Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XI.

Tego wieczora gdy Szerszeń chodził nadaremnie po pana Sylwana, późno już dosyć wrócił do domu. Chłopiec oznajmił mu, że go panna Viola do siebie na chwilę prosiła — godzina jednak była już, gdy artystka musiała być w teatrze, a po jéj powrocie do domu odwiedziny zbyt by się spóźniły. Nie poszedł tego dnia Sylwan, aż dopiero nazajutrz rano...
Viola kaszlała tego dnia więcéj niż kiedy, wczorajsza rola długa, wymagająca wiele uczucia, znużyła ją mocno. W nocy miała trochę gorączki, wstała blada, osłabiona, czując się źle i wody pić nie mogła. Spocząć trudno było, bo też nadchodził benefis dyrektora i owa rola Julii, do któréj tyle potrzebowała nauki i przyborów... Oboje Pawłowie widząc ją tak słabą dobierali środków by orzeźwić biedną i ulżyć jéj w czemkolwiek... Nic to jednak nie pomagało, Viola siedziała odrętwiona a może oczekiwanie próżne na Sylwana, którego się spodziewała wieczorem, nie widziała w teatrze — przyczyniło się do tego smutku i osłabienia.
Gdy po chodzie w pierwszym pokoju i po głosie