Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gły nawet, gdy pan Aleksander wśliznął się cicho i stanął przed niemi.
Zobaczywszy go Lelia z okrzykiem wstała z kanapki. Łysy adonis już pochwycił białą jéj rączkę i wyciskał na niéj rumianych warg swych pieczęci, oczy i policzki śmiały mu się z radości... Zapomniał nawet owego strachu, z którego się spowiadał przed Dołęga, cały przejęty rozkoszą widzenia swéj ślicznéj Lelki, do któréj tak nieszczęśliwą miał słabość. Patrzał jéj w oczy, a okrągła twarz jego, po dobrém śniadaniu, pod wrażeniem czaru niewieściego i dobrego wina, nabierała wyrazu starożytnego Satyra, który Nimfę zastał w kąpieli. Nie spojrzał nawet na rumieniącą się za niego Hannę.
— O! jakże, jakże mi pani moja cudownie wyglądasz! zawołał głośno... co za świeżość! jakie czarujące wdzięki! Jakżem rad, że panią tu widzę!... Śliczności moje!
Lelia śmiała się do rozpuku i to jakoś wielkie zapały Olesia obracało w żart na szczęście.
— Pani wie, mówił, że ja byłem, jestem i będę do zgonu jéj adoratorem...
— Nic o tém nie wiedziałam, śmiejąc się odpowiedziała Lelia — lecz od dziś dnia zapisuję go na listę i wciągam do szeregów... Tylko pomnij pan, że to ciężkie wkłada obowiązki!
Na komplementa te weszła, głos posłyszawszy, babcia.
— O! o! wołała ode drzwi, już Oleś w adoracyach