknięta w sobie nie zwierzyła się bratu nawet, co uczynić postanowiła. Widać tylko było, że stawała do walki z męztwem kobiety, która się z niebezpieczeństwem rachować nie umie...
Po odejściu Sylwana — Lelia zamyślona chodziła długo, na ostatek pobiegła do biórka i zdarłszy kilka rozpoczynanych a niedokończonych kartek... napisała krótki list, który wysłała, troskliwą dodając informacyę posłańcowi...
Potém ubrała się nadzwyczaj starannie, i po długiéj ze zwierciadłem konferencyi zasiadła z książką w ręku w fotelu.
Znać po niéj było mimo męztwa, na które się zdobyła, niepokój i rozdraźnienie... Zrywała się co chwila, nasłuchiwała... Każde drzwi otwarcie budziło ją z zadumy... Spędziła kilka godzin w jakiemś gorączkowem oczekiwaniu.
Około godziny czwartéj z południa krok szybki dał się słyszeć na wschodach — zadzwoniono i po chwili łysy Oleś, wielce wyszarmantowany, z twarzą dziwnie pomieszaną, stawił się przed nią.
Lelia przyjęła go z zimną powagą.
— Pani byłaś łaskawa kazać mi się stawić? rzekł cicho.
— Tak jest, panie, proszę niech pan siada — mamy do pomówienia. Wdzięczną jestem, żeś pan był łaskaw przyjść i proszę o chwilę cierpliwości.
Wstęp wcale w innym tonie, niż zwykłe żartobliwe i wesołe szczebiotanie Lelii, zapowiadał coś bardzo poważnego. Pan Aleksander przysiadł na brzeżku krzesełka.
W czasie powitania tego i wstępu, czuły Oleś miał czas spojrzeć na piękną wdowę, która zdaje się umyślnie tego dnia stała się bardziéj jeszcze czarującą, powabniejszą niż kiedykolwiek. Przywdziała nową nieznaną mu fizyognomię — z którą było jéj bardzo do twarzy... Wydała mu się młodszą, taką jaką ją znał i pamiętał jeszcze, gdy była kilkonastoletnią śliczną dzieweczką.
Nie posądzał Lelii o żadne wyrachowanie zalotne — a jednak! tak umiała siąść, tak przybrała postawę wdzięczną, wzrok jéj był tak przenikający jak gdyby nieszczęśliwego człowieka na wieki podbić i usidlić chciała.
Oleś uczuł się w obec niéj, nim jeszcze usta otworzyła, słabym i bezbronnym.
— Ta kobieta, rzekł w duchu, zrobić ze mną może co zechce.
Głęboko westchnąwszy Lelia zebrała się na mowę, nad którą się długo wprzódy namyślała.
— Znasz mnie panie Aleksandrze od dzieciństwa, rzekła — znałeś mojego ojca, rodzinę, ciotkę: całe życie moje i brata jest ci wiadomem... Za życia męża, po jego śmierci, powiedz mi pan szczerze, otwarcie, czyś znalazł co w mojem postępowaniu nagannego, skrytego, co by ci o charakterze mogło dać złe wyobrażenie?
— A! pani! zawołał Oleś — czyż się godzi pytać nawet...
— Przyznajesz więc pan, żem dotąd była kobietą uczciwą i niedałam prawa do podejrzeń żadnych, mówiła wdowa. Wiem, że uszów starościny i pana doszły śmieszne a oburzające na mnie potwarze... Nie przerywaj mi pan... Starościnéj przyjęcie ostatnie dało mi to uczuć... zkąd wiem, niepowiem, ale przyczyna jest mi znaną... Jeśli o czyją to o waszą opinję, panie Aleksandrze... idzie mi wielce. Niech sobie głupie ludzie plotą niedorzeczności — co mnie to obchodzi, w oczach waszych chcę być zawsze tą, którą byłam niegdyś, pragnę waszéj przyjaźni być godną.
Pan Aleksander chciał przerwać, wdowa podniosła białą rączkę i mówiła daléj.
— Daj mi pan dokończyć. Obmowa, któréj się dopuszczono względem mnie jest wprost bezsensem, bo tego pana widziałam ledwie w obcych domach, progu mojego nie przestąpił nigdy, a jest dla mnie — obrzydliwym...
— Ale pani dobrodziejko — począł Oleś, bijąc się w piersi jak przed konfesyonałem — ja — ja...
— Pan, pan, i pani starościna na chwilę uwierzyliście! Nie oburza mnie głupia plotka, ale to właśnie, że ona na was wrażenie uczynić mogła... Na was! na panu! na panu... któryś mi zawsze tyle okazywał przyjaźni...
Pan Aleksander, do którego mówiąc to zbliżyła się Lelia, o mało nie ukląkł przed nią. Był pod wrażeniem jéj wdzięku tak silném, iż niemal sąd i pamięć postradał.
— Ale pani nie sądzisz! nie wierzysz! zawołał — ja — jam...
— Kto panu tę bajkę splótł? mów mi pan zaraz? zapytała Lelia podsuwając się ku niemu.
— Pani — ja niemogę.
— Pan mi to musisz powiedziéć.
— Dasz mi pani słowo, że to zachowasz przy sobie, że...
— Daję słowo, że z tego nie zrobię żadnéj historyi — ale wiedziéć muszę...
Oleś przysunął się z krzesłem ku niéj, dla większego upewnienia się, iż mu dotrzyma słowa chwycił jéj rękę... Był pod jéj władzą... nie panował nad sobą.
— Pani — odezwał się z cicha — pani! o najśliczniejsza pani!
Mimowolnie uśmiech przeleciał po usteczkach różowych wdowy.
— Pani — tę głupią plotkę przyniosła starościnéj prezesowa...
— A panu? panu kto?
— Ten poczciwy ale trzpiotowaty Dołęga... ale pani mnie nie zgubi... ja dla pani gotów jestem na największe ofiary... pani nie miałaś i mieć nie będziesz przyjaciela nademnie...
Lelia spojrzała mu w oczy bystro.
— Panie Aleksandrze — rzekła — nie czyń mi téj krzywdy byś sądził, że ja czułości jego przyjmować mogę nie przekonawszy się, że są czemś więcéj jak komplementem...
— Jakto? komplementem? podchwycił Oleś rozgorzały już i nieprzytomny... czyż pani nie domyśliłaś się uczuć mych dla siebie?
— Tłómacz się pan jaśniéj? jakie to są uczucia?
— Uczucia szacunku... przyjaźni najczulszéj — admiracyi — a! pani!
Pan Aleksander w chwili gdy już, już miał straszne wyrzec słowo — przeląkł się mierząc całą jego doniosłość... zatrzymał. Wdowa opuściła zupełnie tę rękę, którą był ujął, jakby bezwładną, sparła się na łokciu i osmutniała, zadumana i głosem melancholii pełnym poczęła.
— Czyż pan, pan... nie widziałeś wzajemnie całego mojego współczucia dla siebie? Czyś pan mnie kiedy widział płochą? Byłam i jestem wesołą, lecz byłamże zalotną? Jam od lat najmłodszych całem sercem była jego przyjaciółką, a od śmierci mojego męża nawykłam go uważać za opiekuna, za jedynego, któremu ufam... a pan.
— Pani! zawołał Oleś przyklękając na jedno kolano — niech się pani ulituje nademną — ja głowę tracę... ja niewiem jak wyrazić co czuję — ja jestem jéj wielbicielem do zgonu...
— A! panie Aleksandrze — jest to wyraz chwilowego tylko uniesienia jego dobrego serca.
— Jest to wyraz uczucia, które ja miałem i mam dla pani... i chcę je zachować na zawsze...
Wiesz pani — począł nagle jakby wielkiéj nabierając odwagi — gdybym nie był w tym wieku...
— Ale waćpan jesteś młodym? z uśmiechem odezwała się Lelia...
— Gdybym miał odwagę wynurzyć całe me serce przed nią...
— Proszę pana... bez żadnéj obawy...
— Pani nie widzisz, że ja się w pani szalenie kocham!!
— Nie, tego nie widzę, zimno rzekła Lelia, bo gdyby tak było, będąc wdowcem, widząc mnie wdową, dawnobyś pan mógł mi powiedziéć — oto ręka moja...
— A cóż pani byś na to powiedziała! krzyknął Oleś padając już na oba kolana...
Lelia nagle zamilkła... chwila niepewności trwała tak długo, że pan Aleksander pobladł — wreszcie podała mu obie ręce...
— Panie Aleksandrze! to uroczyste oświadczenie... mam dla pana współczucie i szacunek... masz rękę moją... będę twoją.
Usłyszawszy te słowa, Oleś schwycił ręce Lelii niosąc do ust i jak szalony całować je począł... zerwał się, ukląkł raz jeszcze, zdjął pierścień z palca i jakby się sam lękał cofnąć, zamienił go w milczeniu z wdową... Wszystko to odbyło się tak szybko, tak piorunowo, iż pan Aleksander usiadłszy uspokojony w fotelu przy Lelii, trzymając jéj rękę, patrząc w jéj oczy... tarł czoło aby siebie samego przekonać, że to snem nie było...
— Teraz, odezwała się cichym głosem Lelia — gdyśmy już przed Bogiem poślubieni — mówmy spokojnie o przyszłości...
— Mówmy! mówmy o téj szczęśliwéj przyszłości — rzekł Oleś... lecz droga Lelio... o jak mi słodko wymówić teraz to imię! — musimy czas jakiś zachować w tajemnicy zaręczyny... babcię i Hannę muszę przygotować.
— Tak, lecz zbyt długo ani pan nie potrafisz ukrywać, ani ja mogę cierpieć tajemnicy, któraby znowu potwarz jaką zrodzić mogła...
— Ja! ja na wszystkom gotów co każesz... radbym szczęście moje przyśpieszyć... lecz starościna...
— Wierz mi pan — że starościna mniéj będzie zdziwioną i nie tak przeciwną jak ci się zdawać może... Hanna jest moją przyjaciółką...
Imię Hanny przywiodło znać nagle na pamięć Olesiowi Sylwana, chmurą oblokła mu się twarz, lecz Lelia ścisnęła jego rękę i pan Aleksander znowu o wszystkiem, co nią nie było zapomniał.
— Teraz — idź pan — odezwała się — potrzebuję zebrać myśli — ochłonąć, opamiętać się... wnijść w siebie; mogłażem się spodziewać, że ta rozmowa poczęta wymówkami skończy się takiem wyznaniem...
— A jaż! a ja! rzekł ręce składając Oleś — mógłżem wchodząc na ten próg przypuścić nawet, bym tak szczęśliwy powracał! A... pani...
Stary Oleś tak się zbliżał natarczywie do narzeczonéj, chwytając białe jéj rączki... a zdając się szukać ust różowych... tak był pokorny i czuły, iż Lelia nie opatrzyła się jak dotknął ustami jéj czoła... Z lekka odepchnięty... pan Aleksander znowu pochwycił ręce i jak szalony z domu wyleciał.
Wielkiem to było szczęściem dla niego, iż nikt go nie zobaczył wybiegającego i kłusującego potém trotuarem czas jakiś, dopóki chłopiec od szewca, który go mijając śmiać się począł, nie przyprowadził do opamiętania...
Śmiech ten dopiero go wytrzeźwił. Cała scena owa przyszła mu na pamięć, spojrzał na pierścionek... począł się i cieszyć i trwożyć. Co powie starościna gdy się dowie? jak jéj to powiedzieć? Co pomyśli Hanna? Jak to przyjmie świat? Całe brzemię najrozmaitszych trudności i zawikłań, które sobie swą popędliwą miłością zgotował, stanęło teraz przed nim z groźbami i strasznemi widziadły.
Pan Aleksander sam niewiedział jak do tego przyjść mogło, co zaszło, jak się ośmielił oświadczyć?...
— No — prawdę rzekłszy — powiedział sobie w duchu, powoli już wracając do domu — dawno bo się to przygotowywało. Musiał wulkan zebrany w mych piersiach wybuchnąć? Co to ludzie powiedzą! co ludzie powiedzą! Niech sobie mówią co chcą... Wszystko mi jedno... trochę szczęścia jeszcze mi się należało. A ona! ona tak piękna! tak urocza...
Znalazł się w progu domu i marzenie zostało przerwane.






XI.

Tego wieczora gdy Szerszeń chodził nadaremnie po pana Sylwana, późno już dosyć wrócił do domu. Chłopiec oznajmił mu, że go panna Viola do siebie na chwilę prosiła — godzina jednak była już, gdy artystka musiała być w teatrze, a po jéj powrocie do domu odwiedziny zbyt by się spóźniły. Nie poszedł tego dnia Sylwan, aż dopiero nazajutrz rano...
Viola kaszlała tego dnia więcéj niż kiedy, wczorajsza rola długa, wymagająca wiele uczucia, znużyła ją mocno. W nocy miała trochę gorączki, wstała blada, osłabiona, czując się źle i wody pić nie mogła. Spocząć trudno było, bo też nadchodził benefis dyrektora i owa rola Julii, do któréj tyle potrzebowała nauki i przyborów... Oboje Pawłowie widząc ją tak słabą dobierali środków by orzeźwić biedną i ulżyć jéj w czemkolwiek... Nic to jednak nie pomagało, Viola siedziała odrętwiona a może oczekiwanie próżne na Sylwana, którego się spodziewała wieczorem, nie widziała w teatrze — przyczyniło się do tego smutku i osłabienia.
Gdy po chodzie w pierwszym pokoju i po głosie poznała go zrana, rumieniec jéj wystąpił na twarz, porwała się z kanapki i wybiegła naprzeciw, tak nagle orzeźwiona, jakby w nią nowe życie wstąpiło.
Sylwan w jéj twarzy spostrzegł jednak ślady niezdrowia i zmęczenia.
— Co to pani jest? spytał troskliwie.
— Tak, było mi niedobrze — odparła uśmiechając się — ale gdym pana posłyszała wszystko mi odeszło... Tak rada jestem, że go widzę...
— A ja wczoraj przyjść nie mogłem — odezwał się Sylwan, którego ten pełen rzewności głos przerwany kaszlem poruszył — dano mi znać późno; a potém chybabym po teatrze mógł służyć... godzina była niewłaściwa.
— A! dlaczegóż? cicho szepnęła rumieniąc się Viola — pana bym była przyjęła o każdéj godzinie...
Naiwne te wyrazy, wzrok i pomieszanie Violi, aż nadto mówiły. Sylwan, widząc to przywiązanie do siebie, które przyjaźnią tylko braterską mógł odpłacić, czuł się jakby winnym, iż wzrość uczuciu dozwolił, choć go niczem nie podbudzał. Przed oczyma teraz miał obowiązek odjąć jéj wszelką nadzieję, niedopuścić aby się łudziła... Lecz jakto było dokonać?
Z bólem w sercu siadł przy niéj na kanapie rozpytując o zdrowie.
— Już mi teraz nic nie jest, rzekła — wczoraj było niezmiernie wiele do roboty... a rola, którą grałam, tak ciężka, tak bolesna... a ja się wcielam w każdą, że z nią odcierpieć muszę wszystek ból, jaki w nią wlał poeta... Wróciwszy do domu musiałyśmy do pierwszéj w nocy szyć z Pawłową... Powinnam była do tego przywyknąć — bom od dzieciństwa, ledwie igłę mogąc utrzymać w ręku, po całych nocach ślipiała, a ileż się ich nie spało płacząc i głodno...
Zamilkła... Sylwan zwrócił rozmowę... Opowiedziała mu przygody swojego życia, począł on ze swoich się spowiadać. Viola słuchała go z zajęciem gorączkowém...
— Przed wami, droga pani, nie będę nic taił, mówił Sylwan spokojnie... nawet tego co się na dnie serca trzyma zakryte od ludzkich oczów...
I począł jéj opisywać młodość spędzoną na wsi, dziecinne z Hanną zabawę dziecięcą, potém młodzieńczą dla Hanny miłość...
Twarz biednéj dziewczyny zwolna zaczęła się marmurową oblewać bladością... usta drżeć i sinieć... oczy łzami zachodzić poczęły, wstrzymała oddech, zasłuchana, przelękła...
Sylwan widział wrażenie, a jednak musiał wyznania swego dokończyć, aby się z niego mogła dowiedzieć, że téj miłości dochował do dziś dnia i że w tém sercu nią zajętem, na nową miejsca nie było.
— Obok téj Hanny, rzekł w końcu — braterską miłość dla was, umieszczę. Wierz mi droga pani, jest ona inną, ale nie jest od tamtéj słabszą, ani mniéj trwałą, ani mniéj do poświęceń zdolną.
Viola nic nie mówiąc, schyliła się do jego ręki i nim Sylwan mógł ją cofnąć, gorące do niéj przyłożyła usta...
— A! nie wyrzekaj się mnie pan, dlatego że kochasz inną, piękniejszą, idealniejszą, godniejszą ciebie nademnie — ty mnie niepotrzebujesz — ale ja w tobie znalazłam podporę, radę... ojcowską.
Gdyś mówił, dodała — było mi gorzko aż do łez — a teraz jest mi błogo nad wyraz... bo twoja dla mnie miłość braterska jest prawdziwą... bezinteresowną... taką, w którą ja wierzyć muszę. Nie ma w niéj namiętności... wiec ona trwać będzie...
Tak... tak — mówiła żywo — trzeba było żebyś mi to powiedział — to mnie uspokoi — uleczy... A! ja co się przyznać muszę... nie patrz na mnie i nie śmiéj się z biednéj — jam się innego spodziewała wyznania, bo moje przywiązanie dla ciebie jest więcéj niż siostrzaną miłością...
Słowa jéj w cichem łkaniu ginęły, trzymała rękę Sylwana i milczała długo. Potém spokojnie otarła łzy i uśmiechnęła się.
— Tak mi dobrze teraz! zawołała — czuję się swobodniejszą... Pan mnie nie porzucisz,... nie pogardzisz mną... będziesz mi zawsze bratem...
Sylwanowi także ciężar wielki spadł z serca, czuł i on się swobodniejszym, jak po spełnieniu obowiązku... Znowu po chwili usiłował zagadać o czem inném, gdy Viola... zobaczywszy na stoliku rzucony list Hermana, podała mu go z uśmiechem.
— Winien to szczęście, żem go rozpieczętowała, temu iż ręka wasza, panie Sylwanie... całkiem do jego pisma podobną... Przeczytaj go... ciekawy bardzo... śmiałam się nad nim i płakałam...
Sylwan w istocie począł list Hermana czytać i zadumał się nad nim: w sarkazmach i ironii jego było wiele smutku... Przypomniał sobie, że dosyć go dawno nie widział, i nie wiedział co się z nim dzieje...
— Ze wszystkich listów, których mogłabym stworzyć zbiór dosyć ciekawy — rzekła — jest to może najdziwniejszy. Gdyby on nie był takim wielkim panem, a ja tak biedną dziewczyną, powiedziałabym, że jak ja jest nieszczęśliwy... lub... lub — dodała, lepszy aktor odemnie...
Ze smutkiem pożegnali się z sobą, ale Viola poufalszą, śmielszą się czuła teraz, jakby z tego stosunku spadły ciążące na nim kajdany...
— Więc, rzekła rozstając się — ona tu jest, pokażcie mi tę Hannę! niech ja jéj twarz zobaczę!... ja ją kocham... choć ona nigdy mi nie odda mojéj miłości dla siebie...
Wyszedłszy od Violi, Sylwan prosto udał się do brata którego spodziewał się zastać o téj godzinie. Znalazł go w istocie, ale w łóżku, Herman był chory a bardziéj roznerwowany i kapryśny.
Mieszkanie Hermana doskonałym było jego charakteru komentarzem. Z wielkim przepychem urządzony pokój sypialny, dywanami wysłana podłoga, łóżko z kotarą jedwabną, portiery z gobelinów, meble naśladowane ze starych, tysiące fraszek błyszczących, a przytem największy nieład jaki sobie wystawić można.
Troskliwość matki zawiesiła nad łożem obrazek pobożny, palmę i gromnicę, ale niedaleko od niego na ścianach poprzybijane były fotograficzne reminiscencye teatrów i znajomości żeńskich, które przed hrabiną tłómaczyły się swoją artystyczną pięknością. Na stoliku proszki burzące niedopite, butelka czerwonego wina rozpoczęta, połamane biszkopty, pomięte dzienniki, porozsypywane cygara, pieniądze, listy, książki... Filozoficzne rozprawy razem z romansami i historyą Rigolboche... poważne dzieła i Kladderadatsch, kawałki wstążki... Herman w pięknym tureckim szlafroku, pantoflach, w batystowéj koszuli, leżał na pół, na pół siedział z rękami zagrzebanemi we włosach rozrzuconych, blady i zamyślony.
Wchodzącego Sylwana powitał zrazu sądząc, że jakiś natręt go napada, chmurną twarzą i jakby porywem do gniewu, ale na widok jego rozchmurzył się i podał mu białą, chłodną dłoń po przyjacielsku.
— Co tobie jest, siadając przy nim rzekł brat, nigdzie cię nie widać? wszyscy o ciebie pytają a ja się niepokoję — przyszedłem nareszcie sam zobaczyć.
— Choruję, bo nie mam co robić — westchnął Herman... towarzystwo nieznośne, świat głupi, ludzie obrzydliwi!
— No — ale i my nie lepsi, mój Hermanie.. rozśmiał się Sylwan, świata nie zmienim, a żyć w nim trzeba.
— Chciałem wypocząć chorując — odezwał się Herman, ale nudzę się gorzéj jeszcze. W towarzystwach wiekuiście ta sama rozmowa, klerykały krzyczą na czerwonych, demokraci wrzeszczą na ultramontanów, plotki, sarkazmy, intrygi, głupota...
— Pytam się ciebie jeszcze raz, cóż my lepszego? odrzekł Sylwan.
— Ty jesteś lepszy, bo pracujesz i nie piszczysz a nie gadasz... ja jestem jeszcze gorszy niż wszyscy... a mimo to splen napada, że w łeb sobie strzelić by można!... Myślałem, że pojąć, dobyć potrafię z nich czy dowcip czy serce... gdzie tam? gdy się popiją — czyste bydło!
Sylwan się śmiał.
— Nic gorszego nad takie nudy w samotności, idź wstań, rozruszaj się, nadewszystko rób cokolwiek...
— Mądry jesteś! cóż będę robił? Mało co umiem i licho... Każdą z tych rzeczy, które jabym mógł robić, ktoś inny potrafi lepiéj nademnie — nawet kochać się szczęśliwiéj umieją niż ja...
Sylwan przypomniał sobie list jego do Violi.
— No! zawołał — cóżeś to za epistołę wystylizował do téj biednéj suchotnicy...
Herman się zaczerwienił.
— Czy ci ją pokazywała?
— Samem ją zobaczył na stoliku u niéj. Otworzyła ją sądząc, że list odemnie, pokazuje się bowiem, że mamy pisma zupełnie podobne...
— A twoje pismo zna, rzekł szydersko Herman.
— Doskonale, bom jéj przepisywał role.
— A! dobry wykręt? Jakże znalazła moją kompozycyę...
— Wiesz, co powiedziała o niéj, że jéj się zdajesz tak nieszczęśliwym jak ona, lub lepszym od niéj komedyantem!...
Pokiwał głową Herman.
— Ty się w niéj kochasz i ona cię kocha?! przyznaj się.
— Wierzysz słowu mojemu?
— Wierzę.
— Daję ci słowo, że się w niéj nie kocham.
— Cóż cię do niéj wiąże?
— Jéj nędza, choroba i nieszczęście.
— Dla czegóż niechcesz dopuścić, aby ją kto inny ratował?
— Ja? niechcę dopuścić! zawołał Sylwan, ja się do niczego nie mieszam; lecz gdzie idzie o ciebie będę na przeszkodzie bałamuctwu, którego sam byś potém żałował. Mężczyźni zwykle umizgi do kobiet, zwłaszcza z innéj sfery towarzyskiéj, posunięte, aż do ostatniego kresu, nieuważają za nic zdrożnego, jest to przecież nikczemném dla zabawy poświęcać cześć, spokój, sławę biednéj dziewczyny.
— A któż ci powiedział, przerwał Herman, że jabym to chciał poświęcać dla rozrywki? Ja jestem aż nadto seryo w rzeczach, które inni za mało znaczące uważają, a mało przywiązują wagi do tych, które świat ma za bardzo ważne. Ja się szalenie kocham w tym dyable Violi... i kto wie, jakby daleko miłość pójść mogła...
— Mój Hermanie! przecieżbyś się nie ożenił? rzekł Sylwan.
— Jakto? dlaczego? gdybym ją kochał a był kochany? a myślisz żeby mnie co wstrzymać mogło.
Sylwan spojrzał nań trochę zdziwiony.
— I wprowadziłbyś do rodziny ten żywioł, który by w niéj usychał... odpychany, zaparty... nieszczęśliwy?...
— Rodzina musiałaby mnie przyjąć z nią, albo bym ja zaparł się nawet familii, przerwał Herman...
— Kochany bracie, tak się mówi, tak się nawet czyni, i po tém całe życie żałuje.
Tę szczęśliwą pasyę do Violi, powinieneś sobie wybić z głowy i serca... Im biedniejsza ona, tém na większy zasługuje szacunek, bo z nędzą walcząc uczciwą jest i może światu całemu patrzeć w oczy śmiało... nie wstydząc się w życiu żadnego kroku, nie mając do wyrzucenia sobie żadnego błędu...
— Gdybym konał z pragnienia, a ty byś przyszedł mi powiedzieć z krwią chłodną — mój kochany, niech ci się pić nie chce... byłoby to właśnie tém, co mi teraz mówisz. Rada wyborna... rozśmiał się Herman — ale ten szatan swym wzrokiem mnie prześladuje...
— Zapomnisz!!
Herman począł coś nucić.
— Słuchajno, dodał zaraz, wyparłeś mi się, że się nie kochasz w Violi, wierzę, choć jestem pewny, że jeśli nie ty w niéj, ona się w tobie kochała... a teraz powiedz prawdę — nie kochałeś się w pannie Hannie?
Sylwan zaczerwienił się i zamilkł.
— Nie miałbym się czego wstydzić, rzekł po chwili — ale wyznań takich nie wymaga się nigdy.
— Nie nalegam, rzekł Herman, muszę cię jednak posądzać o to... Kocham cię doprawdy, mój Sylwanie, bo w tobie widzę człowieka, muszę ci więc powiedzieć nawzajem, że tobie starają się kochane świętoszki uszyć buty, posądzając o miłość dla panny Hanny. Tak bogata partya nie może być dla nich obojętną — chcieliby ją wydać za kogo ze swoich — podejrzewają coś, że musisz im być przeszkodą — strzeż się.
— Cóż oni mi zrobić mogą?
— Oszkalują naprzód.
— Zdaje mi się que c’est chose faite — a potém?
Herman zdawał się niechcieć powiedzieć wszystkiego, czego się domyślał i o czem wiedział.
— Potém — przebąknął — mogą się ztąd starać ciebie pozbyć.
— To by im przyszło łatwo, odezwał się obojętnie Sylwan. Ale, niewieszże kogo pannie Hannie przeznaczają.
— Między innemi, mnie! rzekł śmiejąc się Herman, ale ja nie będę dla ciebie niebezpiecznym rywalem. Panna Hanna jest dla mnie za poważna. Po za mną stoją szeregiem wszyscy pobożni a goli kawalerowie, należący do bractwa.
— Ja ci to tylko powiem — odezwał się Sylwan, że panna Hanna mimo poszanowania dla babki i ojca wydać się nieda, przeciwko woli.
— A nie obawiasz się ich wpływu na nią? zapytał Herman...
— Ja się w ogóle mało czego na świecie obawiam, bo na wszystko jestem przygotowany — odezwał się Sylwan.
— W obozie poruszenie wielkie, mówił Herman śmiejąc się — l’arrière ban, nieruchome matedory, rezerwy zreumatyzowane, dostojników, którzy się nigdy nie ruszają, powołano dla zawojowania starościnéj. Zdaje mi się, że i na pana Aleksandra... przygotowano trufle i bażanty, by przez żołądek wkraść się do jego serca...
Sylwan ruszył ramionami i przeszedł się po pokoju...
— Gdybyś był bardzo poczciwym bratem, rzekł, a chciał biednéj pannie Hannie oszczędzić wiele przykrości — mógłbyś... mógłbyś troche — tak — grać rolę pretendenta, aby ją od innych zasłonić... Przecież to rola ani przykra, ani upokarzająca, ani zakazana... ja i ona bylibyśmy ci wdzięczni. W ten sposób zyskalibyśmy na czasie...
Herman, który dotąd leżał wyciągnięty na łóżku — zerwał się.
— I byłaby doskonała rozrywka! rodzaj komedyjki towarzyskiéj, zawołał — wiesz, że masz pomysły mistrzowskie. Niech cię za to uściskam... Ale musisz mi się przyznać...
Sylwan wstrząsnął się. — Niemam się do czego przyznawać, rzekł, powinieneś się domyśleć wszystkiego.
— A nie lękasz się bym ci ją odkochał? spytał śmiejąc się Herman.
— Znać że nie...
— Ręka więc, wyciągając dłoń żywo począł młody hrabia — staję na czele pretendentów i resztę oganiać ci będę... ale uprzedźże pannę Hannę, żeby mnie zbytecznie nie traktowała z góry...
Rzucił się ściskać Sylwana i począł zaraz dzwonić na Staszka, który wpadł jak oparzony...
— Pan dzwonił?
— Tak jest, fryzjer, co prędzéj, odzienie, biegaj... wychodzę...
— Ale pan chory!
— Co ci do tego! suknie podawaj!
Sylwan stał zdumiony patrząc.
— Wyzdrowiałeś?
— Zupełnie, natychmiast jadę z wizytami, ale wprzódy mamie się opowiedziéć muszę. Za poddanie doskonałéj myśli, Bóg zapłać! Przedziwna myśl, cudowna! wyborna!
Klasnął w ręce — Staszek! co najprędzéj do ubierania...
Porwał się ściskać Sylwana.
— Nie umiem ci wyrazić mojéj wdzięczności, przecież będę czynnym!
Sylwanowi ta radość i pośpiech wydały się dziwnie, pożałował nawet, że mu to słowo rzucił, tak płocho pochwycone, że tę myśl nieszczęśliwą poddał — lecz cofnąć ją, odebrać temu rozpieszczonemu dziecięciu, już było niepodobna. Porwał ją Herman jak zabawkę i odprawiwszy brata co rychléj, poszedł zaraz do matki.
Hrabina, która wiedziała że w łóżku leżał, niezmiernie zdziwiła się widząc go tak wyelegantowanym, zdrowym i wesołym. Zdziwioną była bardziéj, gdy prosząc ją o posłuchanie zaczął od słów.
— Wie mama co, ja chcę się starać o pannę Hannę Junoszankę? Mama miała doskonałą myśl, panna ładna i bogata... bardzo poważna i dystyngowana.. zdecydowałem się.
— A to bardzo dobrze! przecież raz masz rozum! odezwała się matka uradowana — je ne demande pas mieux!
— Ale niechże mi mama pomoże, dodał Herman... wiem, że tam nasi dobrzy znajomi różne mają projekta i podsuwają różnych... niech mi nie przeszkadzają...
— To się rozumie! któżby ci chciał przeszkadzać — zawołała hrabina — będziesz miał wszystkich za sobą! staraj się tylko pannę pozyskać, bądź poważnym!...
— Jak zechcę — zobaczy mama, potrafię...
— Przekonaną jestem, że potrafisz co zechcesz — ale chciéjże — proszę cię...
— Jeden warunek, mamo, niech mi nie przeszkadzają... to zależy od mamy... proszę tylko szepnąć. Nie miłoby mi było miéć za rywala takiego naprzykład Lubicza...
Matka spojrzała nań wielkiemi oczyma.
— Jakto za rywala? któż ci to mógł powiedzieć?
— Wiem, że ten projekt roztrząsano... odezwał się Herman...
— Ale to być nie może! nie może! powtórzyła energicznie, rumieniąc się hrabina... powiedzianoby mi przecież o tém...
Spuściła oczy nieco zmieszana.
— Ale cóż masz przeciw temu miłemu Lubiczowi? spytała po chwili.
— Intrygant mamciu, rzekł Herman, goły a niechce mu się pracować, tylko cudze półmiski lizać i łatwym sposobem zyskać sobie pozycyę... Pochlebia wszystkim, a z religii zrobił sobie narzędzie do fortuny...
— Jak bo ty wszystko widzisz czarno! cicho rzekła matka... ja tego człowieka znam z najlepszéj strony. Ubogi to prawda, ale z bardzo dobréj familii, dobrze wychowany, przyzwoity... i bardzo miły... bardzo miły!
Herman się skrzywił mocno, a głową potrząsł.
— Mama daruje, ja go nie lubię.
To mówiąc pocałował w rękę hrabinę i popędził w miasto.






XII.

Po oświadczeniu i improwizowanych zaręczynach swych z Lelią, pan Aleksander potrzebował odzyskać straconą równowagę i wróciwszy cichuteńko do domu wśliznął się do swego pokoju, by tam z cygarem w ustach, na osobności, obrachować się z sumieniem — obmyśléć co daléj czynić należało i ukryć wrażenia, które — zdawało mu się, że każdy teraz mógł czytać na jego twarzy. Obawiał się starościnéj, córki, a nadewszystko przenikliwego oka Dołęgi.
Chwila jedna namiętnego zapału — wywróciła wszystkie jego plany dawniejsze, okuła w niewolę, a co gorzéj oddawała go w ręce Lelii, która, niewątpił bynajmniéj o tém, musiała teraz użyć całéj swéj nad nim przewagi na korzyść brata.
Pocieszało go to tylko, iż był prawie pewnym znalezienia sprzymierzeńca w córce... ale cóż! Świetne programy przyszłości, kolligacye znakomite, stanowisko w świecie — przyczepienie się do arystokracyi, do któréj wnijść mógł przez córkę, wszystko to przepadało — natomiast Sylwan... obóz demokratyczny, obowiązki niebezpieczne dla spokoju i kieszeni groziły owładnięciem. To była odwrotna strona medalu. Choć bardzo szczęśliwy chwilami, pan Aleksander wzdychał, wyrzucając sobie, że uniesiony nadto się może pośpieszył... Lecz wracać się już było niepodobieństwem.
Biedził się tak jeszcze, gdy służący przyszedł go powołać do starościnéj... Staruszka była sama, zastał ją z koronką w ręku zadumaną posępnie.
— Siadaj no, panie Aleksandrze — rzekła, korzystam z chwili, gdy Hanny niema, musimy z sobą pomówić. — Jakże ci się tu rzeczy wydają, co sądzisz?... kto ci się z tych ludzi zda najwięcéj obiecującym? Jak radzić sobie z Lelią i panem Sylwanem, którego mi tu malują jako bardzo niebezpiecznego rewolucyonistę i liberała.
Oleś słuchał, słuchał i namyślał się tylko jakie ma zająć stanowisko, ażeby mu z niego najłatwiéj było potém wnijść na to, do którego dążyć musiał.
— Mamo dobrodziejko — odezwał się — ja przyznaję się — niechciałbym o losie Hanny stanowić bez udziału jéj woli i serca... Niech ona sobie wybierze... moja rzecz patrzeć i w czas uczynić uwagę...
— Bardzo słusznie, lecz nieznacznie pokierować można i masz obowiązek... O Lelii różnie też mówią.
— A! to są niedorzeczne plotki! gorąco zaprzeczył Oleś, mama ją zna od dzieciństwa.
— Trochę trzpiotem...
— Chociażby, ale najmilszym w świecie, i nigdy nie wychodzącym poza granice dozwolone...
— To prawda! a ty masz słabość do niéj.
— Nie przeczę moja mamo, osoba miła, Hanna ją kocha...
— Otóż to mnie trwoży... Sylwan! Sylwan! a co na niego mówią!
— Sądzę, że i to rzeczy przesadzone! rzekł Oleś.
Starościna z pod okularów popatrzyła na zięcia długo i zamilkła...
— Wszyscy bardzo zalecają tego drugiego hrabiego Ramułta...
— Nic niemam przeciwko niemu... ale czy się Hannie podoba?
Starościna znajdując zięcia tak jakoś obojętnym, spróbowała jaszcze kilka zapytań i w końcu z westchnieniem, jakby zrezygnowana na to, iż go już nie przerobi, zanurzyła się w fotelu, od koronki przechodząc do pończochy. Oleś siedział jeszcze czekając dalszéj rozmowy, która już nie szła.
Nadchodząca Hanna położyła jéj koniec, i pan Aleksander powrócił na medytacye do swego pokoju.
Lelia tymczasem ochłonąwszy także po scenie, która ja musiała wiele kosztować, bo się spłakała po niéj i zaczerwienione oczy długo potém wodą obmywała — pobiegła zaraz do Sylwana... ale tego dnia, mimo dwukrotnego dzwonienia do furtki nie zastała go w domu i musiała czekać aż sam przyjdzie do niéj.
Sylwan dopiero po odwiedzinach u Hermana i umowie z nim, zebrał się iść do siostry, która nań z trochą niecierpliwości oczekiwała. Znalazł ją tak roznerwowaną, bladą i smutną, że się zaniepokoił o nią.
— Czyś chora? spytał.
— Nie — jestem trochę — poruszona — rzekła... i mam ci coś dosyć ważnego do powiedzenia. Dwa czy trzy razy byłam u ciebie, chodzisz nie wiedziéć gdzie, a ja się doczekać nie mogę odwiedzin... Oskarżają cię o tę aktorkę, a jak na złość, biegasz do niéj ciągle...
— Raz tylko byłem — i to — zawołany...
— Pożegnaj bo ją raz na zawsze...
— Nie posądzaj ty mnie przynajmniéj proszę cię, odezwał się Sylwan z pół uśmiechem...
— Mnie to niecierpliwi...
— No uspokój się, przynoszę ci i ja pewną wiadomość, która ci się wyda może niedorzeczną a mnie zdaje się — niewinną i do uzyskania trochę pokoju dla Hanny, potrzebną.
— Cóż takiego?
— Powiedz jéj niech będzie grzeczną dla Hermana i pozwoli mu pozornie trochę się zbliżać do siebie, Herman zasłoni ją od innych napaści — a uczyni to przez miłość dla mnie.
Słysząc to Lelia odwróciła się nagle, żywo, załamała ręce i rzuciła ramionami.
— A! wiesz, rzekła, to strategia godna mężczyzny!... Wystawiasz Hannę na próbę, Hermana także, swoją miłość na niebezpieczeństwo.
— Ale ja Hanny jestem pewny!
— Sylwku życie moje, i ja jestem jéj pewną, a mimo to... Któż w takie gry się wdaje — i po co?
— Jakto, po co? ja chcę jéj oszczędzić przykrości... a sobie zapewnić, że mi tam niebezpieczniejszy współzawodnik się nie wciśnie...
— Zbyt mądrze to obrachowano! rozśmiała się Lelia... ja ci coś daleko prostszego przynoszę i pewniéj cię mogącego uspokoić, niż twój parawan z pana Hermana..
Zdjęła pierścionek z palca...
— Wiesz co to jest?
— Nie rozumiem? obrączka z turkusem?
— Nie widziałeś jéj na niczyjem ręku?
— Przyznam ci się, że nigdy na pierścionki niepatrzę.
— Wiesz co on znaczy?
— Powtarzam ci, nie rozumiem...
Lelia rzuciła mu się na szyję i pocałowała go płacząc.
— Jestem zaręczoną!
— Ty! krzyknął Sylwan, ty! bez mojéj wiedzy, bez porady! Z kim? na miłość Boga? kiedy...
— Z panem Aleksandrem Junoszą!
Sylwan zdrętwiał słysząc to, popatrzył na siostrę, domyślił się, zrozumiał wszystko i ręce załamał.
— Kobieto, odezwał się ze smutkiem i powagą — czyżeś się zastanowiła nad tém coś popełniła z największą nierozwagą i pośpiechem, nieradząc się nikogo... pewny jestem, bez przywiązania nawet... Człowiek stary, słaby, bez charakteru... który ani cię ocenić, ani pojąć nie potrafi! To samobójstwo...
— Czekaj, surowy sędzio, zobacz moją metrykę, przerwała Lelia — jestem starszą od ciebie, mam już dwa siwe włosy... jutro dostanę marszczków, i sama jestem na świecie.
— Wolałbym byś sama żyła, niż z takim poczciwcem, którego karmić tylko będziesz musiała.
— Nauczę go kabały kłaść, rozśmiała się Lelia. Ale mówiąc to łzy miała w oczach.
— Rzecz to zbyt poważna, ażeby ją można w żart obrócić — odezwał się Sylwan... na mnie czyni to wrażenie bolesne, czuję w tém — ofiarę...
— O bardzo się mylisz — gorąco zaprzeczyła Lelia — mylisz się — zrobiłam to przez egoizm, dla siebie, przez rachubę... Jeśli wypadkiem skorzystać z tego potrafię dla ciebie mój Sylwanie, myliłbyś się, powtarzam ci, gdybyś mi przypisywał cele, których nie miałam... Zresztą — on mi się oświadczył...
— Kiedy? jak?
— Sam przyszedł do mnie! wczoraj!
Sylwan patrzył na nią, rumieniła się kłamiąc i płakała...
— Jestem bardzo szczęśliwa — dodała, i proszę mi nic nie mówić na mego Olesia, serce ma wyśmienite... Wady! proszę cię — któż wad niema! a mnie się on z niemi podoba? Cóż chcesz... podoba mi się choćby za to, że ja mu od niewiem wielu lat zawsze się podobałam... Stałą jego miłość dla mnie, potrzeba było nareszcie uwieńczyć.
Paplała tak, paplała, żeby pokryć wzruszenie, a w końcu dodała.
— Cóż chcesz, rzecz jest skończona... umówiona... Postanowiliśmy ją tylko do pewnego czasu trzymać w sekrecie — i ty mi go musisz dochować.
— Przepraszam cię Lelio — krótko rzekł brat — sekretu dochowam, ale ponieważ zaręczyny są rzeczą, która się daje rozerwać — oznajmuję ci z góry, że będę się starał wszelkiemi siłami temu małżeństwu przeszkodzić.
— Ani mi się waż! krzyknęła Lelia z gniewem — jestem panią mojéj woli. Ton, jakim to wymówiła, zmusił Sylwana do milczenia.
— Przepraszam cię — rzekł zimno... nie sądziłem, żebyś mogła tego pragnąć w istocie.
Siostra rzuciła mu się na szyję... zamilkli. Lelia starała się zwrócić na inny przedmiot rozmowę — lecz Sylwan jak przybity, milczący rzucił się w krzesło i zdawał się nierozumiéć co do niego mówiła.
Wieczorem Lelia rozmyśliwszy się poszła do starościnéj. Od zamiany obrączek nie widziała tego nieszczęśliwego Olesia, który niemiał odwagi przyjść do niéj... Trafiło się, że w przedpokoju wchodząc go spotkała... Zarumienił się mocno, uczuwszy uścisk ręki, którym go powitała... ale wprędce rozpromieniał — była tego wieczora prześliczna... Oleś połykał ją oczyma...
— Staraj się, szepnęła mu na ucho, żeby téż starościna nie bardzo mnie źle przyjęła — mój Olesiu!
To słodkie imię tak podziałało na narzeczonego, iż ująwszy ją pod rękę, sam wprowadził do salonu i wesoły przyszedł z nią do starościnéj, siedzącéj jeszcze z pończochą na kanapie, bo gości dotąd nie było.
Zobaczywszy te parę przed sobą, nieznacznie drgnęła staruszka z niecierpliwości, lecz ton jakim począł zięć... i wesoły śmiech Lelii nie dozwolił zbyt ponuro przyjąć przybywającą. Hanna posłyszawszy głos jéj przybiegła.
Przywitawszy staruszkę, Lelia niechciała być jéj natrętną i pod pozorem poprawienia włosów pociągnęła z sobą Hannę do jéj pokoju.
— Hanno, serce moje, nim kto z gości nadejdzie, pół godziny czasu rozmowy koniecznéj!...
— Służę ci — chodź...
W pokoiku Hanny nie było nikogo, a co lepiéj żadnych drzwi zdradzieckich... Lelia się jéj na szyję rzuciła.
— Moja duszo droga, rzekła... niewyobrazisz sobie jaki ten Sylwan naiwny, pour ne pas dire plus!.. Wystaw sobie jego środek, aby cię zasłonić od natrętnych konkurentów...
— Ciekawam! szepnęła Hanna.
— Coś podobnego nikt jeszcze pono nie wymyślił. Zdaje się — rzekła Lelia — że się umówili z Hermanem, aby pozornie on niby się starał o ciebie. — Vous étes done prévenue qu il va vous faire la cour, a ty przez litość masz go niezbyt źle traktować... A! ci mężczyzni! dodała Lelia, coś... pardon — głupszego wymyśleć.
Uśmiechnęła się Hanna...
— To tylko dowodzi poczciwéj wiary we mnie pana Sylwana, rzekła, i dobrego serca Hermana, bo rzecz nie zabawna.. udawać starającego się, gdy się o tém nie myśli.
C’est bête — konkludowała Lelia — ale, kazali mi ci to powiedziéć — jestem posłuszna...
To mówiąc schyliła się do Hanny, uścisnęła ją czule. Moja Hanno ja niemogłabym dla ciebie miéć tajemnicy... a drżę mając ci ją objawić... coś czego się spodziewać nie możesz, z czego niewiem czy będziesz kontenta... a co mi cięży.
Mówiąc to powoli wyciągnęła białą rękę... i zbliżając do oczów Hanny pierścionek z turkusem... zapytała...
— Znasz go?
Hannie twarz się zarumieniła.
— Możesz to być? Zawołała, a! mój Boże! czyżby mnie takie szczęście spotkać mogło?
— Szczęście! a moja Hanno! czyż doprawdy serce twe powiedziało...
— To pierścień ojca! jam sama mu go dała na imieniny, bo zawsze sobie życzył turkusowego... o którym mówią, że szczęście przynosi. Lecz możesz to być! możesz być.
Rzuciła się Lelii na szyję. Mów!
— Tak jest — od pozawczoraj... Cicho! ani słowa nikomu!
Twarz Hanny rozjaśniła się... zaczęła całować i ściskać Lelię ze łzami.
— A! ty jesteś aniołem! zawołała...
— A wszyscy mnie nazywają szatanem, mruknęła wdowa... Lecz... dosyć — do salonu...
— Ja niepotrafię... uspokoić się muszę...
— Chodź! nic nie pomoże! chodź!
Z salonu już dochodziły głosy... Herman pierwszy przybył oznajmując przyjazd matki, ożywiony niezmiernie, oczyma szukając panny Hanny zaledwie ją zobaczył... i spojrzeli na siebie, po mimowolnym pół uśmiechu, który przebiegł po jéj ustach, domyślił się, że została przestrzeżoną...
Spełniając przybraną rolę, Herman ze szczególną atencyą przywiązał się do panny Hanny, która go wcale nie unikała... Mógł więc dłuższą zawiązać rozmowę i błysnąć przed nią dowcipem ironicznym, na którym mu nigdy nie zbywało.
Charakter Hanny poważniejszy — ukazywał jéj świat ze strony innéj, ona szukała w nim niespokojnie prawdy... piękna, dobra. Herman jakby zrozpaczywszy o znalezieniu ich bawił się podrzucaniem szyderskim tego wszystkiego co było fałszem, brzydotą i złem... Z temi sprzecznemi usposobieniami, może nie tak trudno było się porozumieć, jak się zdawać może. Jest w człowieku pragnienie uzupełnienia swych pojęć, poszukiwaniem trybów i kategoryi przeciwnych, których samby dojrzeć nie mógł. Często sprzeczne zupełnie charaktery godzą się najdziwniéj, gdy podobne nie mogą podziałać na siebie, bo się od razu poznają, czują i jednoczą... Jak w przyrodzie przeciwnych prądów powstają siły złożone, tak w duchowym porządku... antytezy często rodzą sympatyę...
Dla tego może sceptyczny, żartobliwy, szukający skaz i plam Herman nie tak raził Hannę, jak się lękała, dla tego surowa jéj powaga i umysł dążący ku ideałom nowe dlań odkrywając światy — zachwycał go i był dlań pożądaną wonią niebieską.
Hanna, w rozmowie z Hermanem, odzyskała dawno stracony uśmiech, a on chwilami zmuszony był przejść z szyderstwa do zastanowienia nad fenomenami, których oko jego nigdy dotąd nie dostrzegło...
Z wielkiem podziwieniem a nie mniejszą radością, dostrzegł pan Aleksander, zauważyła starościna tę ożywioną rozmowę, w któréj Hanna brała udział chętniejszy niż zwyczajnie. Jedna Lelia, mimo spokoju i wiary jaką miała w przyjaciółkę, dla brata była zazdrosną.
Herman nie odszedł prawie od panny Hanny, na chwilę tylko oderwało go przybycie matki w niespodziewaném trochę towarzystwie Lubicza, który zkąd się wziął i jak doszedł do tego, że hrabinę na salę wprowadził i z nią przybył — synowi było nie wytłómaczoném.
Matka mu szepnęła tylko, że na chwilę przed wyjazdem z domu przybył Lubicz, a że i on miał zamiar się tu znajdować, zabrała go z sobą.
Wszystkich po trosze uderzyło to kompromitujące przybycie w parze hrabinéj i Lubicza.
Młodzieniec zdawał się w wybornym humorze i głośniéj niż kiedykolwiek ratował zagrożoną społeczność, gnębiąc w fotelu rewolucyonistów cytatami de Maistra.
Herman namarszczył nieco brew, lecz wkrótce do zwykłéj swéj ironicznéj wesołości powrócił...
Gdy w przejściu na herbatę Lelia mogła się zbliżyć do Hanny — szepnęła jéj cicho: lękam się tylko byście państwo nadto nie wchodzili w swoją rolę, gracie ją zbyt dobrze. Hanna śmiała się ściskając jéj rękę. Muszę wyznać rzekła, że Herman nie darmo jest Ramułtem, ma wiele tego co ja w was kocham.
— Duszko, w nim tylko tego nie kochaj...
Pożartowawszy tak rozdzielone znowu zostały, a pan Aleksander wynalazł sposób zbliżenia się do narzeczonéj, i ścisnął nieznacznie jéj rękę. Jesteś pani zachwycającą dzisiaj!...
Strategiczne obroty Olesia dla uzyskania przy herbacie miejsca przy Lelii, nie uszły baczności Dołęgi, który hrabinę i starościnę konceptami zabawiał. Na wieczorach miał sobie zawsze za obowiązek starszym paniom służyć — przez które wiele mógł uzyskać. Nie przeszkadzało mu to widziéć i słyszéć wszystko.
Gdy wstali od herbaty i szli na cygaro do gabinetu zbliżył się do Olesia.
— Słuchaj Olku, w ucho mu wrzucił — ale ty formalnie cholewki smalisz do wdówki... Miéj się na ostrożności ona cię złapie — a jak się w jéj ręce dostaniesz, bywaj zdrowa swobodo!
— Już mnie złapała — rzekł Oleś żartując niby — nie ma na to ratunku... Coście pletli o Lubiczu, wierutna bajka... temu się nie śniło, a ona go mało co zna, Lubicz gorzéj bo pono Hermanowi figla zrobić myśli...
— A ty pannie Hannie? rozśmiał się Dołęga.
— Hanna by mi tego za złe nie miała — odparł Oleś — ale — bzdurstwa to są!
Jeszcze szczelniéj do ucha się przykleił Dołęga panu Aleksandrowi. Ty jesteś bałamut... ja na moje oczy widziałem jakeś ją pod stołem za rękę ściskał? Cóż to ma znaczyć?
Panu Aleksandrowi krew uderzyła do głowy... dobra sława wdowy obchodziła go teraz jak jego własna... Rozgniewał się na prawdę.
— Milczże, zawołał — jestem zaręczony!
Dołęga odskoczył... Pierwszy raz w życiu trafiło mu się tak być nieświadomym rzeczy — upokorzony czuł się i gniewny... Co ty mi pleciesz! zawołał... to nie może być.
— Słowo honoru — rzekł pan Aleksander, ale milczeć proszę — bo o tém nikt nie wié i wiedziéć nie powinien...
Nie było już odpowiedzi, Dołęga począł miny robić zdziwione, wąsa kręcić i podśpiewywać...
W ogóle był to wieczór, w którym wiele niedorzecznych rzeczy się stało... i nazajutrz miano o czém mówić w miasteczku...
Hrabina wkrótce po herbacie ruszyła się z kanapy, prosząc Lubicza aby jéj podał rękę, syn bowiem z panną Hanną był w drugiéj sali. Zauważono, że Lubicz chwycił za kapelusz i już więcéj nie wrócił, a ktoś przyniósł Dołędze wiadomość z dołu, że go hrabina z sobą zabrała.
— To nie bez kozery! rzekł w duchu Dołęga! Śliczne się marjasze gotują! Oleś z tym trzpiotem, który go weźmie pod pantofel, a Lubicz ze starą hrabiną... czyby mnie nie wypadło chyba o starościnę się starać?...
I rozśmiał się sam do siebie.
— Skończenie świata.






XIII.

Nazajutrz nie mógł wytrzymać Dołęga, ażeby nie pójść na zwiady po mieście — oburzony był tém, iż się działy rzeczy, o których on nie wiedział. Zagrażało jego dobréj sławie, odbierano mu chleb, bo cóżby robił, z czémby po domach chodził, jakby się wcisnąć, gdzie mu potrzeba, potrafił, gdyby nie miał koszyczka nowin i skandalików na plecach.
Zaręczyny potajemne pana Aleksandra nie dziwiły go tak bardzo... oddawna bowiem przyznawał się do słabości dla wdowy — ale Lubicz, co znaczyło to kompromitowanie się staréj hrabinéj... Dołęga nazajutrz rano wiedział już, że pojechał w karecie z nią do jéj domu, że tam ją odprowadził do salonu, i że około trzech kwadransów bawił jeszcze...
Niespokojny spotkawszy Paprzycę wsypał mu na ucho całą wczorajszą historye hrabinéj, będąc pewny, że go niezmiernie zadziwi. Paprzyca ani drgnął, silnie tylko bardzo ścisnął mu rękę i rzekł.
— Cicho! cicho!... jesteś więc nie wtajemniczony! Mój Boże to są rzeczy ułożone! Prałat miał polecenie hrabinę przygotować... Na tego Hermana rachować nic nie można. Proszę cię, wychowany w najlepszym instytucie u księży Jezuitów, matka taka dobra katoliczka, a to sceptyk! Bóg wié co! Lepiéj niech choć część fortuny idzie w ręce człowieka, którego my jesteśmy pewni. Myśmy go postanowili z nią ożenić... Lubicz est raisonable nie sięga wyżéj niż powinien. Kobieta nie młoda, ale bardzo przyjemna, fortuna znaczna... koligacya piękna... wchodzi w świat nasz przez to małżeństwo...
— A! a! a! zawołał Dołęga — więc się już oświadczył?
— Wczoraj — ale to jeszcze do jakiegoś czasu sekret... Hrabina w nim rozmiłowana do szaleństwa... prawdę rzekłszy, w starym piecu dyabeł pali, niechże się przy tym ogniu pieczeń poczciwa upiecze... Trzeba umieć ze wszystkiego korzystać...
— Mówiono mi — dodał Paprzyca, że coś tam Herman bardzo do Junoszanki się wczoraj przysiadał.
— Bardzo...
— Żal by jéj było dla niego... ale tam wpływy są trudne... ojciec żołądek — tylko... starościna słaba kobieta, a Hanna fantastyczna... Trzeba jednak będzie coś na to radzić... aby... Niedokończył i odszedł.
Sylwan wiedział nazajutrz przez siostrę o wieczorze... do Hermana pytać o to iść nie chciał, Lelia opowiedziała mu i swoje z Hanną spotkanie — i to co słyszéć lub dojrzéć potrafiła. Jéj, mimo przywiązania do Hanny, zdawało się to trochę niebezpieczną próbą.
Sylwan się uśmiechnął.
— Nikt jéj pewnie mocniéj nie kocha nademnie, dodała siostra — ani mocniéj w nią wierzy, ale — doprawdy trwoga mnie brała widząc jak w końcu wieczora byli z sobą poufale, jak rozmowa ich zajmowała tak, że w koło nie słyszeli nikogo... Hanna, czegom nigdy od dawna nie widziała — śmiała się — Herman spoważniał.
— A to dobrze, że się rozerwała! spokojnie odezwał się Sylwan... zmiłuj się — nie trwóż! gdyby Hanna miała być tak wrażliwą i zmienną, nie byłaby tą Hanną którą ja kocham...
Śmiejąc się dokończył rozmowy Sylwan, a że tego dnia miał wiele do czynienia w domu, oczekiwał na Hermana u siebie, sądząc, że mu przyjdzie coś o tym wieczorze powiedzieć. Herman nie przyszedł.
Wieczorem przysłała Viola prosić Sylwana. Tego dnia teatru nie było, przedstawienie Romea zbliżało się, Szerszeń z wielką powagą opowiadał, iż chciała się go jeszcze o rolę poradzić! Sylwan zawahał się nieco, poszedł...
Zastał ją w istocie przy lampce nad książką i całą na pozór zatopioną w niéj, nie wiedząc o tém, że dopiero kroki jego posłyszawszy na wschodach, zajęła to miejsce i przybrała postawę. Biednemu dziewczęciu zatęskniło się... płakała, walczyła i posyłała Szerszenia. Chciała go widzieć choć chwilę — choć głos jego posłyszéć. Zmieszana kłamstwem, które sama sobie wyrzucała, wstała od stolika na powitanie tego, który jéj nie kochał, który kochać jéj nie mógł — a którego ona przestać kochać nie umiała.
— Co pan sobie myślisz o mnie, odezwała się cicho — ja tak niegodziwie jestem natrętna... ja pana ścigam swojém zaufaniem... ale — doprawdy, chciałabym być Julietą o jakiéj marzył Szekspir... a nie umiem.
Sylwan siadł z daleka — smutnym był jakoś.
— Może ta rola jest dla pani przedwczesną, rzekł zwolna — niepodobna odgadnąć namiętności, która wiecznie będąc prawdziwą, tak jak jest odmalowaną w tragedyi — oprócz tego silnie nacechowaną jest naiwnością i kolorytem wieku... Tak dziś już się kochają tylko ci, co w społeczeństwie XIX wieku, jeszcze obyczajem, sercem, pojęciami, przedstawiają wiek XVI...
Viola słuchała...
— Więc serca i miłość starzeją? spytała... i gdyby to była prawda, co pan mówisz w jakim XXII wieku... jużby się wcale kochać nie umiano?
— Nie, droga pani — rzekł Sylwan, ale miłość wyrażałaby się — któż wie? formułą algebraiczną, lub frazesem z telegrafu...
Rozśmiała się Viola...
— Ja tam tego tak głęboko nie pojmuję — rzekła — teraz wszyscy potępiają uczucie... wiele to podobno rozumu i rachunku — lecz powiedz mi pan, czy życie ludzkie warteby było co bez uczucia.
Tak rozpoczęta rozmowa zwróciła się do prostych rzeczy... Pawłowa przyszła suknię Julii pokazać, Paweł wmieszał się do rozmowy także.
— Nasza panienka — rzekł, frasuje się mości dobrodzieju, jak zagra Julię... a możesz ona ją zagrać dobrze, mając przeciw siebie takiego bałwana jak ten Romeo, którego zawsze anyżówką czuć...
Pawłowa swoim zwyczajem poczęła męża strofować i chciała powstrzymać gadanie, Szerszeń może z większą, niż jéj się zdawało przenikliwością, usiłował zostać w pokoju, nie dając się bardzo rozgadywać sam na sam Violi z panem Sylwanem... Małżeństwo kłócąc się z sobą wysunęło się do pierwszego pokoju, gdzie pan Paweł dwie ściśnięte dłonie nastawując na przeciw twarzy swéj małżonki, odezwał się głosem stłumionym...
— Że też ty, stara jakaś, nigdy rozumu mieć nie będziesz! Jakże ty nie pojmujesz, że kiedy ona mnie po niego posyła, toć nie mogę nie iść, — a ich zostawić we cztery oczy, nic potém... Ona w nim rozmiłowana... on o tém ani myśli... Nietrzeba dopuszczać żeby się przed nim jeszcze kiedy wyspowiadała... bo dyabeł nie śpi, jak powiada nasz mistrz...
— Daj ty mi pokój z mistrzem i ze swoim rozumem ofuknęła Pawłowa... dziecko tyle ma pociechy co się z nim rozmówi, a ty jéj i to mieszasz swojém paplaniem.
— Już ty mnie nie ucz, ja wiem co robię — zawołał Szerszeń... a kiedy o teatrze gadają... to ja też o nim coś wiem, i słowo, mości dobrodzieju, niewiasto upośledzona, mogę dorzucić.
Trwając w swoim uporze Szerszeń, z okularami, rękopismem i książką powrócił do pierwszego pokoju — gdzie mu może Viola nie bardzo była rada. Tu dokumenta złożywszy na stole pod sąd pana Sylwana, poddał kwestyę ważną...
— Proszę pana to są osły! zawołał — oni nieśmiertelnego mistrza śmieją poprawiać i obcinać, bo im się to wydaje długie! Oni! oni! długousi mędrcowie. Najpiękniejsze mości dobrodzieju ustępy oberżnęli i jakże ta sztuka ma być dobrą...
Szerszeń zaczął książkę porównywać z rękopismem... i tak się rozciągnął z dowodzeniami o głupocie układaczy dla sceny, iż dziesiąta wybiła, a Viola z Sylwanem oprócz pierwszych słów i rozmowy oczami, więcéj mówić nie miała zręczności, Szerszeń się odpędzić nie dawał.
Jednakże ten wieczór usposobił Violę, nakarmił i zapewniwszy się, że on ją będzie widzieć w Juliecie, pożegnała go odprowadzając do drzwi, — a we drzwiach jak o jałmużnę prosząc wyciągnęła rękę do niego — i szepnęła — przyjdź pan kiedy — nie proszony!
Upłynęło dni kilka na pozór żadnéj zmiany nie przynosząc z sobą. Sylwan siedział w domu... Lelia codzień go odwiedzała. Od niéj się dowiedział, że w tym krótkim przeciągu czasu Herman był trzy razy u Junoszów, i że w mieście zaczynano mówić o tych odwiedzinach...
— Hanna mnie dziwi — dodała Lelia — najczuléj dopytuje się o ciebie — a doprawdy nadto się poprzyjaźniła z Hermanem.
— O cóż znowu! zaśmiał się Sylwan — mnie więcéj dziwi, że nie przyszedł ani razu do mnie, ale ja dziś u niego być muszę.
Jakoż wieczorem skończywszy roboty, poszedł w godzinie, w któréj prawie pewnym był go zastać. Herman zamyślony palił w fotelu cygaro, na widok brata poskoczył żywo bardzo go uściskać.
— No — spowiadaj że mi się — spytał wesoło Sylwan. Słyszę zewsząd, że ci się wiedzie świetnie...
Zmieszany nieco Herman począł się śmiać. Widzisz mnie zakłopotanym... nie dziwuj się... mam wielką przykrość i dla tego nie byłem nawet u ciebie — mam zmartwienie...
— No i cóż to takiego?
— Bratu nawet wahałbym się powiedzieć, lecz to długo nie będzie tajemnicą. Moja matka wychodzi za mąż. Jest to gorzéj niż omyłka — bo śmieszność. Widzieć tego kogo się kocha okrytym nią — boli...
— Jakto? za kogo?
— Nie pytaj! jest to człowiek mało co starszy od nas, który mógłby być jéj synem...
Herman padł w fotel. Miarkujesz, dodał, że ja nie mogę słowa powiedzieć matce... a serce mi się kraje... Temu zaś nikczemnemu człowiekowi, który dla chleba popełnia podłość, udaje przywiązanie, gra miłość... choćbym policzki otrzepał, co to pomoże? obetrze je chustką i zacytuje co z pisma świętego... a matka mnie wyklnie...
Rozmowa raz na ten przedmiot bolesny zwrócona, już nie mogła przejść na opowiadanie o Hannie i wieczorach starościnéj. Herman tylko dodał w końcu. Wiesz bracie, całą moją pociechą te parę godzin, które czasem spędzić mogę w towarzystwie panny Hanny. Zazdroszczę ci jéj serca — oprócz niewieściego wdzięku, ma tyle umysłowéj wyższości, tyle idealności w sobie.
— Nie zbyt się jednak unoś nad nią! — przerwał Sylwan.
— Ty najlepiéj to czujesz — rzekł Herman — iż zbliżyć się do panny Hanny a nie ocenić jéj, mógłby chyba — głuchoniemy a ślepy...
Nie mówili więcéj, Herman wrócił do domowego nieszczęścia, można je bowiem było nazwać tém imieniem — narzekał na ludzi, którzy potajemnie pomogli do skojarzenia tego poczwarnego związku.
— Czyż niepodobna niczém temu zapobiedz? odezwał się Sylwan.
— Ale jak? dziś rzeczy stoją na tym stopniu, iż matcebym zaszkodził i naraził ją sobie — a nic nie zrobił... Dziwi mnie tylko — dodał, iż Lubicz się nie obawia być moim ojczymem, bo może być pewnym, que je lui ferai la vie dure.
Począł potém rozpytywać Sylwana co on robił.. i czy widział Violę... Ten zbył go niewyraźném omówieniem...
— To dziwna rzecz — rzekł po chwili — widziałem ją znowu w teatrze, parę dni temu i znalazłem bardzo zmienioną... Schudła — zbladła... Kaszlała nawet na scenie — a — czego sobie wytłómaczyć nie umiem — wydała mi się... pospolitszą... Ruchy miała mniéj wdzięczne... Zawsze w niéj jest urok ten, który wywiera smutek, zachwycającą jest i teraz... ale inną...
Sylwan nie odpowiedział nic na to — rozstali się ściśnięciem ręki — Herman przyznał mu się do tego, że wieczorem znowu postanowił być u starościnéj.
Lelia, która baczne zwracała oko na ten osobliwszy stosunek, nie znajdowała dotąd zmiany w Hannie innéj nad te, że się dosyć sympatycznie wyrażała o Hermanie... Nie czyniła jéj z tego wymówek... patrzała i milczała... smutno jéj było jednak. Kobieta czuła może lepiéj niebezpieczeństwo... Niekiedy gorzka myśl jéj przychodziła. — A nuż Hanny miłość dla Sylwana osłabnie — może się jéj Herman z ogłady i dowcipu podoba?... w cóż wówczas obróci się ofiara jéj dla brata?
Mimo tajenia się z tém, Lelia w istocie spełniła dla niego akt poświęcenia, podając rękę Olesiowi, z którym wyżyć mogła ale nigdy być szczęśliwą... Los jakby na szyderstwo stawił przed nią groźbę... ofiary daremnéj...
Otrząsała się z téj myśli bolesnéj.
— A! tak źle nie będzie? Hanna nie zdradzi... Kochają się od dzieciństwa — zna ją a jest spokojny... Nie — to być nie może...
Wśród tych smutnych myśli, Oleś stawał się coraz natrętniejszym, wyrywał się ze swego towarzystwa — wymykał z domu, czatował na ubóstwianą Lelię, ścigał ją w domu i jako zaręczony upominał się o dozwolenie przepędzenia z nią choć kilku godzin na dzień. Niezmierna czułość jaką okazywał, czyniła go tak nieznośnym, a w przyszłości tyle miała jéj do przeżycia Lelia, że teraz zamykała się i płakała po cichu. Oleś szturmował, sługi przekupiał i cisnął się do nóżek swéj pani...
Trzeba więc było przynajmniéj spróbować uzyskać w nagrodę to, czego pragnęła Lelia.
Jednego poobiedzia przyjęła go miléj, serdeczniéj niż kiedykolwiek, pozwoliła mu zapalić cygaro, napoiła wodą sodową... przysunęła swój fotel, oddała na pastwę białą rękę i wśród gorących a coraz gorętszych oświadczeń wtrąciła.
— Nasze szczęście nie byłoby pełném, kochany panie Aleksandrze.
— Mów — Olesiu! wyszeplenił stary.
— Tak mój Olesiu — jeśli chcesz — ciągnęła daléj Lelia — gdybyś z energią miłości twéj dla córki jéj szczęścia téż nie zapewnił.
Oleś zmieszał się... zakrztusił, wyplunął kawałek cygara i oczy w nią wlepił, niby ciekawe, niby się nic nie domyślające.
— Hanna kocha Sylwana — ty to wiesz oddawna.
— Seryo? ona go kocha? ja myślałem, że oni o sobie zapomnieli...
— A! bynajmniéj.
— No — a też tak miłe przyjmowanie pana Hermana?
— To fikcya — to komedya — to rzecz ułożona aby innych odegnać.
— Nie może być! zawołał pan Aleksander... ale zlituj się... cóż to ludzie powiedzą, gdy my się tak poplączemy w pokrewieństwa? Ja nawet nie wiem czy kościół na to pozwala — a w każdym razie zostawmy to czasowi... my się pobierzemy wprzódy — oni mogą poczekać...
Spojrzała Lelia na niego.
— Poczekać — lecz niechże mają tę pewność, że przeszkody nie doznają, że się na to zgodzisz.
— Ja, przerwał nagle Oleś — ale to do mnie nic a nic nie należy! ja się zupełnie zrzekłem moich praw na starościnę — ja tu jestem neutralnym.
— Popierać możesz przynajmniéj...
— A no — jeśli Hanna zażąda, jeśli koniecznie sobie tego życzyć będzie — jeśli...
Tu przerwał nagle.
— Ale Lelio, moja droga — zostawmy to czasowi! Ja — ja niewiem czy to jest związek stosowny. Z bardzo wielu a wielu względów, stosunków, okoliczności... niewiem? no — prawdziwie niewiem czy to przyszłości ich nie grozi?
— Ja mam jeszcze nadzieję, że Sylwan i ona najlepiéj o tém sądzić mogą. Oni się kochają... zostawmy im swobodę...
— No — tak dajmy czas... niech się wzajem przekonają... ja nie mówię — rzekł Oleś, ale królowo moja, powtarzam ci, że to głównie od babci i Hanny zależy, ja się mieszać nie będę, ja się mojéj ojcowskiéj władzy wyrzekłem...
Napróżno Lelia chciała coś z niego więcéj i bardziéj stanowczego wydobyć, Oleś bardzo zręcznie chował się za panią starościnę.
— Bardzo dobrze, odezwała się w końcu — będziemy więc około starościnéj zabiegali, ażeby zmieniła swą opinię o Sylwanie, bo co do Hanny jestem jéj pewną, — ale ty mi daj słowo i rękę, że się zgodzisz na to?
Zmieszany Oleś chciał się zbyć ogólnikiem, na co Lelia niedozwoliła nagląc.
— Słowo i ręka?
Wyciągniętéj dłoni niepodobna było odepchnąć i słowa, które już tylko prostą stanowiło formalność, odmówić — Oleś nałykawszy wyrazów niejasnych, rękę musiał podać i dał coś nakształt słowa niezrozumiałego.
Lelię to uspokoiło...
— To rzecz Hanny! dodał — ona powinna sama o swéj przyszłości stanowić ja się jéj woli sprzeciwiać nie będę.
Nadejście Sylwana, którego Oleś powitał bardzo serdecznie, chcąc go sobie ująć, aby mu za złe nie wziął odwiedzin u siostry, bo niewiedział i wątpił czy jest o zaręczynach uwiadomionym, przerwało rozmowę drażliwą. Sylwan wszedł pochmurny i poważny jak zawsze — z Olesiem przywitał się grzecznie, ale chłodno i zaczęto mówić o rzeczach obojętnych.
— Na starych przyszła pora jakaś odmładniania, wszak to wiecie państwo, odezwał się Oleś, — hrabina Ramułtowa matka pana Hermana za mąż wychodzi. Lelia śmiać się zaczęła. — Za kogo?
— O! niech się pani nie śmieje! za bardzo młodego i rozumnego człowieka, za pana Lubicza...
— Ale! to nie może być! to być nie może, śmiała się ciągle Lelia — Sylwan milczał, nie potwierdzał, ale się nie dziwił. Spojrzawszy na brata domyśliła się, że coś już o tém wiedziéć musi.
— Przewidziéć łatwo — dodał pan Aleksander, iż często ją spotka w towarzystwie miłe zapytanie — w którém mąż jéj za syna będzie brany.
Pan Aleksander żartując sobie z hrabinéj, wcale tego wiedziéć nie chciał, iż sam był w położeniu podobném, bo Lelia za córkę jego téż uchodzić mogła.






XIV.

Wieczór, który był wyznaczony na benefis dyrektora z Romeo i Julietty Szekspira, nadszedł wreszcie. Viola miała w nim trudną rolę Julii odegrać, od rana w pokoiku jéj czynność była nadzwyczajna... Suknie porozrzucane leżały na kanapie i krzesłach... Pawłowa zbierała zawczasu drobne rzeczy, należące do stroju aby czegoś potém nie brakło, Szerszeń biegał po rękawiczki i różne przybory, które sobie dopiero w ostatniéj przypomniano godzinie.
Viola chodziła z rolą swą po pokoju to odczytując ją, to zamyślona patrząc w głąb ogrodu na zielone drzewa i niebo jasne... wzrokiem osłupiałym, który nic nie widzi. Trwoga jakaś ogarniała ją przed tém wystąpieniem na scenę, daleko większa niż kiedykolwiek; nie żeby pragnęła oklasków i żądną była uwielbień, lecz przez wielkie poszanowanie dzieła, w którém miała występować, które ona pojmowała tak piękném, a obawiała się zobaczyć skarykaturowaném... Repetycye odbyte przerażały ją... Romea w istocie czuć było anyżówką, a przesadzona jego deklamacya zdolną była rozśmieszyć chyba, nie rozczulić. Widziéć i czuć się narażoną na walczenie o własnéj sile przeciwko żywiołom, które całe wrażenie zniszczyć miały — było dla biednéj dziewczyny tak straszném, iż jéj odwagi brakło. Jéj saméj nie starczyło sił by w sobie zamknąć dramat cały, i odegrać go sobą. Ostudzała ją nawet uboga sukienka polepiona tak z ladajakich gałganków by pyszny strój Veroneńskich patrycyuszów córy zdala kłamała...
Teatr był pełen... Viola nie miała odwagi spojrzéć przez otwór w kurtynie na zebraną publiczność, która dopominała się rozpoczęcia sztuki, niecierpliwém tupaniem...
Dyrektor widząc ją tak upadającą i bezsilną sam podprowadził ażeby rzuciła okiem na świetną salę...
Loże na ten raz były pełne, krzesła nabite, parter zasiany głowami, nawet w raiku tłum się nacisnął tak, iż zdało się niepodobieństwem choć jedną więcéj wpuścić jeszcze osobę.
W krzesłach Viola z biciem serca poznała siedzącego Sylwana... osamotnionego zupełnie wśród obcych. W loży na prawo znajdowała się obok siwowłoséj staruszki piękna panna i przy niéj znany Violi dobrze z twarzy pan Herman... W drugiéj siedziała rozmawiając pochylona z niemi młoda pani, któréj łysy towarzyszył mężczyzna i dwóch czy trzech kawalerów. Viola poznała w niéj siostrę Sylwana widzianą z nim w teatrze.
Dla czego Sylwan siedział tak osobno, Viola odgadnąć nie umiała. Całe zresztą znane nam towarzystwo znajdowało się tym razem zebrane w lożach, ażeby widziéć parodyą Szekspira, jak większa część z nich utrzymywała. Wiele z tych panów i pań przypomniało ją sobie na paryzkiéj, londyńskiéj i niemieckich scenach, uśmiech ironiczny błądził po ich ustach... przyszli tylko by ruszywszy ramionami, zdekretować po francuzku, że teatr był bardzo nędzny...
W loży hrabinéj znajdował się nieodstępny teraz Lubicz i para matador, które go protegowały. Sylwana oczy skierowały się parę razy ku Hannie i nie spotkały ani razu jéj wejrzenia. Rozmawiała bardzo żywo z Hermanem, tak, że cały teatr tę jéj dla niego uprzejmość uważał. Jeśli była udaną, to grała ją tak wybornie, iż nawet Sylwan uczuł chłód jakiś w sercu, patrząc na to co sam ściągnął niebacznie. Lelia z każdym dniem też, nie mówiąc o tém niespokojniejszą była, zdawało się jéj, że Hannę znajdowała zmienioną co dzień bardziéj, coraz chłodniejszą, coraz weselszą i obojętniejszą...
Herman natomiast, mimo doznanego zmartwienia z powodu oświadczenia Lubicza, był w wybornym humorze i choć dowcipował, sarkazm jego był nierównie łagodniejszy, czuć w nim było jakąś zmianę wewnętrzną. Sylwanowi nawet przywidywało się, że go unikał... Nim się jeszcze podniosła kurtyna, Lelia, która doskonale umiała czytać w twarzy brata, postrzegłszy na niéj głęboki smutek i domyślając się czemu go przypisać należy, pobiegła do Hanny... Na chwilkę siadły obok siebie w kątku loży.
— Na miłość Boga, droga Hanno — szepnęła jéj Lelia — proszę cię, spojrz choć na biednego Sylwana, żal mi go, widzę go tak przybitym, ponurym... a tyś temu wszystkiemu winna.
Ja? spytała Hanna — o! pewno nie, mylisz się... Sylwan się mocno zajmuje jak upewniają wszyscy aktorką, która ma grać rolę Julietty... i to go tak chmurnym czyni.
— Co też ty sobie wyobrażasz, albo co ci to nagadali, droga Hanno! oburzona przerwała Lelia — Sylwan! zajęty aktorką!
— O! to niezawodnie, odezwała się Hanna — ja mu tego za złe nie mam... Tak długo był samotnym: a potém urok artystkom towarzyszący... i mówią, że ma być ładna, dumna i roztropna...
Lelia ruszyła ramionami.
— Moja Hanno!
— Bardzom ciekawa ją zobaczyć, powiem ci moja Lelio... bardzo... boć to przecie — rywalka!
Wyraz z jakim wymówiła to słowo, oburzył doprawdy Lelię.
— Droga moja, widzę, że Sylwana nieznasz... lub zapomniałaś go... nad wyraz mnie to boli...
I wybiegła z loży. Hanna wróciła bardzo spokojnie na miejsce swoje, i przerwaną z Hermanem ciągnęła daléj rozmowę. W lożach też wszędzie grały się maleńkie dramata, oczekując na wielki który miano na scenie odegrać... krzyżowały się spostrzeżenia złośliwe, uśmiechy szyderskie, słowa na pozór nieznaczące a brzemienne namiętnościami skrytemi... Dwoje ich tylko: Lelia zamyślona o bracie, Sylwan na pozór spokojny a przeczuciem jakiemś smutny — wśród tego obcego prawie im świata, gwarnego i ożywionego, wydawali się chłodnymi widzami... choć w jego życiu bólem uczestniczyli...
Wśród szmeru podniosła się zasłona, lecz pierwszy akt, aż do sceny w któréj po raz pierwszy ukazuje się Julia mało obudził zajęcia. Viola miała ten dar szczególny, że gdziekolwiek występowała ściągała i pochłaniała uwagę... oczy zwracano na nią... niesłuchano prawie innych artystów na scenie... obudzało to zazdrość, choć ona wcale się nie starała o pozyskanie tego współczucia publiczności, choć o niem nie myślała.
Romeo tak był podobny do lokaja, iż Sylwan, którego los sztuki wielce obchodził, drżał już zawczasu o los biednéj Violi. Szczęściem hrabinę Capuleti grała nie młoda a wielce intelligentna artystka, która zniszczyła wrażenie jakie ukazanie się Violi uczynić było powinno. Viola potrafiła z siebie uczynić prawdziwe dziecię wielkiego, pańskiego domu, a choć jéj zbywało może na zewnętrznych oznakach, mogących złudzenie powiększyć — postawa, ruchy były tak szlachetne, tak wdzięczne, iż nietylko męzka część widzów ujęta niemi została, lecz arystokracya płci pięknéj zdumiała się temu zjawisku,


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.