Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiczkach, z głową świeżo od fryzyera, w surduciku leżącym jak ulany, w lakierowanych bucikach, ukazał się w progu z pańską pogardliwie-grzeczną minką, znudzonego swą wielkością człowieka.
Przywitali się po wczorajszéj znajomości u wieczerzy, jak starzy przyjaciele z serdecznym dla wszystkich Olesiem, który natychmiast przedstawił starościnéj, swéj córce i... nie wiedząc co ma uczynić z Lelią rzekł:
— Państwo zapewne znajomi...
Lelia odwróciła się szybko — Herman począł się jéj przypatrywać zdziwiony, jakby po raz pierwszy z blizka ją zobaczył, i zmieszany rzekł:
— Wszak pani jest siostrą brata Sylwana... a zatém i moją...
Lelia nic nie odpowiedziała.
— Miło mi, że mogę się jéj przedstawiać.
Po tém szybkiém intermezzo, począł rozmawiać Herman ze staruszką, ale oczu z siostry przyrodniéj i Hanny nie spuszczał. Hanna ani nań spojrzała prawie.
Spędziwszy kilka chwil około starościnéj, widocznie chciał Herman zbliżyć się do młodych pań, lecz Oleś swą niezmierną grzecznością pokrzyżował jego zamiary... Z pierwszą wizytą niepodobna było bawić długo... Ramułt mając zaledwie czas przemówić kilka słów do Hanny, która mu bardzo zimno na nie odpowiedziała... ukłonił się i począł żegnać.
— Pani starościna pozwoli, rzekł, aby jéj matka