Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak, lecz zbyt długo ani pan nie potrafisz ukrywać, ani ja mogę cierpieć tajemnicy, któraby znowu potwarz jaką zrodzić mogła...
— Ja! ja na wszystkom gotów co każesz... radbym szczęście moje przyśpieszyć... lecz starościna...
— Wierz mi pan — że starościna mniéj będzie zdziwioną i nie tak przeciwną jak ci się zdawać może... Hanna jest moją przyjaciółką...
Imię Hanny przywiodło znać nagle na pamięć Olesiowi Sylwana, chmurą oblokła mu się twarz, lecz Lelia ścisnęła jego rękę i pan Aleksander znowu o wszystkiem, co nią nie było zapomniał.
— Teraz — idź pan — odezwała się — potrzebuję zebrać myśli — ochłonąć, opamiętać się... wnijść w siebie; mogłażem się spodziewać, że ta rozmowa poczęta wymówkami skończy się takiem wyznaniem...
— A jaż! a ja! rzekł ręce składając Oleś — mógłżem wchodząc na ten próg przypuścić nawet, bym tak szczęśliwy powracał! A... pani...
Stary Oleś tak się zbliżał natarczywie do narzeczonéj, chwytając białe jéj rączki... a zdając się szukać ust różowych... tak był pokorny i czuły, iż Lelia nie opatrzyła się jak dotknął ustami jéj czoła... Z lekka odepchnięty... pan Aleksander znowu pochwycił ręce i jak szalony z domu wyleciał.
Wielkiem to było szczęściem dla niego, iż nikt go nie zobaczył wybiegającego i kłusującego potém trotuarem czas jakiś, dopóki chłopiec od szewca, który