Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ne wyrzec słowo — przeląkł się mierząc całą jego doniosłość... zatrzymał. Wdowa opuściła zupełnie tę rękę, którą był ujął, jakby bezwładną, sparła się na łokciu i osmutniała, zadumana i głosem melancholii pełnym poczęła.
— Czyż pan, pan... nie widziałeś wzajemnie całego mojego współczucia dla siebie? Czyś pan mnie kiedy widział płochą? Byłam i jestem wesołą, lecz byłamże zalotną? Jam od lat najmłodszych całem sercem była jego przyjaciółką, a od śmierci mojego męża nawykłam go uważać za opiekuna, za jedynego, któremu ufam... a pan.
— Pani! zawołał Oleś przyklękając na jedno kolano — niech się pani ulituje nademną — ja głowę tracę... ja niewiem jak wyrazić co czuję — ja jestem jéj wielbicielem do zgonu...
— A! panie Aleksandrze — jest to wyraz chwilowego tylko uniesienia jego dobrego serca.
— Jest to wyraz uczucia, które ja miałem i mam dla pani... i chcę je zachować na zawsze...
Wiesz pani — począł nagle jakby wielkiéj nabierając odwagi — gdybym nie był w tym wieku...
— Ale waćpan jesteś młodym? z uśmiechem odezwała się Lelia...
— Gdybym miał odwagę wynurzyć całe me serce przed nią...
— Proszę pana... bez żadnéj obawy...
— Pani nie widzisz, że ja się w pani szalenie kocham!!