Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cyę wyniesie... zresztą rzekł Sylwan — ja tam nie bywam nigdy prawie, a gdy jałmużny słowa, rady zapotrzebuje sierota... ja com sieroctwo znał, odmówić go niepotrafię...
Taki wyraz prawdy był w głosie Sylwana, iż Hanna wzruszona jakby przeprosić go chciała, podała mu rękę, łzy tylko pociekły jéj po twarzy...
— To są dopiero początki — odezwał się Sylwan — przygotowany jestem na daleko gorsze prześladowania w przyszłości, Lelia podzielać będzie moje losy... Wszystko co najbrudniejszego znajdą, tém rzucą na nas... Bóg da, że z tego ich błota, nic do nas nie przylgnie. Boli mnie tylko, iż pani przez swą dobroć dla nas wciągniętą jesteś w to koło i cierpieć będziesz z nami...
Niewiem co pocznie siostra moja — mnie po ostatniem przyjęciu... przez ojca pani nie wypada być tam więcéj.
— Co ja zrobię, niewiem — wtrąciła Lelia — to pewna, że ustąpić nie mam ochoty i że walczyć będę... Przyjaźń Hanny na którą rachuję jest mi nadto drogą, abym się jéj wyrzec miała dla małych przykrości jakie mi bywanie u niéj ściągnąć może...
Powoli Hanna zaczęła przychodzić do siebie — uśmiechnęła się Sylwanowi...
— Bądź co bądź, rzekła — niech już sobie mówią co chcą — wierzyć nie będę, lecz jak biedną babcię przekonać? Z wielkiego przywiązania do mnie obawia się cienia nawet czegoś, coby mi szkodzić, coby