Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się, że chora, że jéj tutejszy stary doktór M. najszczęśliwiéj pomaga... ale...
Hanna zniżyła głos i spojrzała na Lelię.
— Rozumiem, poczęła przyjaciółka — mają jakieś projekta dla ciebie — albo chcieliby, żeby się im nastręczyły.
— Być może mówiła Hanna, ciężę ojcu, ciężę kochanéj babci, chcieliby się mnie pozbyć co prędzéj... Rozumiem i wierzę, iż pragną mojego szczęścia — tylko nie pojmuję, żeby go tak na gościńcu szukać można...
Spuściwszy głowę, jakiś czas Hanna i Lelia, która usiłowała nadaremnie coś z jéj oczu wyczytać, chodziły po salce... obie dosyć posępne.
— A ty czy długo tu być myślisz? zapytała Hanna.
— Mówiłam ci, jestem dla brata... pobędę aby się z nim nacieszyć, a razem muszę mu zapewnić szczątki majątku, który mi się udało dla niego ocalić. Jak to potrwa długo, doprawdy oznaczyć nie mogę... radabym póki wy jesteście, nie wyjechać...
Rozmowa tak przerywana trwała jakoś się nie klejąc. Hanna była widocznie nie swoja, pytania na ustach jéj zamierały, w ożywionéj mowie nagle coś zdawało się wstrzymywać jéj dokończenie. Dopiero siadłszy na kanapce w kątku, gdy po cichutku z sobą szeptać zaczęły — pewne, że nikt ich nie dosłyszy, ożywiły się i zapomniały tak, że nie postrze-