Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Myślę że w Makbecie! potwierdził Herman.
— I ja tak sądzę, dodał Szarszeń, mości dobrodzieju, panie grafie. Jestem tak przejęty nieśmiertelnym mistrzem, iż cały nim żyję...
— Prawdziwy artysta, rzekł Herman.
— Co pan myśli i ja grywałem monarchów i to na warszawskiéj scenie, rzekł Szerszeń z pewną dumą... Koneserowie znajdowali w mojéj grze takie rzeczy, panie, takie rzeczy, że nieboszczyk Dmuszewski tak mi powiedział, o czém nigdy zapomnieć nie mogę: Szerszeń, ty nowe światy odkrywasz! Ale cóż! Intrygi, zazdrość... wykłuły mnie, wysadziły, sponiewierały... zszedłem na suflera... A niech pan, mości dobrodzieju, spyta ich — tych niewdzięczników, ile ja im dobrych rad daję... A cóż myśl podchwycą... i Bóg zapłać żaden nie powie.
Herman bawił się gadulstwem jego...
— Słuchaj, panie artysto, — jeśli ci nie pilno — chodź na lampkę wina...
Postawiony pomiędzy lampką wina, powolném uchem sympatycznego młodzieńca — a obowiązkiem spełnieniu rozkazu Violi, Szerszeń sądził, że potrafi nic nie tracąc, pogodzić wszystko...
— Chwileczkę małą, mości dobrodzieju! panie grafie... mógłbym mu poświęcić jeśli wola i łaska — lecz małą.
Herman zobaczywszy magazyn win naprzeciw pociągnął go z sobą, znalazł izdebkę osobną i kazał podać węgrzyna...