Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z przeproszeniem panienki, że tu u niéj umizgi daremne...
— At, pleciesz ofuknęła Pawłowa, widząc rumieniec na twarzy Violi — co bo to za gadanie Pawle...
— Oto — kwoka! mości dobrodzieju! oburzył się na żonę Paweł. Cóż to? złe gadanie gdy ze szczerego serca i szacunku dla osoby, która tego jest godną? Co tobie się do tego mieszać, gdy wyżéj wykształcone osobistości konwersują... Jak mówi mistrz nasz... z łopatą na słońce! mości dobrodzieju!
Pawłowa ramionami ruszała...
— O czemże chciałem mówić — ciągnął niepowstrzymany Szerszeń — a! o tym godnym Ramułcie... Niech panienka mi, mości dobrodzieju, daruje co powiem... jemu także za złe mieć nie można, iż rzadko bywa! Człek rozumny... Panienka masz ku niemu sympatyę... a on też... co pewna... co pewna... jak powiada nasz mistrz, z ogniem nie igrać, z sercem nie żartować...
Viola rumieniła się zmieszana, Pawłowa klapnęła starego gadułę po ramieniu.
— A no! dosyć! dosyć! widzisz że się panna rumieni od tego płochego gadulstwa...
Viola uznała też słuszném przerwać nlewę słów, powtórzoną prośbą, — aby szedł pana Sylwana na jaką chwilę dla porady zawezwać.
Paweł wymrukując resztę niedopowiedzianą... odszedł nareszcie, a Szerszeniowa dla bezpieczeństwa zaryglowała drzwi za nim.