Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


excusez du peu, panem hrabią Ramułtem, dodała z przyciskiem.
A! a! z tymi — przerwała starościna, których rodzina pono was nigdy znać nie chciała... No, a jakże są z sobą teraz?
— Doskonale z nim; co się tycze hrabinéj matki, ta Sylwana ignoruje. Bracia są z sobą jak bracia... Herman ma być dobry chłopak... chociaż pieszczotami mamy, wychowaniem i dostatkami w niwecz popsuty... Jedynaczek, ładny chłopiec... a w dwudziestu kilku leciach już tak życiem znudzony, tak mu się wszystko przejadło... aż śmieszny.
O! będziecie go tu państwo pewnie mieli, bo Sylwan mi mówił, że wczoraj u niego na wieczerzy był p. Aleksander, gwałtem go porwano i nie puszczono do rana...
— A tak! odezwała staruszka. Oleś jest słaby, zawsze się da wciągnąć.
— Więc to u niego był ojciec? szepnęła Hanna i głowę spuściła.
— Z hrabiną się także pewno panie poznacie; co do mnie, mówiła Lelia, cisnąć się tam nie myślę. Nie rada ona Sylwanowi, nie mogę i ja tam bywać. Nie chciałabym jéj ogadywać, bo się to może wydać z mojéj strony odwetem złośliwym, ale — całą gębą hrabina galicyjska... Próżna, dumna, mało wykształcona, elegantka, arystokratka... Francuzka i Niemka więcéj niż Polka... słowem najnieznośniejsza baba pod słońcem... która mimo swych lat pięćdziesięciu