Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


X.

Przybywając do miasta, starościna, Hanna i Oleś obiecywali sobie z tego pobytu wiele miłego i dobrego. Staruszka chciała dla Hanny znaleźć stosowną partyę i los jéj widzieć zabezpieczonym. Hanna miała przeczucie, że się przynajmniéj dowiedzieć potrafi o Sylwanie, pan Aleksander więcéj się po kuchni miejskiéj spodziewał niż w niéj znalazł. Prócz tego chmurzył się jakoś horyzont do koła... Starościna chodziła wzdychając i łzę nawet kiedy nie kiedy ocierała ukradkiem, pan Aleksander zły był i zafrasowany tak, że go odpadł apetyt, Hanna choć starała się zachować spokój ducha i umysłu.. cierpiała widocznie. Często po całych dniach nie przemówili prawie do siebie, lub krótko i przymuszonemi wyrazy. Najwięcéj znać było na staruszce przybicie jakieś i zwątpienie...
Lelia, która przywykła była tu przychodzić z poufałością i weselem — od kilku dni znalazła zmienione przyjęcie, twarze, mowę... Babcia zaledwie mówić z nią chciała, pan Aleksander trzymał się zdaleka.