Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

łem rady — i — pani mi tego za złe nie weźmiesz — miałem i mam dla niéj współczucie. Jest go warta... Lecz serca dać jéj nie mogłem, a płochém dzieckiem nie jestem; ani jakimś uwodzicielem... Łatwo z tego wszystkiego ukuć było niedorzeczną bajkę...
— Dajesz mi pan słowo?... przerwała Hanna.
— Panno Hanno! znasz mnie pani od dziecka, rzekł Sylwan smutnie, czyż potrzebujesz tylu zaręczeń, że ja prawdę mówię.
— A! wierzę! wierzę! ale na Boga — zawołała Hanna, dlaczego dajesz powody do takich potwarzy...
— Chciałażeś pani bym jéj odmówił pomocy dlatego, że na mnie potwarz paść miała? Czyby się to godziło? Jest to biedna istota... sierota uboga, znękana... a na nieszczęście dosyć ładna i utalentowana... młodzież za nią lata... potrzebuje opieki aby się nie zmarnowała...
— Przyznam się panu, że jednak starszego by sobie opiekuna wybrać była powinna... rzekła Hanna...
— Gdyby go miała do wyboru odezwał się Sylwan.
Zamilkli — po chwili, Sylwan dołożył. Nie czyń mi pani téj srogiéj krzywdy, byś moim słowom nie dała wiary... Gdybym ją stracił... nic by mi już nie pozostało...
— Ale temu kłamstwu trzeba przecie jakąś położyć tamę! przerwała Hanna.
— Zdaje mi się, że teatr wkrótce się na prowin-