Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z pewnym żalem do żony, którą uważał za dobrą lecz npośledzoną istotę — pan Paweł wyszedł z domu, w myśli udania się wprost do mieszkania Sylwana. Los zrządził, że Herman, który krążył ciągle w okolicach domu Violi pochwycił go na drodze. Hermana znał nawet sufler teatralny, bo miał zawsze lożę, i zwano go panem grafem, znał go też z ostatniéj bytności nieszczęśliwéj... z bukietem. Stary był grzecznym dla wszystkich, tu czuł się w podwójnym obowiązku salutowaniu grafa, któremu o mało nie był w konieczności oberwania poły od surduta... Herman też chciwie go przywitał, znajomość dobra z Szerszeniem była dlań nieocenioną.
— Gdzie to tak Pan Bóg prowadzi?... zapytał.
— Za interessami teatralnemi, panie grafie — odparł Szerszeń uśmiechnięty wspomnieniem owéj sceny z bukietem.
— A pilno?
— Dosyć — dosyć! w ogóle, mości dobrodzieju, panie grafie — rzekł Paweł, sprawy teatrów niecierpią zwłoki. Chwila dla artystów stanowi o ich losie! jak mówi mistrz nasz Szekspir... chwytaj minuty jeśli chcesz mieć godziny swobodne.
— W jakiéj że to sztuce — począł Herman chcąc rozmowę przedłużyć — znakomitą tę prawdę Szekspir ogłosił?
— A tego panu nieumiem powiedzieć... zastanawiając się rzekł Szerszeń, albo w którymś Henryku, lub Makbecie...