Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż to znowu jest? spytała babcia... to może jaka żebraczka?...
Służący się rozśmiał.
— A! gdzież tam, proszę jaśnie pani! przyjechała powozem...
Hanna dała znak głową, aby prosił. W tejże chwili ze śmiechem głośnym, wpadła mała, zwinna, strojna ślicznie, zgrabna i miluchna jejmość, która wprost do kolan babci przypadła...
— A! babcia tu! babcia kochana!... co za szczęście... I całowała ją po rękach! a potém Hannie się rzuciła na szyję ściskając ją, śmiejąc się — podskakując..
Pomimo téj trzpiotowatości nie była to młodziuchna dzieweczka, ale kobiecina, któréjby znawca nie dał więcéj nad lat dwadzieścia kilka, choć metryka mówiła już o trzydziestu. Jak większa część blondynek, zachowała cudownie świeżość, rysy, ruchy, całą powierzchowność pierwszéj młodości, tylko troszeczkę pełniejsze formy zdradzały lata... Wyraz nawet okrągluchnéj twarzyczki, niebieskich oczu, różowych wydatnych ustek, przypominał więcéj aniołki mitologiczne niż niewiastę i wdowę, którą była pani Lelia z Ramułtów Matuska, siostra pana Sylwana.
— Że babcia tu, to nic dziwnego, bo chora, a ma starego doktora któremu ufa i przyjechała się poradzić, rzekła starościna; — ale że ty tu moja Lelciu... to dziw nad dziwami! Co ty tu robisz?
— Ja? moja babciu droga? ja — mam téż tu kogoś