Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rościnéj — a Lelia strwożona, zmartwiona i niespokojna poszła do domu, aby co prędzéj Sylwanowi oznajmić o żądaniu Hanny.
Zastała brata nad rachunkami, spokojnego jakby swéj jasnéj przyszłości był pewnym. Spojrzawszy tylko na wrażliwą twarz siostry, zmienioną i zbolałą, poznał Sylwan, że coś złego przynosi.
W krótkich słowach opowiedziała mu wszystko — Sylwan pozostał spokojnym.
— Nie trwoż się — rzekł — mój los jest w rękach Hanny, a ja w niéj mam wiarę nieograniczoną — lecz można się było spodziewać, że nam tu szkodzić będą i muszą, że obrzucą potwarzami, że nie jedną chwilę przeboleć przyjdzie.
Nie radbym nigdy z Hanną schodzić się potajemnie — lecz znać to jest konieczném, gdy ona sama tego żąda... Przyjdę.
Zrana więc Sylwan wcześnie przybył do siostry, która wzruszona i niespokojna na przybycie Hanny czekała. O dziesiątéj służącę, która jéj towarzyszyła zostawiwszy na dole, Hanna weszła. Blada była i zmieszana ledwie przywitawszy się padła w krzesło i potrzebowała spocząć, zebrać myśli i siły — nim mogła przemówić.
Sylwan stał u stołu milczący...
— Łatwo się domyślicie, rzekła głosem z razu drżącym, że musiałam mieć ważne powody przychodzić do was ukradkiem... Nie lubię się kryć z tém co czynię... ale musimy się rozmówić otwarcie...