Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak nad zagadką zatrzymać... Młodego wesela trochę w twarzy staruszki równie dziwiło jak powaga przedwczesna w dziewczęciu. Staruszką była babka, pani śtarościna — panienką Hanna córka pana Aleksandra... Obejrzały się wchodząc po salonie, w którym się gości znaleźć spodziewały, i starościna odezwała się z trochą niezadowolenia:
— Już go nie ma! tylko co słyszałam głos... Znowu gdzieś się wymknął... Wczoraj dopiero podobno nad rankiem powrócił — teraz znowu już go niema... Ktoś go pochwycił — a — to nieznośna rzecz doprawdy...
Siadła staruszka.
— Niechże się babcia nie gniewa — odezwała się wnuczka: ojciec ma tyle, tyle rzeczy do zrobienia... Widziałam wchodzącego Dołęgę, poszli z nim razem pewno po jakie sprawunki.
— Ja się nie gniewam moje dziecko, bo na tego poczciwego Olesia niepodobna się pogniewać, tylko mi go brak. Pana Maryana Dołęgę byłabym też z przyjemnością widziała, bo to bardzo usłużny człowiek i w mieście się bez niego obejść trudno... a tu mi tak prysnęli.
— Pewnie wkrótce powrócą...
Staruszka spuściła głowę jakoś smutnie, Hanna rozglądając się w sprzętach przechadzała po pokoju... Służący wszedł oznajmując jakaś panią, która — nie chciała mu nazwiska powiedzieć.