Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chę od drugich... głowę ma przewróconą, lecz serce dobre. Cóż mi potém, dodała — to nie mój Sylwan jedyny! Ten którego serca ja pragnę, nie myśli o mnie — ci których ja odpycham, garną się. Co mi po nich!
Trzeciego czy czwartego dnia smutna, znudzona, szukała pozoru już tylko, aby Sylwana przywabić. Zdawało się biednéj, że on się niechce narzucać, że szanuje ją i boi się być natrętnym. Postanowiła więc, pod pozorem roli Julii w Romeo i Juliecie Szekspira... ściągnąć do siebie Sylwana. Wahała się z tém długo... Niechciała pisać, bo się lękała czegoś w liście coby ją mimowoli zdradziło, musiała więc udać się o pomoc do pana Pawła.
Paweł w pierwszéj izdebce rozpatrywał się właśnie w rękopismach, goryczą zapływało mu serce...
— Nie, mówił sam do siebie — nie, mości dobrodzieju, czasy takie są gałgańskie, artyści są fuszery a te trutnie pisać nie umieją. Smarują, smarują, że ich człek wyczytać, mości dobrodzieju, nie może... Wszystko po dyable!
— Panie Pawle! ozwał się głosik znany z trzeciéj izby...
Paweł zdjął okulary i pośpieszył. Viola siedziała z książką rozłożoną na kolanach...
— Mój panie Pawle — rzekła — ja sobie z tą rolą rady nie dam!
— Panienka! zawołał Szerszeń, panienka sobie z tą rolą nie da rady, mości dobrodzieju! Począł się