Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie posądzał Lelii o żadne wyrachowanie zalotne — a jednak! tak umiała siąść, tak przybrała postawę wdzięczną, wzrok jéj był tak przenikający jak gdyby nieszczęśliwego człowieka na wieki podbić i usidlić chciała.
Oleś uczuł się w obec niéj, nim jeszcze usta otworzyła, słabym i bezbronnym.
— Ta kobieta, rzekł w duchu, zrobić ze mną może co zechce.
Głęboko westchnąwszy Lelia zebrała się na mowę, nad którą się długo wprzódy namyślała.
— Znasz mnie panie Aleksandrze od dzieciństwa, rzekła — znałeś mojego ojca, rodzinę, ciotkę: całe życie moje i brata jest ci wiadomem... Za życia męża, po jego śmierci, powiedz mi pan szczerze, otwarcie, czyś znalazł co w mojem postępowaniu nagannego, skrytego, co by ci o charakterze mogło dać złe wyobrażenie?
— A! pani! zawołał Oleś — czyż się godzi pytać nawet...
— Przyznajesz więc pan, żem dotąd była kobietą uczciwą i niedałam prawa do podejrzeń żadnych, mówiła wdowa. Wiem, że uszów starościny i pana doszły śmieszne a oburzające na mnie potwarze... Nie przerywaj mi pan... Starościnéj przyjęcie ostatnie dało mi to uczuć... zkąd wiem, niepowiem, ale przyczyna jest mi znaną... Jeśli o czyją to o waszą opinję, panie Aleksandrze... idzie mi wielce. Niech sobie głupie ludzie plotą niedorzeczności — co mnie