Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiesz droga Hanno — mówiła Lelia — tylko przed światem wywieszam ten szyld fałszywy, aby pod nim skryć kontrabandę nieuleczonego smutku i zwątpienia...
Po co ludzie mają wiedzieć co się w mojém sercu dzieje, ażeby sobie żarty z niego stroili?
Gdyby nie to — ciągnęła daléj — żem wdowa, żem sama na świecie, że mi lata płyną szeleszcząc skrzydłami nietoperzowemi nad głową, zwiastując smutną starość z kabałą i mopsem na kolanach, gdyby nie mój własny, los brataby już wystarczał na osmucenie méj duszy...
Na to wspomnienie brata, babunia zrobiła minkę zakłopotaną i smutną. Hanna się znowu zarumieniła poprawiając strój aby ukryć pomieszanie — obie zamilkły. Dopiero po długiém milczeniu, starościna szepnęła:
— No — a cóż się z panem Sylwanem dzieje?
— Pracuje. Na tobym ani ja, ani on się pewnie nie skarżył, mówiła Lelia — lecz praca to z dnia na dzień, a jutro niepewne... Chociaż dziś się jéj dorobił, jutro stracić ją może, każdego dnia intryga mu grozi wypchnięciem znowu na tułactwo... Tu przybyszów nie lubią, a panowie Niemcy radziby się ich pozbyć, byle pozór najmniejszy do pozbycia się znaleźli...
Lelia urwała spuszczając głowę.
— Ale co bardzo dziwne, bardzo — że wypadkiem znalazł się tu razem ze swoim przyrodnim bratem...