Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie posądzam nikogo, nierozumiem powodów, lecz babci różne wieści poprzynoszono, które na nasze stosunki wpłynąć mogą. Chcę was oboje wezwać byście mnie wytłumaczyli zkąd te czernidła płyną... ojcu doniesiono, że ty Lelio masz jakiś miłosny stosunek, z którym się kryjesz... z jakimś tam Lubiczem.
Lelia zaczęła się śmiać...
— Pozwól Hanno, rzekła — to nie ma najmniejszego sensu... ja tego pana niewiem czym cztery razy w życiu widziała...
Ruszyła ramionami pogardliwie.
— Nawet się z tego dzieciństwa tłómaczyć nie potrzebuję...
— Na pana Sylwana zewsząd obwinienia o jakiś romans z aktorką, o schadzkach w jego ogródku...
Sylwan się zarumienił z gniewu...
Hanna długo patrzała na niego.
— Mów pan prawdę, całą prawdę...
— Czy wierzysz mi pani, że nawet dla największego szczęścia przed nią bym nie skłamał? odparł Sylwan.
Po krótkiem milczeniu Hanna odezwała się. Tak — wierzę.
— Powiem więc pani, że znam w istocie biedną, nieszczęśliwą sierotę, któréj może grożą suchoty, któréj lekarze kazali pić wody, a ona dla natrętctwa głupiéj młodzieży niemiała gdzie się przechadzać. Ze starym suflerem zaprosiłem to nieszczęśliwe dziecko do mojego ogródka, dawałem jéj książki, dawa-