Adama Polanowskiego Dworzanina Króla JMci Jana III. notatki/Tom I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Adama Polanowskiego Dworzanina Króla JMci Jana III. notatki
Tom I
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1888
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



Z młodszych moich lat — nie ma co pisać, bo ludzie są jako trawa gdy się z ziemi wytyka, wszyscy jednakowi, trudno poznać czy to z tego będzie łopuch czy sałata. Pamiętam tylko że mi dla zbytniej swawoli matka i ojciec prorokowali iż się szubienicy dorobię, lecz, dzięki Bogu nie sprawdziło się, choć prawda, żem dokazywał srodze i kipiało we mnie, a spokojnie na miejscu wysiedzieć nie było sposobu.
Rodzeństwa nas było troje, starszy brat Michał, powolny i nad wiek stateczny, młodsza siostra Julusia, a ja w pośrodku.
Matka nasza najukochańsza, świeć panie jej duszy, nie bardzo była dla mnie surowa, i mawiała (choć nie w mojej obecności) że młodość ma prawa swoje, i najlepsze piwo gdy zrazu szumi — więc przez palce patrzyła na wybryki i folgowała gdy ojciec dyscypliną i rózgami groził. Swawola też owa ograniczała się na znęcaniu nad ptactwem, do którego z łuku się strzelało, na rybołóztwie, na dojeżdżaniu koni, od których nie jednegom guza dostał i sińców napytał.
Do obiecadła, nad którem Michał rad siadywał, ani mnie było napędzić ale przecież gdy na srom przywiązano mnie sznurkiem do ławki i kazano się uczyć — nie przychodziło mi to z trudnością.
Bakałarza mieliśmy osobliwego, niejakiego Kleta Cygańskiego, który nomen omen, choć szlachcic, jako cygan się włóczył ode dworu do dworu, to bakałując, to za oficjalistę służąc, to przy kościołach rezydując, a nigdzie nie zagrzewając miejsca. Człek był i na oko nie powszedni, drab jakby z samych kości zbudowany, skóra lśniąca na nim jakby wyprawna, włosa tyle tylko że korona do koła łysiny, wargi odwalone ogromne, a oczy gdyby ślipia kocie świecące, nosił się nędznie, nie zawsze czysto około niego bywało, ale głowę i gębę miał że i statyście by ich starczyło.
Powiadano o nim iż tak ciekaw był, że żadnej książki z rąk nie puścił aby jej nie przeczytał. Oracją napisać komu, jakąkolwiek bądź, jak orzech zgryść było dla niego, i płacono mu za to a pojono go i karmiono... Grosza by był mógł łatwo sobie przyzbierać, ale potajemnie pił pono, a pod humor pieniądze rzucał ubogim i lada komu, jak plewę.
Ja u Cygańskiego miałem łaskę, choć Michał był pilniejszy i stateczniejszy. Czasem mnie za uszy wytargał, czuprynę mi wymiętosił, ale nigdy się nie pogniewał bardzo, a często i zataił przed rodzicami, gdym co zbroił.
Michałowi starszemu przepowiadał, co się sprawdziło, że do zakonu wstąpi, gdyż w istocie potem, O. Jan brat matki naszej do nowicjatu go w Lublinie wziął, już z niego nie wyszedł, choć ojcu się to bardzo nie podobało.
Z rąk Cygańskiego oddano mnie do infirmy w Łucku, a później razem z Michałem do Lublina, z powodu że tam ojciec Jan, wuj nasz rezydował i w zakonie miał znaczenie a nami się opiekował.
Tu Michał mój poczciwy, natura spokojna i łagodna, jak przylgnął do Ojca Jana, jak sobie upodobał życie klasztorne, tak już pozostał Bogu służąc, mnie zaś mamonie na łup dano. Uczyłem się niezgorzej, chociaż o pierwszą ławę i laury nie ubiegałem, a swawola szła swoim porządkiem i w tej celującym byłem zawsze. Rózeg nie brałem — bo bym był ich nie zniósł, ale w karceresie na rekollekcjach mało którego tygodnia nie siadywałem. Miano wzgląd na krew oną burzliwą, której mi pohamować było trudno.
Gdy wreszcie Michał sobie stan obrał duchowny i odwieźć go od tego postanowienia nie było podobna, na mnie przypadło w przyszłości się do gospodarki, a razem i do stanu rycerskiego sposobić, bo co szlachcic musiał żołnierzem być.
Jam sobie tem wcale nie przykrzył.
Śmiało mi się życie obozowe, o którem się nasłuchałem siła, — wyprawy wojenne, potem sejmikowanie a gospodarzenie około roli.
Wszystko to we krwi już było... Od młodu się człowiek nasłuchał, napatrzył, obyczaje te poznał i w nich kochał.
Nim do szkół mnie oddano, tom ci się już w szable umiał ściąć niezgorzej, na konium jeździł jako centaur, a z łuku i strzelby celnie strzelałem i nikomum się wyprzedzić nie dał. — Łuk naówczas do parady więcej służył niż do boju, ale się nim zabawiano chętnie, równie jak oszczepem. Pozostałości te były prastarych czasów, które konserwowano.
Pamiętam że na tak zwane łuby, w których strzały pierzaste noszono, wysadzano się chętnie, równie jak na ozdobne tarcze, choć oboje tylko na okaz służyły. Nie jeden taki łub, w którym ani śladu łubu nie było, perłami szyty, złotem dzierzgany, kamieniami sadzony, kilka set złotych wartał, tak samo tarcze, które albo giermek niósł, albo na sobie wieszano, lekkie, — łacne do przebicia, dla plendoru tylko chowano, a były malowane, złocone i roboty osobliwej...
Szlachcic około domu w kitlu płóciennym, w kozłowych butach i lada jako chodził, ale każdy najuboższy, po dziadach i pradziadach, miał się w co odziać paradnie, gdy wystąpić było potrzeba... Przechowywały się pasy, lamy, futra, delje z pokolenia w pokolenie. Dopiero za moich czasów, gdy różne mody cudzoziemskie nastały, poczęto się też drogich pozbywać pamiątek i przebierać szpetnie. Przy czem nieraz od tych co obyczajowi staremu wierni pozostali dostało się dobrze tym zniemczonym i sfrancuziałym po tebinkach.
Pod koniec mojej szkolnej nauki wąs mi się już wysypywał, a okrutnąm niecierpliwość czuł aby się z pod feruły wydobyć i w świat pójść. Ale człowiek sam sobą nie dysponował, ojca, matki słuchać było potrzeba. Wyrwał się który niecierpliwszy, bez zezwolenia ich z domu, nie było już po co powracać. Rygor był wielki, ani rzadkością to że młodzieniec pod wąsem, na kobiercu ręką ojcowską baty oberwał, za które karzącą dłoń pocałować musiał.
Pod koniec mojej nauki szkolnej, rodzicowi naszemu najlepszemu, nagle się zmarło, po Sejmiku w Łucku, czasu którego się namęczył, i zirytował, tak że do domu powróciwszy obległ zaraz i już nie wstał.
Dano nam znać do Lublina gdy już nadziei utrzymania przy życiu nie było i spieszyliśmy z Michałem dniem i nocą po błogosławieństwo ojcowskie, aleśmy ojca już na katafalku zastali.
Pogrzeb z sumptem nie małym odprawiliśmy w Łucku u Dominikanów, gdzie w Refektarzu chleb żałobny potem zastawiono, przy którym ja gospodarzyłem, bo Michał choć starszy, już kleryk nie chciał się tego podjąć.
Kilka tylko dni w domu przy matce zabawiwszy, musieliśmy do Lublina powracać, Michał do nowicjatu, a ja do szkoły, której porzucić matka nie pozwalała.
Z męztwem wielkiem, choć z sercem bolejącem, wzięła się sama do interesów i do gospodarstwa, nie zapominając o wychowaniu Julusi, którem się sama zajmowała, a na wszystko jej starczyło czasu.
Ale też niewiast takich jak ona, starego autoramentu, już wówczas nie wiele było u nas.
W życiu jej marnej chwili nie było, wstawała z kurami, — z nią się też wszystko we dworze do pracy budziło. Obchodziła wszystkie kąty — nie wyręczając się nikim. Rzadko z rana czas przysiąść miała, bo coś zawsze było do czynienia, co ją na nogach trzymało.
Przy pracy i przy modlitwie wspólnej ona przewodniczyła. Nie rzadko jeszcze gość nadjechał, proboszcz, kwestarz — trzeba go było przyjmować, regestra przepisywać, motki i talki policzyć, wymiaru zboża jeśli nie dopilnować, to na niego najrzeć — i tak cały Boży dzień schodził.
Przy czem i to dodać potrzeba, iż prawne interesa, na których nie zbywało, bo mało która majętność albo spornej granicy, lub jakiego zastarzałego processu nie miała — pani matka nadzorowała sama, i prawo jej nie było obce... tak że lada jurysta nie podszedłby był, i nie oszukał.
A wszystko to szło, pamiętam, tak spokojnie, cicho, jak w zegarku, że ani słychać było ani widać wysiłku. Przybył obcy człek, witała go obliczem wypogodzonem, dla wszystkich uprzejma, łagodna, chociaż w potrzebie surowa, i gdy co postanowiła nie przełamana.
Na wakacje przybyłem już sam gdyż Michał jak każdy zakonnik rodziny się wyrzekać musiał, tak jak wyrzekał świata. Ze łzami na oczach powitała mnie, gdym jej w ganku do kolan przypadł, sam też płacząc, bo ojciec się przypominał, którego nam brakło.
W pierwszych dniach mowy niebyło o tem, co pani matka względem mnie postanowi. Korciło mnie wielce się o tem dowiedzieć, alem nie śmiał pytać.
Nie nagliłem też, bo mi doma, po szkole było jak w raju. Wszystkom tu miał, za czem w mieście tęskniłem. Konie, psy, las, rzekę, szerokie pola, a sąsiadów tak miłych, którym się przypominało. Byli między niemi i rówieśnicy, i szkolni z Łucka z jednej ławy towarzysze.
Pani matka swobody mej wiele nie hamowała, zapowiedziawszy to, żem mógł sobie spocząć i zabawić się, nimbym się zaprzągł do nowego życia, ale jakie ono miało być, nie mówiła.
Po nieboszczyku ojcu wierzchowych koni, psów łowczych różnych, zostało dosyć, ludzi też w pomoc do tej zabawy nie brakło. Zapraszali sąsiedzi, między innemi, pomnę, Steccy i Tomaszewscy, z którymi i ojciec żył w przyjaźni.
Czasy były nie wesołe, bo po owem nieszczęsnem panowaniu Jana Kazimierza nastąpiło było jeszcze smutniejsze króla Michała, które zawichrzyły całą rzeczpospolitą podzieliwszy ją na obozy...
Stali jedni, szczupła gromada przy królu przez szlachtę sobie obranym, drudzy przeciwko niemu, a turecka potencja z kozakami na granicach plądrowała i pustoszyła, zanosiło się po okropnych klęskach i Buczackich traktatach na gorsze jeszcze.
Lecz prawdę powiedziawszy, tam gdzie wojna, ogniem i mieczem nie dochodziła, ledwie ją czuć było i wierzyć w nią chciano. Paliło się nieraz obok, łupiło kozactwo i plądrowali tatarzy, a byle nie dotarli gdzie szlachcic się nie poruszał i na wojska zaciągane zdawano obronę, pospolitemu ruszeniu opierając się do ostatka.
Wichrzyciel wielki i ówczesny Prymas jednooki Prażmowski i jego zausznicy wbrew królowi, wojnę negowali, nieprzyjaciela ignorowali, ani ludzi ani pieniędzy nie miłemu panu dawać nie chcieli.
Jeszcze na chwiejącym się tronie siedział ów elekt szlachecki, gdy już jedni księcia Lotaryngskiego, drudzy jakieś francuzkie książątko, inni Neuburgskiego na gwałt forytowali.
Szlachta, choć niby mocy swej dała dowód na elekcij wbrew panom i na przekorę im wyniósłszy ubogiego Michała, za którego się pod Gołębiem gorąco ujęła, złamaną została w prędce, a Senatorowie i panowie tak rej wiedli znowu jak przed tem.
Mnie naówczas mało te rzeczy obchodziły, wszelako mimowoli się o uszy obijało, co się gdzie działo.
Widocznem było iż, choć rakuzcy przyjaciele i Cesarscy mieli mir i pewną siłę, francuzka partja górę brała...
Od abdykacji Jana Kazimierza, którego francuski król namówił do złożenia korony, albo raczej od śmierci Władysława IV, — sprawą królowej Marji Ludwiki pani wielkiego rozumu i energii zgoła nie kobiecej; francuzi i francuzkie stronnictwo coraz się potężniejszem stawało. Chciał król francuzki w Polsce przeciwko Cesarzowi mieć ścianę mocną, a nad utwierdzeniem jej pracowała skutecznie Marja Ludwika.
Nie lubiano rakuszan i obawiano się ich, posądzając, że na Polskę i jej wolność czyhali, ale też francuzi miłości sobie wielkiej nie pozyskali, krom u tych, co się na ich obyczaj ponawracali, język ich sobie przyswoili, suknie przyodzieli.
Pomnę to sam, że na prowincjach u nas, gdy się który z panów, z peruką na głowie, we wstążki i koronki przystrojony pokazał — zbiegano się nań patrzeć, jak na raroga, a śmiechu było pełno.
Z za płota nie jeden do takiego francuza strzelił, taką obrzydliwość miano ku nim.
Mogło się było zdawać, że po śmierci królowej, która abdykację poprzedziła, wpływ ten jej i francuzów ustanie lecz okazało się inaczej.
Przywiozła z sobą była z Francji Marja Ludwika siła młodych i pięknych dobrego rodu, francuzek, które za Paców, za Zamojskich powychodziły.
Pomiędzy temi celowała najpiękniejsza, królowej najulubieńsza, którą niemal dzieckiem jeszcze przywiozła Marja Ludwika, tak że złe języki bąkały nawet jakoby ukochana ta wychowanka bliższą jej była niż się wydawała... Zwała się Marja de la Grange d’Arquien, pono dobrego ale zubożałego rodu, i w istocie wychowanką była tylko bezdzietnej naówczas pani.
Oprócz niej, panna de Mailly, później Kanclerza Paca żona i innych wiele ze dworu królowej za znacznych panów powychodziły.
Wszystkie one przejęły po nieboszczce sprawę francuzką i mężów na nią ponawracały, tem łacniej, że pieniądze z Francyi płynęły, a większe jeszcze od nich obietnice.
Mówiłem już o pewnej Marji de la Grange. Dzieckiem była ona nadzwyczajnej piękności i dorastając jeszcze większym zajaśniała blaskiem. Ludzie dla niej głowy tracili, szczególniej młody Sobieski, dzielny wojak, ale jako człowiek krewki i gorącego temperamentu, w niewolę się jej zapisał.
Ale wówczas jeszcze płotka to była dla niej, co szczupaka o złotej łusce mieć chciała. Czuwała też nad tem królowa, aby tę perłę dobrze sprzedać.
Więc choć się pannie piękny i miły, a serdeczny Sobieski podobał ale — miłości czekać kazano, a tymczasem chciwość i ambicja wyswatały ją za starego Zamojskiego.
Z tym jakie było pożycie łatwo zgadnąć.
Na tej nadpodziw pięknej kobiecie sprawdziło się to iż nie wszystko złoto co się świeci, a dziwnie czasem piękność niewieścia w parze idzie z okrucieństwem i nie litościwą rachubą.
Pieszczona, ubóstwiana od dziecka, samolubna ambitna, w szkole Marji Ludwiki zestarzałej i ostygłej wychowana, owa cudnej piękności pani, wyrosła na niewiastę, jakiej u nas w Polsce dzięki Bogu, drugiej by nie znalazł.
Po śmierci starego Zamojskiego oddała wprawdzie rękę Sobieskiemu, zdawna kochankowi i niewolnikowi swemu, lecz naówczas już kiedy jego męztwo, rozum, dzielność wielką mu przyszłość obiecywały, której też fundamenta położyło Marszałkowstwo naprzód koronne, potem Hetmańska buława.
Więcej już, zdaje się, wdowa po Zamojskim, ulubienica królowej, ani pragnąć, ani się spodziewać nie mogła.
Rozszerzyłem się tu o niej nie bez przyczyny, bo ona i na losy kraju i na moją dolę wpływ miała, choć za panowania Michała wszystkiego co potem nastąpiło przewidywać nie było można, ale mi do niej jeszcze wielekroć powrócić przyjdzie.
Rodzina ta nasza Polanowskich zdawien dawna szlachecka i rycerska, po całej niemal Koronie, na Rusi i na Litwie nawet była porozrzucana.
Naszej gałęzi na Wołyniu ojciec jeden był ostatnią odroślą i, krom rodziny matki, nie mieliśmy nikogo bliższego, któryby głowę domu zastąpił i matce radą w pomoc przyszedł.
Za żywota nieboszczyka ojca z temi innemi się Polanowskiemi rozproszonemi, utrzymywaliśmy stosunki, a szczególniej z Aleksandrem Chorążym Sanockim Pułkownikiem w wojsku kwarcianem, słynącym z męstwa i ulubieńca rycerstwa całego. Matka więc i teraz, gdy o mnie stanowić przychodziło i szukać gdzie bym się ja, dla dalszego wyrobienia między ludźmi pomieścił, — pomyślała o tem aby się zwrócić do Chorążego.
Tylko że nie wiedzieli gdzie go było szukać bo w domu na wsi rzadko siadywał, przy wojsku statecznie będąc, a że się teraz na wojnę zbierało, od regimentu swego ani się mógł ruszyć.
Naprzód tedy list napisała do niego, a z nim któż miał jechać jeżeli nie Leśko!! Widzi mi się że takiego drugiego Leśka dziś by ze świecą szukając nie znalazł, i dla tego o nim coś powiedzieć muszę.
Kto był ów Leśko! — prosty chłop siedzący w chacie na wsi... Młodość prawda pędził na dworskiej służbie, ale potem, ożeniwszy się ze służącą matki naszej poszedł na grunt i gospodarzył.
Bez Leśka ani ojciec ani matka stąpić nie mogli, i muszę mu to przyznać że, gdyby go do Chin posłano, zdaje się, i do nich by drogę znalazł, a sprawił się.
Małego wzrostu, dużej twarzy, z długim włosem jasnym na głowie, oczów niebieskich, spokojny, cichy, milczący jakby trzech zliczyć nie umiał — Leśko miał rozum i zręczność w postępowaniu niesłychaną.
Chodził zawsze powoli, a robił wszystko prędko — nie obiecywał nigdy nic, a z każdą rzeczą radę sobie dał, nikt go nie oszukał. Leśkowi ojciec często tysiącami powierzał pieniędzy, nigdy tego zaufania nie pożałowawszy.
Matka też Leśka szacowała jako klejnot i rzadki był dzień, aby do dworu go nie potrzebowano.
I teraz też, ponieważ o pułkowniku Chorążym Polanowskim nic nie wiedziano kędy się obracał, Leśko tylko jeden mógł go wyszukać.
Przywołano go gdy już list był gotów, kieliszek wódki wypił, głowę ciągle ręką przyczesując, wziął pieniędzy na drogę, pokłonił się i tegoż dnia wyjechał.
Niebyło go blizko trzy tygodnie z powrotem, bo — jak się okazało, stał pan Chorąży z pułkiem swym około Lwowa, ale znalazł go Leśko, pismo wręczył i respons przywiózł — konia nawet nie schudziwszy. Po drodze zaś na jarmarkach nakupił chust i różnego towaru, który potem z zarobkiem sprzedał.
Pułkownik matce odpowiedział iż chętnie by się losem moim zajął, ale jako sam żołnierz do wojska mnie wpisać życzył, a o dworskiej służbie pod te czasy wyrażał się iż o nią trudno było...
Mnie rycerska sprawa dosyć się uśmiechała, nie byłem od tego, ale matka, mając już teraz mnie jednego, bo pierworodnego Bogu ofiarowała — wolałaby była spokojniejsze pomieszczenie, gdzie by codzień życia stawić nie było potrzeba. Zawahała się więc mocno.
Wiedzieliśmy o tem iż u Hetmana Sobieskiego Polanowski był w zachowaniu wielkiem, z tego urosło, iż matka powtóre list do Pułkownika wysłała wyłuszczając mu dla czego życzyła sobie mnie dać na dwór czyjś insynując czyby Hetman dworzanina nie potrzebował.
Niewątpliwem było iż ich chować musiał wielu, bośmy o tem słyszeli że i Polaków i Francuzów i Włocha miał do listów a kancellarję liczną.
Na to pismo powtórne, które już poszło przez ręce duchownych OO. Dominikanów z Łucka do Lwowa, dosyć długo czekaliśmy odpowiedzi.
Nadeszła wreszcie tąż samą drogą — pisał Polanowski iż z Hetmanem o mnie mówił, bliższym mnie uczyniwszy siebie pokrewieństwem niż w istocie byłem, i że — choć Sobieski utyskiwał że miał próżniaków nad miarę przy sobie przecież, na opinje i prośby, przyrzekł mnie przywiązać do swej osoby...
Radość ztąd u nas była wielka, i pani matka natychmiast zajęła się wyprawą. Chociaż mi wielce o to chodziło abym się między obcemi wydał przystojnie i śmiechu z siebie nie uczynił — znając matkę naszą tak byłem pewnym iż wszystko rozporządzi najlepiej, żem się ani chciał mięszać do tego.
Nigdy bym też sam tak się obficie nie zaopatrzył we wszystko, jak ona mnie w tą podróż. Nie było zapomnianego nic ani najmniejszej rzeczy — nie wiedziałem jak dziękować.
Konie najlepsze, wóz węgierski, siodła dwa, kulbakę, wyrostka też we wszystko zaopatrzonego z łaski jej dostałem, żem aż nadto pańsko wyglądał. Sukni podostatkiem, kożuchów dwa pokrytych, wojłoków, kobierców, nawet cokolwiek sreberka i namiocik obozowy na wozie się mieściły. Grosza też nie chciała abym rychło z rąk cudzych patrzał, więc i kilkaset złotych w talarach bitych do puzderka włożyła.
Pierwszy też raz sygnet herbowy po ojcu na palec włożyłem, przy którym nauka była jak ten klejnot szanować należało. Uzbrojenia, choć wojskowo służyć nie miałem, musiałem wziąć dosyć dla parady, a szabel dla bezpieczeństwa.
Bogu tylko wiadomo jak mi się tęskno zrobiło gdy z domu wyruszać przyszło, choć wprzódy tak się w świat chciało!! Obchodziłem żegnając wszystkie kąty, z każdym parobczakiem się żegnałem, a chwilami serce mi się tak ściskało żem im losu zazdrościł.
Matka popłakiwała, Julusia mi się wieszała do szyi... — ów świat co się tak uśmiechał, teraz gdyby kirem powleczony się zdawał.
Zwlekałem z dnia na dzień, aż na ostatek — ruszyć musiałem, w imie Boże.
Jakem się rozstawał z panią matką i domem — opisywać nie będę, ani podróży w ciągu której przez niedoświadczenie bąków siła się nastrzelało, za które workiem płacić przyszło.
Hetman czasowo przebywał we Lwowie, wybierając się do obozu pod Gliniany, i tu go zastałem, ale tak był niesłychanie zajęty wojskowemi sprawami, że ani mu listu oddać, ani się przedstawić pierwszego dnia nie było sposobu.
Około domu w którym stał, ludzi różnych, gromady czekały ciągle dobijając się posłuchania, wojskowi przyjeżdżali z obozu, przyprowadzano języka — przychodzili mieszczanie, przybiegali posłańcy z majętności jego z pieniędzmi, żydów też siła wartowała... nie licząc Senatorów i panów nawiedzających.
Z tego mi zaraz poznać było łatwo co Hetman znaczył, jakie miał zachowanie, bo, choć króla się też spodziewano, ale na Sobieskiego wszystkich oczy były zwrócone.
Wystawszy nadaremnie u wrót godzin parę, z desperacją niemal wróciłem do gospody — ale tu mi się szczęściem nastręczył Wardeński, rządzca Hetmana dóbr, któremu gdym się wyspowiadał z biedą moją, ulitowawszy się, obiecał mi nazajutrz drogę utorować.
Był naówczas, gdym go po raz pierwszy zobaczył Sobieski urodziwym bardzo mężczyzną, w sile wieku, chociaż już nieco otyłości późniejszej widać było początki. Twarz piękna, oko pełne ognia, czoło rozumne, na ustach często uśmiech, postawa pańska i rycerska... Nosił się po polsku i spojrzawszy nań wnet czuć było że to kość z kości naszych, a ród wielki i stary. Groźnego w sobie nie miał nic, a przecież posłuszeństwo wrażał jednem skinieniem...
Czynnym był nieustannie i niezmordowanie, a czasu marnować lada jako nie lubił.
Gdy mnie przywołano, już był uwiadomiony przez Wardeńskiego z czem przybyłem i pokłon mój do kolan, jako ojcu, przyjął uśmiechając się.
— Chłop zdrów, silny jak dębczak, odezwał się — czemuż to do wojska się nie zapisał. U mnie teraz wszelki dworzanin będzie musiał zbroję wdziać...
W tem się zadumał, przystąpił do stołu i zwracając się do mnie począł.
— Już rozkazy wydam aby tam waści pomieszczono — nie wiem jeszcze, ale może być że wypadnie na początek z listami i parą puzderek do Warszawy, naprzeciw żonie mojej z za granicy powracającej jechać, i przy niej do czasu pozostać, bo ja tu dosyć dworu mam, a tam pani Hetmanowej go braknie. Gotuj że się ewentualnie do drogi...
Pokłoniłem się chcąc odejść, aż się zawrócił.
— A jak tam z końmi! Masz szkapy dobre? — zapytał.
— Niczego — rzekłem chwalić się nie śmiejąc.
— Każę Stebelskiemu zobaczyć — dodał.
Na tem się posłuchanie skończyło, bo już Aron żyd, dobijał się pilno do drugich drzwi i dwa razy go oznajmywano.
Dnia tego tyle tylko żem się z towarzyszami zapoznał i przeniósł do ciasnej ciupki, którą we dwu zajmowaliśmy z drugim, w kancellarji polskiej pracującym, Morawcem... a wieczorem, wedle zwyczaju, musiałem znajomość moją i inkrutowiny te paru garncami wina oblać.
Z tego com słyszał i widział strachu wielkiego i grozy nie nabrałem. Pan był dobry, ale, gdy się dowiedziano że mam być wysłanym do pani Hetmanowej — nikt mi nie winszował.
Nie powiedział żaden i uchowaj Boże, złego słowa, lecz z milczenia i min, wiele się domyslać było można...
Tylko żem ja nigdy tchórzem podszyty nie był. Wolałbym był może z panem Hetmanem do Glinian, a potem dalej, jako zapowiadano pod Kamieniec czy ku Chocimowi — ale i Warszawę poznać nie przykrzyłem sobie, na wszystko gotów będąc.
Przeciągnął się ten wybór do obozu, bo jakem już mówił, Hetman niezmiernie był zajęty i na głowie miał nie jedno wojsko — choć ono teraz było najważniejszą rzeczą, ale i własne interessa i cudzych siła.
Drugiego dnia, gdy się Sobieski z kwatery swej wybrał arcybiskupa odwiedzić, mnie Morawiec zaprowadził do jego sypialni i gabinetu, — dla ciekawości. Z obejrzenia ich najłatwiej mi przekonać było można, jak ten człowiek pracować musiał, bo — czegóż tu nie było?!
Na wielkim stole mapp i planów wojennych mnóstwo, sztychowanych i od ręki świeżo przez inżenjerów rysowanych, książek też francuzkich poznaczonych kupy; na innych cebule kwiatów, nasiona, owoce różne, słoje ze słodyczami. — Obok dziecinne stroiki (dla trzyletniego syneczka Jakóba, którego Fanfanikiem zwano). Listów wszędzie stosy, w których mi Morawiec ukazał cyfry, com je pierwszy raz w życiu oglądał, regestra gospodarskie, komputy wojskowe.
Przy łóżku aż trzy wizerunki pani Hetmanowej po raz pierwszy oglądałem, jeden większy, bardzo piękny, snadź dawniej, gdy młodziuteńką, była wystawujący, dwa pomniejsze w różnych strojach, bo jeden na kształt pasterki.
Morawiec mi ukazał ten, który najpodobniejszym być miał — ale na tym, mimo piękności, oblicze miała tak dumne i pogardliwe iż mi się wcale nie podobała.
Wpatrywałem się w nią długo — ale oprócz tej pychy i nadąsania jakiegoś, nic nie znalazłem czem by człowieka oczarować miała — choć Morawiec mi szeptał że ona z panem Hetmanem czyniła co jeno zamierzyła i gdy by mu była kazała, kraj porzucić, wyprzedać się, opuścić wszystko, przesiedlić za góry — i na to był nawet gotów.
W pokojach przez Hetmana zajmowanych, wszędzie tu jego pracowitość, o której dworacy cuda opowiadali, jawną widać było. Samych książek porozpoczynanych do czytania, po wszystkich kątach walała się moc wielka.
Morawiec mówił że często o czwartej dopiero nad ranem usypiał, a w parę godzin potem był już na nogach. Koni po kilka na dzień zamęczał, bo nigdy jeden mu nie starczył. Przy tem mało kiedy zupełnie zdrów był i leki jakieś bierał, krew często puszczał, wody mu różne z za światu sprowadzano do picia!! Z twarzy zaś tego bynajmniej wyczytać nie było można.
W tych pierwszych dniach małom, ja tu co mógł wyrozumieć, później dopiero wszystko mi się jaśniej przedstawiło.
Człowiek mi się wydawał najszczęśliwszy w świecie, na równi z królem lub więcej nad niego mogący, gdyż wojsko całe w ręku miał, a w Senacie co najprzedniejsi z nim trzymali — w dostatki zdawał się opływać, żona jak anioł piękna. Czegoż mógł pragnąć?!
A w istocie samej — troski go jadły, pokoju nie miał. — Na oko się prezentowało wszystko jak nie można piękniej i lepiej, a pod tą pozłotą...
Ale ja wówczas tego jeszcze wcale nie rozumiałem, tylkom wielką potencję mego pana czuł i widziałem, a winszowałem sobie że mnie pan Chorąży Sanocki tu umieścił.
Zapowiedziany mając wyjazd do Warszawy na przeciw pani Hetmanowej, musiałem czekać na listy, które nie rychło przygotowano. — Ale zdawało się nie odmiennem że mnie z niemi nie kogo innego odprawi, boć wolał pozbyć się mało znajomego, niż jednego z tych do których był nawykłym.
W ciągu dni tych miałem czas lepiej się tu rozpoznać i rozsłuchać, choć nie rozumiałem ani części tego co się koło mnie obracało.
Panowie Senatorowie, panie też nieustannie do Hetmana przyjeżdżali, z któremi żywe rozmowy po francuzku się wiodły, — które często i listy już gotowe zmieniać zmuszały, bo tu się jakichś intryg różnych plątało i krzyżowało bez miary. A co pism przychodziło dnia każdego, kartek, notatek, tego nie zliczyć. Zawóz był nieustanny jak we młynie.
Starsi dworzanie jak Morawiec, który mi bardzo przyjaznym się okazywał, rozumieli tu ludzi lepiej, wiedzieli: kto miły, a kto podejrzany. —
Dla mnie ten zgiełk cały tyle tylko że Hetmana potęgę wpływ dobitnie oznaczał. Musiałem się uczyć co tu które nazwisko wyrażało, przyjaciela czy wroga; bo jedni i drudzy kłaniać się przychodzili.
Nie pełniłem żadnej służby stałej tymczasowo, ale porywano i posyłano pod czas i mnie do innych posług, gdy pilne były.
Jak mi się to po cichem życiu domowem wydawało — trudno powiedzieć — mutatis mutandis, jak wyżej powiedziałem, — zdało się jak bym do młyna zajechał.
Dzień i noc prawie spoczynku nie mieliśmy.
Gdy od wojska lub od granicy przychodziły kresy, przyprowadzano języka, budzono nie tylko nas, ale samego Hetmana, o każdej godzinie.
Tak czynnego żywota wyobrażenia nie miałem, — potrzeba było do niego nawyknąć.
W końcu dzień wyjazdu do obozu oznaczony został, a ja też zaraz miałem się puścić w drogę, do której byłem przygotowany. Zawołano mnie do Hetmana rano, który z małej chwili wolnej korzystając, jeszcze mi ustną chciał dać instrukcję, to dodając, że od pani Hetmanowej zależeć będzie, albo mnie przy sobie zatrzymać lub też z listami i posyłką do niego nazad odprawić.
Wardeński mi pieniędzy na drogę miał dać, jakoż w istocie znalazłem je bardzo ściśle obliczone, i od razu mogłem zmiarkować, że ze swoich dokładać przyjdzie. Dziękowałem więc przezorności matki dobrodziejki, iż mnie uprowidowała. Z góry zaś, wyliczając mi strawne i na konie, pan Wardeński zapowiedział żebym się rządził jak chcę, ale żadnych potem pretensyi nie wnosił o dodatki, suplimenty i indemnizacje, bo tych niedostanę.
— My tu, rzekł — takie mamy ciężary, niesłychane; a i pani Hetmanowa potrzebuje tak dużo, iż ledwie nastarczyć można...
Sam też w kilku dniach tych przekonać się mogłem, iż Hetman oprócz osobistych wydatków, miał do dźwigania i publiczne, bo ze swej szkatuły wojsku często płacił, gdy szemrało, prochy swoje własne i działa dawał...
Słowem, nauczyłem się tu wiele w krótkim czasie choć nie wszystko rozumiejąc.
Ze Lwowa razem jechaliśmy, Hetman do obozu pod Gliniany, a ja do Warszawy naprzeciw Jegomości.
Gdym się po tych szumie i zgiełku znalazł sam jeden na gościńcu, z wyrostkiem i masztalerzem, sam sobie pan znowu, aż mi się lżej zrobiło.
W drodze pospieszałem jakem mógł, ale koni zaoszczędzając, bo koń dla szlachcica to więcej niż drugie nogi, — bez niego, ani kroku.
Przypadku dzięki Bogu niebyło żadnego, tyle tylko co z podkowami się kłopotać musiałem, choć zapaśne miałem, bo nie wszędzie się kowal znalazł, a nie raz dla niego z gościńca w bok trzeba było skręcić.
Mało to mnie opóźniło i w Warszawie stanąłem szczęśliwie przed panią Hetmanową, której się dopiero spodziewano. Był więc czas odetchnąć.
Po Lwowie mi się Warszawa wydała bardzo piękna, a ruch tu jeszcze większy, chociaż król się też pod Gliniany wybierał, i koło zamku, frekwencja była daleko mniej żywa, niż przy kwaterze p. Hetmana.
We dworze, który zajmować miała pani nasza, część już fraucymeru i nas dworzan — oczekiwało na nią, z ochmistrzynią i rodzajem marszałka tymczasowego, który był człek niemiły i opryskliwy i wielce godność swą nową noszący dumnie.
Szczęściem był rodem z Wołynia, i familję moją znał, albo o niej słyszał, więc dla mnie dosyć się uprzejmym obiecywał.
Na tym punkcie mojej spowiedzi stanąwszy, pióro mi niemal odmawia posługi, tak człowiekowi trudno się przyznać do — słabości swych...
Słabością ja to zowię przez konsyderacją dla siebie, choć surowiej biorąc, inaczejby denominować należało.
Pierwszego dnia przybywszy oprócz IMPana Łowczyca, który marszałkował, i dwu młodych dworzan przyszłych towarzyszów moich nie widziałem nikogo. Dużo było do czynienia z rozgoszczeniem się, postawieniem koni, poznoszeniem rzeczy kosztowniejszych i t. p. Jeść mi dano do izby i cale nieosobliwie, alem o to wiele niedbał...
Nazajutrz, ponieważ wcale do czynienia nie było nic, a o Hetmanowej wiadomości nie mieliśmy, wolnym byłem i do kościoła Ks. Bernardynów chciałem na mszę świętą, gdy w samych wrotach — Ochmistrzynią starą francuzkę spotkałem, również z książką od nabożeństwa idącą, a za nią tuż młodziusieńkie dziewczątko.
Jak że tu opisać i opowiedzieć wrażenie, które na mnie uczyniło to zaledwie z dzieciństwa wychodzące stworzenie. Wprost przyznaję się — osłupiałem. Takiej piękności, jakiejś delikatnej, niby z powietrza i promieni słonecznych zlepionej, — nie miałem pojęcia, aby ona w świecie naszym mogła się znajdować.
Widywałem ci ja niewiast wiele i pięknych dziewcząt nie mało, ale czegoś podobnego, — do czego by ją przyrównać było można, — nigdy.
Pokłoniłem się im i zdjąwszy czapkę jakiem stanął olśniony, zapomniawszy się, tak długo przyjść do siebie nie mogłem, a dziewcze to dojrzawszy, śmiech chusteczką na ustach musiało stłumić. Śmiesznym też w tem zachwyceniu wydawać się im musiałem, sam to wiem, alem mocy nad sobą niemiał, takie mnie ogarnęło zdumienie.
Oczu czarnych, biała jak mleko, śnieżna jak pączek różany, nie zbyt słusznego wzrostu, zręczna jak sarenka, z wyrazem na twarzyczce figlarnym i wesołym — wydała mi się panna Felicja Viviers — aniołem z niebios zstępującym. Paść tylko było przed nią na kolana i chyba się do niej modlić. Cała moja istota zadrgała i poruszyła się na widok tego cudownego dziewczęcia...
Wrota się już za niemi zamknęły, i obie mi znikły z oczów, a jam stał widząc ją jeszcze ciągle przed sobą. Dopiero po dobrej chwili oprzytomniałem i ruszyłem też precz.
Widziałem je idące przed sobą, w pewnej odległości, a panna Felicja parę razy się szybko obejrzała...
Doganiać ich nie myślałem, anim się ważył, w głowie tylko rozbierając, co ta dzieweczka tu robiła i znaczyła, i czy ona też do fraucymeru Hetmanowej należała...
Wszystko się już na upojenie mnie od razu składało, bo i Ochmistrzyni z towarzyszką, poszły też do Bernardynów, a ja podążyłem za niemi.
Żem się tego dnia roztargniony nie wielce modlił — oczewista rzecz, ani dziw. Razy dwa i trzy poczynałem jedną modlitwę, nie mogąc jej dokończyć. Panna się już krom jednego razu, nie obejrzała się ku mnie.
Uklęknęły obie przed wielkim ołtarzem, gdzie się właśnie msza rozpoczynała i dotrwały do jej końca, poczem obie jeszcze przeszły na prawo do N. Panny ołtarza i tam pomodliwszy się z koscioła się wymknęły.
Zrazu mi się chciało gonić je, alem się rozmyślił odwagi nie miałem i zostałem na drugą mszę cichą, słuchając jej pobożnie do końca. Tegom jednak na sobie wymódz nie umiał, żeby pozbyć się obrazu dziewczęcia z przed oczów moich...
Samem się tego wstydził przed sobą, lecz też samego siebie poznać nie mogłem, tak mnie widok tej dzieweczki do gruntu przemienił.
Strach aż ogarniał...
Pomodliwszy się w kościele, wyszedłem w ulicę, a że, mimo, późnej jesieni czas był dosyć pogodny i ciepły — poszedłem ku zamkowi, zabawiając się widokiem miasta i ludzi. Czym jednak wiele widział i nauczył się dnia tego, — wątpię.
Nie wiedziałem jeszcze wcale kto była owa dzieweczka, a paliła mnie ciekawość okrutna. Ze stroju wnosząc domyślać się było można, iż chyba do dworu Hetmanowej należeć musiała, co mnie wielce radowało.
Gdym tak przechadzał się około krakowskiej Bramy — natknął mi się wczoraj już poznany towarzysz ze dworu naszego, Szaniawski, czemum rad był bardzo i przystąpiwszy do niego, zaprosiłem na kubek wina do francuzkiej winiarni, tuż pod zamkiem. Szliśmy tedy razem, a jam tylko na myśli miał, jak się od niego o dzieweczce dowiedzieć, nie zdradzając z tem żem się jej dał tak olśnić.
Szaniawski był mojego wieku wesoły i dziecinny prostaczek, — jak się później okazało — poczciwy i serdeczny chłopak, któregom przyjaźni doświadczył w ciągu życia.
Z rozmowy zręcznie mi się udało na to wpaść, iż bodaj Ochmistrzynią do kościoła idącą spotkałem, o pannie nieśmiałem nawet napomknąć.
— A jużci — odparł Szaniawski — chodziła do kościoła z Felisią Viviers... Nie może być, dodał, abyście i tej nie postrzegli, bo dziewcze śliczne.
Przyznałem się tedy, obojętność cale udając, że w istocie była z nią panienka jakaś.
Szaniawski był w bardzo dobrym humorze.
— Najpiękniejszą z naszego fraucymeru panienkę, rzekł, widzieć się wam udało na początek, macie szczęście. Jestto francuzka, sierota bardzo pani naszej hetmanowej ulubiona, któraby jej była pewnie do Francji towarzyszyła, gdyby na odrę nie zasłabła właśnie na ten czas. Dziecko to jeszcze, bo nie wiem czy ma lat pietnaście skończonych, ale gdy wyrośnie obiecuje być pięknością osobliwą. Już teraz ludziom głowy zawraca.
Stanąłem milczący, niechcąc okazywać ile mnie to wszystko obchodziło.
Dowiedziałem się tedy od Szaniawskiego, że dziewczę było ubogie, na łasce Hetmanowej, sierota, bez rodziny — i pono nawet nie szlachcianka, ale tego trudno było dojść, jak powiadał, bo francuzi wszyscy jakiej by kolwiek byli extrekcij do Polski przybywszy, sobie nadawali szlachectwo.
Wypiwszy po parze kubków wina, poszliśmy razem do dworu Daniłowiczowskiego, gdzie była nasza kwatera.
Mnie ciągle po głowie owa Felisia chodziła, aż mi wstyd było samego siebie.
Fraucymer mieścił się na drugim końcu dworca daleko od nas i nie spodziewałem się prędko znowu zobaczyć Felisi, gdy na obiad nas do wspólnego stołu powołano, do którego i panny przychodziły z Ochmistrzynią.
Zjawiła się i panna Viviers z innemi, które, choć dosyć przystojne, wszystkie przy niej gasły, stellae minores. Mnie się albo na szczęście lub na biedę dostało miejsce na prost przeciwko tego obrazka, tak że moc nad sobą musiałem wielką mieć, aby wciąż w nią oczu nie wlepiać.
Ile razy pobieżnie spojrzałem, tylekroć jej wejrzenie nadzwyczaj śmiałe ku sobie skierowane znajdowałem.
Z drugą towarzyszką przez cały czas obiadu szeptały, śmieszki stroiły i zabawiały się wesoło.
Siedziała przy niej nie tak już młoda, ospowata, nie ładna, ale śmiała i dowcipna dziewczyna, która czas dłuższy była w Polsce i bardzo pociesznie po polsku się mówić nauczyła.
Tu parę razy próbowała mnie zaczepiać, alem z nieśmiałości i tego odurzenia pięknością Felisi języka w gębie zapomniał. Siedziałem jak mruk z podełba tchurzliwie spoglądając.
Lżej mi się zrobiło gdyśmy od stołu wstali nareście...
Wszystko to by opisywania nie było warte, gdyby ten moment na całe moje życie późniejsze nie miał wpływu wielkiego, a owa piękność Felisi nie upoiła mnie od razu i nie uczyniła niewolnikiem.
Doświadczenia nie mając żadnego — padłem ofiarą — bo to co mi się wydawało nie tylko pięknem, wziąłem też w dobrej wierze za anioła.
Następnych dni do stołu chodząc, ośmielony stopniowo przez ospowatą wielce śmiałą i złośliwą pannę Blanc, którą tu Sofronisbą zwano — poznałem się bliżej z fraucymerem, a choć taiłem się z tem, iż na mnie takie wrażenie uczyniła Felisia, choć strzegłem się patrzeć, nie zaczepiałem nigdy ani słowem — niewiem jak i panna Sofronisba i inne dziewczęta zaraz to odgadły.
Zaczęto mnie nią prześladować.
W trakcie tego — nadjechała pani Hetmanowa i wszystko się z jej przyjazdem zawichrzyło u nas, bo trudno wypowiedzieć jak była wymagającą, dumną i kapryśną.
Znalazłem ją podobną kubek w kubek do tego wizerunku widzianego we Lwowie, który mi się niepodobał.
Piękna była — temu zaprzeczyć nie można, ale ta jej królewska piękność miała w sobie coś odstręczającego dumą, samowolą i takim despotyzmem, iż zdawało się jakby miała prawo cały świat widzieć u nóg swoich. Miłą ani się starała być i aniby może potrafiła. Na palcach przed nią chodzić musiano a skinienia patrząc, na twarz padać.
Pomimo, że bardzo jeszcze wyglądała świeżo i młodo, lecz niekiedy przy małem znużeniu, oko dostrzegało, że o wiele starszą być musiała, niżeli się zdawało.
Z panią Hetmanową, dwór jej francuzki przybył dosyć liczny, panien służebnych kilka, ale ulubiona jej Felisia zaraz nad innemi miejsce przy pani dawne zajęła i można było dostrzedz, że wszyscy ją wielce szanowali i oszczędzali gdyż u Hetmanowej miała nadzwyczajne łaski. Sama nawet stara ochmistrzyni jej się akomodować musiała.
Z panią Hetmanową przybył też trzyletni synek, zwany Fanfanikiem. Jakób, około którego naówczas bardzo pilno chodzono i pieszczono go wielce.
Ale ani dziecko, ani mąż niezdawali się Hetmanowej zajmować więcej nad ją samą.
Wszystkiego jej za mało było, nigdy niczem zaspokojoną się nie okazywała. Zły humor i lekceważenie były chlebem powszednim.
Natychmiast po przybyciu jej, z tych pań, które w Warszawie rezydowały, mało która nie pospieszyła pierwsza się submitować Hetmanowej.
Duchowieństwo też i panowie Senatorowie świeccy szczególniej ci co do partji francuzkiej należeli, na wyścigi przybiegali spragnieni wiadomości jakie z sobą przywiozła... Od rana do wieczora gości bywało pełno — ona zaś mało kogo nawiedzać raczyła.
W utrzymaniu domu postrzedz było można zarazem wielką chęć okazywania splędoru i skąpstwa.
Jak to umiano pogodzić nie moja rzecz.
Drugiego dnia i mnie do siebie przywołać kazała, naprzód się pytając czy po francuzku umiem.
Uczyłem się ja ci tego języka w szkole, ale z niej tak mało wyniosłem, że mi się nie było czem chwalić. Przyznałem się do niedostatecznej znajomości — języka, i konwersacja się poczęła po polsku, którym ona mówiła licho, chociaż rozumiała go dobrze.
Wzięty na spytki, oświadczyłem, co zresztą i w listach stać musiało, iż miałem się do rozkazów zastosować, azali nie zechce mnie z pismami do p. Hetmana nazad odprawić. Na co nieotrzymałem odpowiedzi żadnej.
Nareszcie odprawiła mnie skinięciem głowy.
Z tej audjencji mogę powiedzieć żem jeszcze przykrzejsze wyniósł wrażenie, niż z widzenia wizerunku. Straszną mi się wydała, anim pojąć mógł, o czem mnie Morawiec upewniał, iż Sobieski w niej był zakochany do szaleństwa.
Ponieważ nas dworzan nie wielu się przy niej znajdowało, a chciała się okazale prezentować, więc i mnie odprawić jakoś niespieszyła, a jam się też nie napierał, bo mnie tu sam widok Felisi karmił, żem więcej nic nie pragnął.
Napisałem — widok — bo w istocie oprócz widoku nie miałem nic. Obawiałem się przystępować bliżej a ona tak dobrze mnie oczkami wabiła i zalecała się jak drugim...
Rychłom się mógł przekonać o tem, że dziewczęciu szło o hołdy, bez wyboru kto je składał. Passyi to jednak mojej nie zmniejszyło, tyle tylko że ją w sobie dusić musiałem.
Służba ciężką nie była — ale nieustanną — rzadko kiedy mogliśmy wypocząć z Szaniawskim i Drużbickim, kollegami mojemi. Z temi było mi bardzo dobrze. Tak Szaniawski, jak i on, oba nie byli majętni. Z domu im mało co nadsyłano, a jurgeld był skąpy — więc mój worek przydawał się bardzo, nie tylko im ale i panu Ochmistrzowi, u którego też zachowanie miałem.
Grosza do zbytku oszczędzać nie potrzebowałem, bo matka w listach zalecając abym rozrzutnym i marnotrawcą nie był, — kazała się też strzedz brzydkiego skąpstwa i obiecywała gdy zażądam, nowy sukurs dostarczyć.
Miłość dla Felci naówczas, ba i potem, choć nie raz mi dokuczyła, ale humoru i młodej wesołości nie nadwyrężyła.. Miałem taką naturę żem wszystko brał pogodnem czołem, bez kwasu a dręczenia się — gdy mi było bardzo smutno, prowadziłem Szaniawskiego na wino, śpiewaliśmy piosenki, swawolili aby o lichu nie myśleć. Do wzdychania łzawego ani usposobienia nie miałem, ani mi też ono na co byłoby się przydało. Owszem, gdy płochę dziewcze zawiniło mi, udawałem jakobym sobie z tego wcale nic nie czynił.
Chociaż z góry do nas, od tego co się tam działo około Hetmanowej ledwie kapnęło co czasem, czuć było całą sieć intryg osnutych, snujących się rwących... Tajono się z niemi, każda z tych osób o które chodziło miała jakieś przybrane nazwisko, aby nie wtajemniczeni nie rozumieli o kim mowa, ale Hetmanowa czasem niezmiernie serdecznie z jedną dziś będąc, nazajutrz z drugą przeciwko niej knowała, a w istocie nie miała nikogo ukochanego, wszyscy jej byli obojętni — myślała o sobie.
Jeżeli się do kogo przymilała, to albo mu już buty szyła, albo jej musiał bardzo być potrzebnym.
Przy tem chciwości grosza takiej jak w tej kobiecie, nie widziałem w żadnej. Gdyby nie to że duma ją zmuszała, od gęby sobie by była odejmowała, aby skarb pomnożyć.
Pomiędzy mężem a żoną — o ilem ja mógł już na ówczas sądzić, nie było podobieństwa charakteru najmniejszego, — i taki niech sobie kto co chce mówi, żadna polska kobieta by taką być nie potrafiła jak ta francuzica.
Najmniejszego serca — dla nikogo... a gdy była dla kogo dobrą, to pewnie tylko że sobie go pozyskać chciała. — Zresztą litości, miłosierdzia — uprzejmości ani śladu, a największe upodobanie ludzi czernić i narzekać że jej się działa nie sprawiedliwość, choć robiła co zamarzyła.
Prosta rzecz że u takiej kobiety, aby łaskę pozyskać trzeba było kłamać, padać, uwielbienie przed nią udawać, pochlebiać bezustanku. Cały fraucymer jej z tej nuty śpiewał. Królowała nad nim; filut Felisia, którą ona dla jej piękności lubiła, celowała w rozpadaniu się około pani.
Napatrzyłem się tedy na samym wstępie komedji życia — które mi po rodzicielskim domu, po tem czem się młodość karmiła, poczwarną się wydała. O wyprawieniu mnie do Hetmana tym czasem mowy nie było. Ponieważ miałem się w co ustroić gładko, a prezentowałem się niezgorzej, więc Hetmanowa przy karecie jeździć kazała i około domu chętnie się mną posługiwała. — Ale szczególnej łaski nie pozyskałem sobie.
Z Felisią zaś w której się zakochałem szalenie stosunek był osobliwy.
Naprzód żem wcale tego gatunku kobiet nieznał, myślałem że po prostu starając się podobać, nadskakując, miłość jej okazując — skłonię ją ku sobie. Rychło jednak postrzegłem że ta w dobrej szkole wyuczona, nie łatwą była do rozmiłowania. Chciała mnie mieć jako niewolnika, ale sama nie myślała wcale o mnie.
Tuszyła sobie że ze swą pięknością, przy protekcji Hetmanowej, która ją niemal jak własne dziecko pieściła — dla zabawki, gdyby pieska lub papugę — nadzwyczajny jakiś los zrobi. Wiedziała że i jej pani tyle tylko że ze starej szlacheckiej rodziny, ale uboga z pomocą królowej Maryi Ludwiki dobiła się bogactw i świetnych małżeństw.
Więc czem dla niej był taki pan Adam Polanowski, dworzanin pana Hetmana. Prezenta odemnie przyjmowała, posługiwała się chętnie, mrugnęła czasem oczkami — ale serce ani drgnęło.
O czem ja przekonawszy się wziąłem na kieł. Była druga dosyć przystojna i stateczna panienka przy Hetmanowej polka, panna Jagnieszka Skorobohata. Choć mi tak dalece w oko nie wpadła, nawróciłem do niej, a Felisi dałem na pozór pokój. A co mnie to łgarstwo kosztowało, Bogu wiadomo. Zaś najsmutniejsza rzecz, że Skorobohata, jak to nasze wszystkie poczciwe dziewczęta, afektowi memu uwierzywszy, poczęła mi dawać dowody że mi sprzyja.
Francuzka była zła, więc nuż szydzić ze mnie i z niej, i zabiegać abym się do niej powrócił.
Mówiła po polsku tak jak jej pani, to jest bardzo źle... — ale o to nie dbała, bo godziła na takiego małżonka coby pół francuzem był, jak i Sobieski, który po francuzku gdyby rodowity francuz szwargotał.
Przy pierwszej zręczności poczęła mi drwiąc winszować „konkiety“ odpowiedziałem jej lekko i niewdając się w dłuższą rozmowę, szedłem precz. Napadła mnie tedy powtórnie z innej beczki.
— Wacpan się gniewasz na mnie?
— Ja! a tożby za co? spytałem.
— Albo ja wiem odparła..
— A ja pannie Felicji zaręczyć mogę że ani się gniewam, ani też zbytnio o przyjaźń staram, bo wiem że jej nie dostanę.
— Dla czegoż?
— Panna Felicja wysoko patrzy a ja dla niej za małym jestem.
— Któż to powiedział panu?
— Są takie rzeczy że ich mówić nie potrzeba, same się w oczy rzucają.
Nadąsała się i poszła. Był tedy niby rozbrat między nami, ale uważałem że ją to nie pokoiło.. Nie zbliżałem się umyślnie, alem też nie unikał.
Najgorsza zaś że z serca, jak raz je zajęła, tak jej było nie wygnać...
Com wycierpiał — to tylko sam wiem, bom się chciał przezwyciężyć nadaremnie.
Jakby dla odetchnięcia i wypoczynku, nagle, gdym już sądził że w Warszawie na Hetmana czekać będę, kapryśna pani nasza, gdy ją coś tknęło, zawołać mnie kazała i oznajmiła że z bardzo ważnemi listami mam jechać, Hetmana gonić, który gdzie się obracał — spełna niewiedziała — tylko że go koło Chocima szukać należało.
Jesień, plucha, drogi najgorsze... mnie więcej nad wyrostka i masztalerza brać z sobą nie godziło się — oddalenie znaczne, — wreście i Kozacy a Tatarowie na przesmykach... otóż co miałem przed sobą. Ale młodemu na to graj, a z ciężkiem sercem, właśnie najlepiej w taki wir...
Pokłoniłem się więc i ruszyłem gotować aby nazajutrz na koń siąść, a było co robić, bo i konie kuć i węzełki wiązać i mój wóz i rzeczy bezpiecznie umieścić musiałem.
Szaniawski mi zazdrościł, drudzy głowami kręcili, a byli i tacy co mi życzyli abym ino cały powrócił.
Z pannami nie było czasu się żegnać tylko z daleka. Hetmanowa, gdy raz postanowiła mnie wysłać, już się niecierpliwiła abym jednej godziny ruszał. Expedycja dla mnie gotową była.
Wyruszyłem tedy, mając zlecenie po drodze jeszcze w Jaworowie i we Lwowie pytać czy bym innych do Hetmana posłańców dla bezpieczeństwa nie mógł wyszukać, aby razem z niemi się przez niepewne szlaki przedzierać.
Pierwszy raz w życiu, niedoświadczony narażałem się na taką imprezę zuchwałą, która i daleko wprawniejszemu trudną by była — ale, właśnie to że mi doświadczenia brakło, żem niebezpieczeństw wielu nie przewidywał, czyniło mnie odważniejszym.
Znaczniejsza część podróży wypadła lepiej niż się mogłem spodziewać — we Lwowie zaś istotnie znalazło się różnych posłańców, opóźnionych wojskowych, a nawet handlarzów, którzy się do obozu dostać chcieli, i ztąd już nie sam, ale w kilkanaście koni podążyłem dalej.
Chodziły pogłoski że Hetmana około Chocima szukać było potrzeba.
Król podówczas chory leżał już we Lwowie, gdzie go w samą wigilję zwycięztwa pod Chocimem, śmierć miała od żywota męczeńskiego wyswobodzić.
Podróż dalsza może bezpieczniejszą była z powodu że nas się większa zebrała gromadka, ale wyżywienie siebie i koni, pomieszczenie, często sam pochód bywał utrudniony przez to że zbieranina się znalazła ludzi różnego rodzaju i nadto zuchwałych i zbyt przezornych a tchórzliwych. Skończyło się na tem, że raz i drugi zmuszony się skłócić, musiałem samowolnie wziąć komendę nad całą kupą, zagroziwszy iż ich porzucę.
Szło potem raźniej, ale kraj ogłodzony, pusty, przewodników pewnych brak, głód, chłód, bieda dokuczyły.
Droga się przewlokła do zbytku, tak że gdyśmy już ku Chocimowi się zbliżyli, dostaliśmy języka iż Turków Hetman zbił okrutnie, rozproszył, nasiekł, że Hussejan Pasza salwował się w kilkanaście koni, łup wielki zabrano i t. p.
Z wielką więc otuchą, a weselem i już bezpieczni podążaliśmy do obozu, ciągle się krzyżując z posłańcami Hetmana, którzy wiadomość o odniesionym tryumfie wieźli do kraju.
Razem z tem, wprzódy jeszcze nimeśmy nadążyli pod Chocim, dowiedzieliśmy i tej smutnej nowiny zarazem, że Hetman Pac, zaraz po odniesionem zwycięztwie, przy którem kooperował, nazad z Litwinami do domu odciągał, nie dając się namówić, aby z niego korzystać.
Ponieważ tryumf ów cały Hetmanowi naszemu słusznie przypisywano, bo Pac bitwy nie radził i w wigilją jej cofać się życzył — zazdrość i inwidja spowodowały iż Sobieskiego samego rzucał... Nie było bowiem wątpliwości że pozbawiony litewskich wojsk i on też na tem poprzestać będzie musiał...
Zastałem Hetmana jeszcze rozgorączkowanego swem zwycięztwem, ale razem oburzonego na Paca.
W obozie wesołość, — pomimo złej pory, wszystkich szczęśliwych i sławiących Sobieskiego, który ojczyznę uratował. Już ani wątpiono teraz iż Kamieniec odzyskany zostanie.
Mnie, gdym się zjawił z listami od żony, Hetman tylko że nie uścisnął i nie całował, pytaniom nie było końca. Jak jejmość wyglądała, czy zdrowa była, czym Fanfanika widział i jak się hodował.
Nie dość było listów — zaledwie mnie od siebie odpuścił, już biegł Morawiec nazad wołając, — dla tych informacij. Najmniejszej rzeczy nie zapomniał, która się ukochanej Marysieńki tyczyła. Musiałem więc opowiadać, kto bywał, czy z domu Hetmanowa wyjeżdżała i do kogo, czy się na służbę i wygody nie uskarżała, nawet czy piece stare w domu Daniłowiczów, dobrze izby ogrzewały.
Zwycięztwo odniesione i listy otrzymane, mimo ostrej pory roku, Sobieskiego można było powiedzieć, odmłodziły, choć się to na nogi, to na krzyże uskarżał.
Na Paca tylko i Paców wogóle pioruny ciskano, bo nie dosyć iż o mało Chocimskiego zwycięztwa swoim uporem nie wyrwał z rąk Sobieskiemu, ale wszystkie jego skutki, paraliżował odciągając — bez pytania samowolnie.
Dla mnie wszystko com tu w obozie i Chocimiu zastał, nowem było i ciekawem. Co tylko wojna z sobą przynosi tegom się napatrzył — i pijanych tryumfem a szczęśliwych i pokaleczonych okrutnie a bolejących, i pozabijanych w kwiecie wieku...
Łupu tureckiego też mogłem nakupić za bezcen, co wlazło, bo proste ciury najkosztowniejsze rzeczy w pół darmo dawali, napraszając się. W zdobytym zameczku, do którego się kupców siła schroniło, kupi różnej nabrano i rozerwano bardzo wiele; na żydach, ormianach i grekach.
Hetman właśnie był powrócił do obozu z wycieczki, którą przedsiębrał naprzeciw ciągnącemu Hussejnowi w pomoc Kapłanowi Baszy który zawczasu się o chocimskiej klęsce dowiedziawszy uszedł.
W czasie oddalenia się Sobieskiego, Pac z Litwinami odszedł, a tu ze Lwowa jeden poseł naprzód zaraz po mnie nadbiegł iż król bez nadziei życia, dogorywa, a drugi że zmarł.
Muszę tę sprawiedliwość oddać Hetmanowi iż, choć do króla Michała srogi żal miał za wyroki Gołąbskie, — przecież śmierć jego do serca wziął, i nad losem się litował.
Tu już dalej przeciwko turkom, po wyjściu Paca, po odkomenderowaniu Sieniawskiego Chorążego koronnego w pomoc Mołdawanom, nie było co poczynać. Trzeba było myśleć o zimowych kwaterach dla wojska na granicy, bo wiosna z sobą wojnę przynieść musiała.
Hetman też, który wobec turka tak dzielnym był co umiał wojsko nieustannie się burzące i skłonne do związków utrzymać w ryzie, którego myśmy wszyscy i bali się i kochali, tak był stęskniony za jejmością, i niecierpliwy pośpieszenia pod słodkie jej jarzmo, że na łeb na szyję wszystkiem rozporządzał — zastępców dobierał, szukał ktoby go wyręczył, aby co prędzej do najukochańszej Marysieńki się dostać.
Jak tylko wojsko się rozłożyło, — Hetman już po konwokacji puścił się w podróż dla spotkania z żoną, pilno mu tak było, iż prosił ją aby naprzeciw do Lwowa wyjechała, — bo go ani elekcja, ani publiczne sprawy nie obchodziły w części nawet tak gorąco jak połączenie się z żoną, za którą gdyby młokos tęsknił, rozpadał się, o niczem nie myślał tylko o niej.
Miałem tedy przed oczyma obraz passyi jakiej dotąd nie tylkom nie widział, alem się nie domyślał aby człowiek mógł być nią do tego stopnia opętanym. Chociaż połowy objawów tej namiętności widzieć nie mogłem — była ona tak w oczy bijącą, że ślepy by chyba poddaństwa pana Hetmana nie dojrzał.
Jejmość czyniła z nim co chciała.
Rozumem, nauką, charakterem wszystkiemi przymiotami stokroć ją przewyższał, tymczasem ona królowała, rozkazywała, a on stawał się przy niej najniższym sługą i ślepym rozkazów wykonawcą.
Płaciła mu za to, żal się Boże, prawie ciągle kwaśną minką, wymówkami, złym humorem, bo jej nigdy nie było dosyć na niczem. Hetman bez ograniczenia we wszystkiem jej słuchał, — tylko gdy o wojsko szło i obowiązki względem rzeczypospolitej — wymykał się i głuchym czynił.
Na konwokację, jakem pisał, Hetman stawić się nie mógł, bo wojsku hiberny obmyślać musiał, rozkładać je na granicach i na oku trzymać. Dopiero na sejm elekcyjny podążyliśmy wielkim dworem ale wojska z sobą nie prowadząc tak gromadnie jak drudzy, także ostatniego kwietnia ostatni też był nocleg przed Warszawą.
Jaka była miłość wielka i nadzieje w Hetmanie pokładane przekonać się mieliśmy zręczność po całej drodze niemal, bo go ciągle spotykano, wyjeżdżano naprzeciw, a orszak się nasz co godzina powiększał. Na ostatku, nie licząc pomniejszych mieliśmy z sobą Aleksandra Lubomirskiego wojewodę Kochańskiego, i Stanisława Jabłonowskiego wojewodę ruskiego, obu przyjaciół wiernych...
Zwyciężcę Chocimskiego wszyscy witali jako wybawcę i przyszłego rzeczypospolitej oswobodziciela, Senatorów mnóstwo, szlachty całe gromady stały przypatrując się uroczystemu wjazdowi Hetmana, który też wystąpił bardzo pańsko...
Wojska nie było wiele, trochę pancernych i regiment dragonów, ale więźniowie tureccy, janczarowie z muzyką swą osobliwą, potem sam pan z łukiem na ramieniu, z tarczą złotą — piękny choć malować — tylko mu na skroń laur włożyć — oczy rwali.
Zajechaliśmy do pałacu Kazimirowskiego, który dla Hetmana był wyznaczony i gdzie ona też mogła się wygodnie pomieścić.
Pan Bóg to wiedzieć raczy, azali naówczas w początku Sejmu, postało w czyjej myśli aby Hetmana królem wybrać. Jeżeli kto się z tem już nosił ukrywając, to chyba jedna Hetmanowa, a ta jeśli się komu zwierzyła, tylko Jabłonowskiemu, z którym się często na osobności po cichu naradzała, przed mężem tając z temi konszachtami.
W Warszawie zastaliśmy wszystkich rozgorączkowanych, Paców zabiegających i intrygujących z królową wdową... z prymasem... jednych z Kondeuszem, drugich za Neuburgskim, innych za Lotaryngskim, który miał Eleonorę zaślubić, chociaż ta gotową była i za francuza wybranego wyswatać się byle się przy koronie utrzymać.
Zgiełk, ruch, wrzawa, a Litwa z koroną, możne dwory między sobą w ciągłych waśniach bij, zabij. Nie było dnia żeby trupów kilkudziesięciu po ulicach i na drogach nie zwleczono.
Hetman jak był ustrojony paradnie, musiał w prost nie na swą kwaterę jechać, ale naprzód do dworu księcia Michała Radziwiłła Hetmana polnego, który na przyjęcie jego się wspaniale przygotował i ugościł. Sławiono w nim zwycięzcę, ale najmniejszego nie było znaku aby go na tron wynieść zamyślano.. Gdzie się człowiek posunął tylko o Neuburgu, Kondeuszu i Lotaryngskim słychać było.
Ja naówczas, jako młodzik, więcej się tą nielitościwą a płochą Felisią zajmowałem niż polityką i elekcją, ale o uszy mi się ciągle coś obijało, bo drudzy o niczem nie mówili tylko o niej, więc w ostatku i we mnie się ciekawość rozbudziła.
To dobrze pamiętam, że w pierwszych dniach po przybyciu naszem do Warszawy, chociaż Hetmana z weneracją wielką przyjmowano wszędzie, i on tu obok Prymasa najpierwszym był — wszelako nikomu na myśl nie przychodziło, drugi raz Piasta wybierać, gdy się na jednym sparzono. Wiedziano też i znano że Sobieski francuza popierać przyrzekł.
Jednakże coś musieli Pacowie przewąchać, albo się obawiali niespodzianki bo puszczono szmermel, aby naprzód Piasta exkludować; choć się żaden kandydat nie stawił. Byłoby może do tego przyszło, ale co godzina nowy niepokój nowe myśli sprowadzał.
Nigdy podobno tylu kandydatów do tej nieszczęśliwej korony Polskiej się nie zgłaszało, co teraz, gdy ona zewsząd zagrożoną była...
Nie notowałem sobie podówczas, ale się dla żartu nauczyłem na pamięć litanij którą jakiś żartowniś, jowjalista ułożył z imion kandydatów.. Zabawiano się nią na Woli... powtarzając i przepisując, chociaż większej części książąt tych nikt nie znał i ledwie kto popierał.. Dwóch tylko znaczniejszą liczbę popleczników miało.
Snadź już tę koronę za tak łatwą do zagarnięcia poczytywano, że po nią było tylko rękę wyciągnąć.
Stali w owej Litanij, o ile ja sobie przypomnieć mogę, Tomasz Sabaudzki książe, którego tu żywy człek nie znał, drugim książę Modeny, a o tym wiedziano tyle iż dobry katolik był, Jerzy królewicz duński już przez to podejrzany że luter; tak samo jak syn Elektora brandeburgskiego. O tych obu ani Nuncjusz ani duchowieństwo słuchać nie chciało, a panowie dysydenci tej siły nie mieli ażeby ich sami wybrali, — za temi szli francuzki Verdome, idem Kondeusz, hrabia Swessjonu, jakiś książe bawarski, Jakób książę Yorku brat króla angielskiego, Don Juan austryjacki syn Filipa III, z nieprawego łoża (co szlachtę w passją wprawiało, bo u nas do cechu bękartów nie przyjmują), na ostatku jeszcze byli: syn Cara Moskiewskiego Aleksego, książe Siedmiogrodzki, no i ów Neuburg i Lotaryngski, Papież zaś miał ochotę forytować księcia Alfieri, tylko mu Nuncjusz odradził.
Było więc w czem wybierać, do Piasta się niepotrzebując uciekać.
Ta mnogość kandydatów, właśnie naówczas gdy pośpiech i zgoda były najpotrzebniejsze, jednych do rozpaczy przyprowadzały, w drugich pusty śmiech budziły, bo połowy ich nikt poważnie za pretendentów przyjąć nie mógł i na żart niemal wyglądało iż ich imiona na wierzch wypływały właśnie gdy termin elekcji wyznaczony był krótki, czasu na rozpusty wcale nie mało zostawało, turek zagrażał, a o obronie myśleć było potrzeba ante omnia.
Przyszło do tego iż panowie Senatorowie duchowni, zestraszeni tą ewentualnością iż elekcja zwlec się może, nakazali na tę intencję czterdziestogodzinne nabożeństwo, z wystawieniem przenajświętszego Sakramentu po wszystkich kościołach, aby pan Bóg umysły do zgody i jedności nakłonić raczył.
Nam się wszystkim naówczas zdawało, jakoby Neuburgski lub Lotaryngski niezawodnie otrzymać musiał, a u nas tylko o pierwszym z nich lub Kondeuszu mówiono, oczekując co poseł francuzki z sobą przyniesie który z przyjazdem się opóźnił; na co pani Hetmanowa szczególniej się żaliła.
Być bardzo może, o ile ja sobie po latach tylu przypomnieć umiem i kombinuję dziś, post testum, że Hetmanowa potajemnie, ewentualnie elekcję mężowską na myśli miała, nikomu się tego, oprócz wojewody ruskiego nie zwierzając. — Było to jednak tak przysłonięte, zakryte iż się tego nikt nie domyślał.. Rachowano na to iż w ostatniej godzinie i gdy głosy rozbite zostaną, a Elekcja pilną będzie — wszyscy zgodzą się na zwycięzcę turków.
Składało się po myśli. Przybył od Wołochów poseł w imieniu turka ofiarujący pokój i zwolnienie z haraczu, byleby go w posiadaniu Kamieńca spokojnem zostawiono. Ale po Chocimskim pogromie, nikt słuchać nie chciał takich ofert.
Zaraz potem znać dano od granicy że Kaplan Basźa ciągnie pod Chocim, że na Jassy turcy napaść zamierzają, Soczawę chcą zdobyć, że Tatarowie już na Pokuciu plondrują — że Sułtan się z tem odzywa iż polacy bez jego zezwolenia króla wybierać nie mogą... wszystko to tak umysły podburzało, iż na gwałt chciano Elekcję przyśpieszyć aby rzeczpospolita dłużej bez głowy nie pozostała.
Ale nim by do wyboru przystąpiono, szlachta była tak nerwowa, tak różnie myśląca, a panowie tak zazdrośni o siebie i swe stanowiska i zgoda zdawała niepodobieństwem.
Pacowie tymczasem, jakby przeczuciem jakiem, wraz z adherentami swemi w Litwie i koronie, poczęli, jakom mówił, naglić aby naprzód Piasta wyłączyć.
Mówiło to za niemi, iż z Michałem wszystkie klęski na Polskę spadły powtarzano więc — non bis in idem.
Byłoby do exkluzij przyszło może, ale się wielkopolanie rozmyślili, lub im kto podszepnął żeby się z tem nie spieszyć — i zażądano od nich aby wprzódy wszystkich kandydatów pod pręgierz postawić i przedyskutować ich zalety i defekta...
Tak tymczasem Piastowi została otwarta brama, chociaż żaden się nie ukazał, co by nią ochotnie miał wjechać, a dawni kandydaci, Kondeusz, Neuburg, Lotaryngski byli we wszystkich ustach i — kieszeniach — Pacowie Sobieskiego nienawidząc, ponieważ on francuz był — jak naówczas się wyrażano, do obozu Cesarskiego się zaciągnęli.
Z wymienionych w litanji kandydatów, duńskiego i brandeburgskiego, przeciwko którym Nuncjusz w imieniu Papieża się oświadczył, nie przypuszczono nawet do zalecenia się.
Jeszcze to teraz powtórzę, iż ja com przy dworze Hetmana był, patrzył, słuchał, a choć młody, ciekawie chwytał wszystko, nie dostrzegłem ani najmniejszej oznaki ażeby Sobieski myślał o koronie dla siebie.
Do ostatniego momentu nic nie transpirowało.
Po za szopą co się działo — trudno to opisać i dosyć że bójki i strzelania codzienne, nawet po ulicach. Na Woli zaś posłów cudzoziemskich, poznawszy od Nuncjusza i Cesarskiego słuchano, potem pomniejszych Francuzki się spóźniał i nie było go, na co u nas narzekano; tak że dopiero piętnastego Maja nadążył, gdy już nie wiele mógł zrobić, bo termin Elekcji był za pasem.
Przypisywano mu później że on Hetmanowi dopomógł do korony, ale na to czasu nie miał, a mnie się zdaje i instrukcji. Gdy się elekcja dokonała, wolał pewnie Sobieskiego niż kandydata cesarskiego lub innego, któregoby musiał zyskiwać, — a ten duszą i ciałem francuz był. I po przybyciu swem, pierwszego niemal biskup Forbin odwiedził Hetmana i żonę jego.
Mówiłem już co się na mieście działo... gdzie władza marszałkowska nie była zdolną porządku utrzymać i często przez szpary patrzeć musiała, na bijatyki i kłótnie. Jedną z najznaczniejszych była pomiędzy czeladzią i dworem księcia Konstantego Wiśniowieckiego, brata Dymitra, którego ludzie zajęli kwatery, wprzódy pono przez litwinów zamówione.
Litwa bojownicza na miejsce przybywszy i dwory zastając zajęte, jęła się siłą i gwałtem Wiśniowieckich rugować, ci też za broń chwycili, i czoło im stawili, a bój się i walka wszczęła tak zajadła i krwawa, że zabitych z obu stron kilkunastu liczono, a rannych dwakroć tyle...
Rozerwano ich potem i zmuszono do uspokojenia — ale sprawa, inkwizycje i godzenie trwało dni kilka, które marnie strawiono dla tej waśni.
Przez cały ten czas my z poczciwym Szaniawskim razem przy osobie Hetmana zostawaliśmy. Widywaliśmy go w domu i w polu, między Senatorami i pośród przyjaciół, a nikomu z nas w myśli nie postało przyszłego króla w nim przeczuwać, tak spokojnym był, pogodnego oblicza, wesołym nawet... czy że dysymulować umiał doskonale albo w istocie nie myślał o koronie.
Przy stole, z gośćmi jeśli mówił to o Turkach, Chocimie, Soczawie, Kamieńcu i pilnej potrzebie ciągnięcia na nieprzyjaciela, dopóki by się go większe kupy nie zgromadziły i pozycij, nie zajęły mocniejszych.
Honory mu czyniono wielkie — ale te Hetmanowi należały, a jako zwycięzca, który traktaty Buczackie poszarpał, zasługiwał na nie.
Od niego też jednego odzyskania Kamieńca, odparcia Turków się spodziewano...
Wszyscy go jako tryumfatora na ręku nosili, co w Pacach tem większy gniew i zazdrość obudzało, bo było zarazem wymówką przeciw nim, którzy poniewoli tylko bili się pod Chocimem, a zaraz potem precz do domów pociągnęli, i niedali ze zwycięztwa korzystać. Sobieski im to głośno wyrzucał, a nie mieli się czem tłumaczyć.
Zazdrość była jawna, prywata brzydka. Jabłonowski, Lubomirski, wojsko całe wynosiło Hetmana, gdy ich nawet obronić nie było komu. Ztąd złość niewypowiedziana...
Na placu elekcyjnym unikano się wzajemnie, Pacowie świeccy i duchowni, dwu biskupów, kanclerz, hetman chodzili osobną gromadą. Patrzano na siebie z ukosa...
Na Litwie dosyć silni Pacowie przecież mieli i tam przeciwko sobie Sapiehów, z któremi Hetman stał dobrze i Radziwiłłów, — z któremi był spokrewniony przez siostrę. Siły więc nierówne były, lecz na warcholenie i zawichrzenie Paców stało.
Królowej wdowie Hetman należne uszanowanie okazywał, ale ona wiedziała dobrze iż go sobie pozyskać nie może, a samą Hetmanową nienawidziła... Trudno też było dla królowej wielki szacunek mieć, przypominając jak z królem nieboszczykiem żyła, jak teraz intrygowała, gotowa się sprzedać za koronę choć serce Lotaryngskiemu oddała.
Biskup marsylski Forbin, który tak bardzo się opóźnił z przybyciem, natychmiast wszedł z Hetmanem w stosunki ścisłe — ale żeby go miał popierać, lub z myślą tą jechać — nie może być. — Wiele zaś pomódz nie mógł, bo sam tu miru nie miał. Znajomych nawet ludzi, ani stosunków, a polecony był z Paryża, Hetmanowej i Sobieskiemu.
Wszyscy o pośpiech wołali i nie było dnia, żeby goniec nie nadbiegł od kresów naglący o obronę — Periculum in mora, wołano jednym głosem, a tu Neuburg i Lotaryngski tak stali, że gdyby na nich głosowano, na dwie prawie równe części podzieliłyby się wota, i zgoda nie możliwą była, bo żaden nie myślał ustąpić.
W ostatku szukając takiego na którego by się wszyscy zgodzić mogli, stawiono ks. Modeny, jako dobrego katolika, ale tego nikt nie znał i nic go zresztą nie zalecało. — Zaledwie o nim mówić poczęto, gdy ponownie wiadomość przyniesiono, że Tatarzy na Pokuciu plądrują.
Hetman a razem Marszałek, w ciągu ostatnich dni gdy już termin naznaczony dla Elekcyi upływał, niezmiernie był czynny ze swego urzędu marszałkowskiego, a gdy pod szopą do zbytku się zawieruszyło, stukając laską o ziemię dwa razy ją połamał...
My z Szaniawskim, gdy wchodził umieliśmy się wcisnąć pod szopę, i staliśmy słuchając u drzwi. Tak się nam też dostało jego przemówienie, to jest votum usłyszeć...
Z początku dosyć nieśmiało i cicho odezwał się z tem że Polsce potrzeba nie takiego wodza i króla, któryby się dopiero uczyć musiał, ale doświadczonego i dojrzałego; potem coraz głośniej i wymowniej za królem — żołnierzem przemawiając, — wotował za Kondeuszem...
Krótkie to przemówienie ogromne uczyniło wrażenie. Pomięszali się wszyscy, rozbity obóz francuzki na nowo się około tego imienia zjednoczył, — tylko Pacowie, nie chcieli go dopuścić.
Ze wszystkich stron ich adherenci nosić się z tem poczęli że Kondeusz znanym bezbożnikiem był, z kalwinem Radziwiłłem poufale przestawał, w piątki z mięsem jadał, z obrzędów religijnych się naśmiewał — a Ludwik król dla tego forytował go do Polski, aby się pozbyć z Francji.
Pomiędzy tymi co Kondeusza chcieli a Pacami i rakuskiemi stronnikami, w tych dniach do takiego rozdrażnienia przyszło iż można się było krwi przelewu obawiać.
My, jak w tęczę patrzyliśmy na naszego pana, ale ten tak był spokojnym a na oko chłodnym, jakby się niczego nie obawiał, gdy z przeciwnej strony po Pacach poznać było można iż w nich wrzało i kipiało.
Królowa wdowa, której zastępca Prymasa pomagał — trzymała dotąd za Lotaryngskim, który niemiał żadnej nadziei aby go wybrano... Pacowie szli z nią. Powiadano że do niej wysyłano poselstwo, ale to z niczem powróciło... Hetman i kanclerz litewski spodziewali się jeszcze Lotaryngskiego przeprowadzić, w najgorszym razie Neuburga — o Kondeuszu zaś ani słuchać nie chcieli.
Dano znać naszemu panu w porę że Pacowie ze swym kandydatem do koła pojechali... gdy po ogrodzie Kazimirowskiego pałacu z francuzkim posłem się przechadzał. Słyszałem jak się odezwał do biskupa.
— Bądźcie spokojni, ja też jadę do Koła, rakuszanina nie dopuścimy nigdy.
Siadł zaraz na koń i popędziliśmy na Wolę.
Nigdym miasta jeszcze nie widział w takim popłochu jak dnia tego, sklepy zamykano, w niektórych domach też wrota stały zaparte, żydzi się wynosili — kupy zbrojne zewsząd zdążały na Wolę, zdawało się że przyjdzie do starcia i krwi rozlewu.
Gdyśmy z Hetmanem i niewielką garścią przybyli pod Szopę, ruch między Litwą wszczął się taki, jak gdyby na raz i na naszych rzucić się chciała. Ale biskup Tzebicki zaintonował Veni Creator — i wszyscy musieli mu wtórować, a przez ten czas i poostygali nieco, rozważywszy co z rozruchu wyrosnąć może.
Natychmiast potem Województwa się rozdzielać poczęły i stawać pod chorągwiami, a Hetman przy ruskim się umieścił... obok przyjaciela swego Jabłonowskiego. — To była godzina rozstrzygająca i myślę że na nią Wojewoda liczył...
Podniósł tedy głos bardzo śmiało i wymownie, a nadewszystko gorąco, tak że i słuchającym serca się rozgrzały...
O Neuburgu mowy być nie może — mówił, Lotaryngski rakuskim jest kandydatem, niechcemy go... ja głosuję przeciw... — Przeciwko mianowaniu Kondeusza nie miałbym nic do nadmienienia, ale Kondeusz starym jest i zmęczonym, a nam potrzeba dzielnego i w sile wieku wodza... Kondeusz nie zna ani kraju, ani wojen naszych. — I po cóż bohatera tego szukać mamy za granicami naszemi, a do cudzych uciekać się Bogów, gdy w swojem gnieździe mamy jedynego człowieka, wodza który już dowody dał męztwa, rozumu i dzielności.
Przerwano mu wołaniem — Piast! Piast!...
Jabłonowski coraz gorącej ciągnął dalej zalecając już Sobieskiego... i przypominając zwycięzkie jego bitwy, Słobodyszcze, Pohayce, Chocim...
Ledwie mu dokończyć dano, tak wszyscy jednogłośnie wołać zaczęli...
— Vivat Piast, Vivat Joannes!
Patrzyłem się na niego, gdy się to działo — pobladł nieco, ale wnet odzyskał spokój i panowanie nad sobą. Prosił o głos... i odezwał się za Kondeuszem... dla aljansów i opieki mocarstw obcych — których Piast za sobą mieć nie mógł.
Ale przerwał mu kasztelan lwowski poważny mąż, i krótkie przemówienie zakończył.
— Palec w tem Boży widzę, wotuje za Sobieskim.
Za nim już jednych chórem zgodnym wołać poczęto okrzykując go, Aleksander Lubomirski w Krakowskiem, Czarnecki z Podlasiem, dalej województwa już wszystkie, a nawet wielka część Litwy Sapieżyńskiej i Radziwiłłowskiej — tylko Pacowie pociągnąwszy z sobą dwu Wiśniowieckich — krzyczeli za Lotaryngskim i królową Eleonorą, ale ani ich słychać było, ani słuchać chciano... — Znalazłszy się w bardzo szczupłej kupce, bo jeszcze im odpadło dużo w samym ostatku... utonęli prawie z uporem swoim nadaremnym.
Wszystkie te mowy, krzyki, radosne nawoływania się — spory, zabrały czasu do wieczora... Mrok padał już gdy Jabłonowski z Lubomirskim na biskupa Krakowskiego nalegać poczęli, aby okrzyknął króla, którego jednogłośnie obrano...
Tymczasem Sobieski obejrzawszy się postrzegł że Pacowie wszyscy z Wiśniowieckimi i wierną sobie Litwą z placu zjechali, nie bez celu...
Zabrał zaraz głos, i oświadczył że z urzędu swego marszałkowskiego, obowiązanym będąc do strzeżenia aby się prawu zadość działo, na ono ogłoszenie zgodzić się nie może, dopóki Litwa i ci co opór stawili, nie zostaną pozyskani... — Gdyby innej opozycij nie było, dokończył podnosząc głos — ja veto moje stawiam i niedopuszczę...
Za czem, gdy już mrok padał co raz gęstszy, wszyscy się z pola rozjeżdżać zaczęli, ale Hetmanowi towarzyszył orszak ogromny z okrzykami, a wszyscy go, mimo wzdrygania się jego, królem już zwali.
W kazimierzowskim pałacu, Hetmanowa już przez biskupa marsylskiego uwiadomiona o wszystkiem i pierwszy raz... Najjaśniejszą panią utytułowana, dowiedziawszy się że mąż nie dopuścił okrzyknięcia i z powodu Paców wszystko zwlókł, narażając elekcję swą na nieprzewidziane zmiany, — przyjęła go gniewem i wyrzutami.
Nie pochwalę się abym tam był, na to patrzył i słuchał, ale wiem z najlepszego źródła że między małżeństwem wszczął się spór żwawy i niemal kłótnia. Wpadła Hetmanowa z gwałtownością wielką na niego, wyrzucając mu że siebie, ją i przyszłość dzieci, jakiejś fantazij poświęcał... Słuchał dosyć zimny, z początku mężnie się opierając.
Powtarzały panny, które u drzwi słuchały, całą tę między małżeństwem rozprawę, w której i łez i gniewu i pogróżek zażywała Hetmanowa, a ci co znali ją i jego wiedzieli dobrze na czém się to skończyć musi, i że Sobieski w ostatku znużony, przeciwko przekonaniu ulegnie...
Tym czasem jednak zakończyło się pono tem iż Hetman powiedzieć miał do żony.
— Nie chcę aby mnie Pacowie tak na tortury brali, jak Praźmowski i my wszyscy męczyliśmy tego nieszczęśliwego Michała... — Pomsty Bożej się lękam, Paców znam, niechcę ich mieć przeciw sobie, życie nam zatrują. — Wyboru ani korony nie przyjmę, jeżeli się oni nie zgodzą...
Przez caluteńką noc, ani Hetman, ani żona szczególniej nie udała się na spoczynek, nawet chwilowy...
Przybiegali posłańcy z doniesieniami, wyprawiano listy, wszyscy byli na nogach, tak samo u nas jak na zamku, w klasztorze OO. Jezuitów, u Bernardynów i t. p. Pacowie na Pragę się cofnąwszy, tam obozem rozkładali, a słychać było że z wieczora jeszcze przeciwko Elekcij protest do Akt w imieniu Litwy zapisali...
Mnie dopiero później na to wszystko otworzyły się oczy — bo naówczas patrząc co się działo, wiedziałem tylko iż się panowie rozgorączkowywali, gniewali, występowali, — alem sprężyn tych machinacij nie dopatrzył. W istocie zaś wojna to była, pomiędzy Kanclerzyną Pacową, z królem francuzkim spokrewnioną, dumną i ambitną jak Hetmanowa, a nią, która po Maryi Ludwice energję jeśli nie rozum i przebiegłość odziedziczyła.
Dodawszy do tego królowę Eleonorę, która Prymasem i obozem rakuskim władała i nim się posługiwała, — choć mężczyzni walczyli z sobą, — wojna była kobieca...
Jam też tej nocy dla mnie pamiętnej, nie wyszedł bez szwanku...
Posłano mnie do pana Wojewody Krakowskiego z kartką, od którego powracając, wstąpiłem do winiarni francuzkiej, w której świeciło się, bom i głodny był i spragniony.
Tu ledwie się do kubka docisnąć było można, taki tłok i gąszcz ciasne izdebki napełniała.
Jeszczem po winie gęby nie otarł, słyszę za sobą, na stole stojącego oratora, który wrzeszczy w niebogłosy...
— Co wy mi Hetmana Sobieskiego zalecacie? Sławicie jego zwycięztwa, albo to światu nie wiadomo zkąd jego moc i bogactwa pochodzą? Od wszystkich brał, gdzie tylko urwać było można... Płacili mu Turcy, płacił Neuburg, sypał Kondeusz... albo to nie cudowna rzecz, że gdy mu kto zawadzał, to go nagle choroba sprzątała... Zapytajcie z czego zmarł król Michał i kto mu upiekł tę cyrankę, która go zadławiła? kto sprzątnął Prymasa, gdy niewygodnym stać się mógł...
Mnie słuchając krew buchnęła do głowy... i drżącą ręką szabli dobywszy, z krzykiem się rzuciłem na stojącego a perorującego ze stołu szlachcica, któregom na ziemię ściągnął...
W izbie ciasnota była wielka, ludzisków różnych kupa, jedni za mną, drudzy za obalonym stawać poczęli... Ja już spełna nie wiedziałem ani co czynię, ani na co się ważę i ledwie się podniósł z ziemi orator, z szablą na niego wpadłem.
— Bij się, szelmo!!
Zaczęto nas rozrywać nadaremnie, bo mną taka złość miotała, taka jakaś siła wstąpiła we mnie, żem się i dziesięciu nie dał, a Litwina Suszkę, który tak przeciw Hetmanowi bluźnił, po łbie raz i drugi ciąwszy, — byłbym dobił, gdyby mnie gwałtem nie oderwano od niego...
Nie czułem tego nawet że sam też cięty w ramię ranny byłem i nie opamiętałem się aż w ulicy, bo mnie poznawszy niektórzy uprowadzili poniewoli właśnie gdy się litwa mścić za Suszkę zabierała...
Tum się dopiero obejrzał że mi ciepło w rękawie, ale że ręką władać mogłem — nicem sobie z tego nie czynił, i ledwie chustką zawiązawszy, pospieszyłem do kazimierowskiego pałacu...
Alem już do Hetmana samego z odpowiedzią pana Wojewody nie mógł dostąpić, bo przy świetle się okazało żem cały był krwią własną i ranionego umazany, a we łbie mi się też kręciło i padłem na łóżko jak martwy.
Dopiero nierychło, gdy Hetmana Felczer żyd nadszedł zawołany i ranę opatrzył a mnie orzeźwił, do zmysłów przyszedłem...
Tłumaczyć się z tego co się stało niepotrzebowałem, bo Michałowski, dworzanin też Sobieskiego świadkiem był w winiarni całego zajścia i powodu jaki miałem, ujmując się za cześć pana.
A choć tej nocy zasnąć prawie czasu nie miał, przyszedł Hetman sam do mnie.
— Bóg zapłać, Polanowski, rzekł pochyliwszy się nademną — ale powinieneś wiedzieć że psie głosy nie idą pod niebiosy, a w takiej kupie ludzi nie porywać się jednemu z szablą... Łaska Boża że cię nie rozsiekali.
Na co ja mdłym głosem odparłem.
— Człowiek niepoczciwej potwarzy słuchając pomiarkowania niema...
A Hetman uśmiechając się, bo już mu spieszno było — odparł tylko.
— Janasz powiada że was rychło wykuruje, tym czasem leżeć spokojnie...
Rad nie rad w tej godzinie, gdy mi najgoręcej się chciało, patrzeć i słuchać zamknięty w dusznej izbie, przykuty do łóżka męczyć się musiałem i polewką mnie karmiono, a wściekły głód męczył...
Szaniawski mi wiadomości wszelkie do poduszki przynosił...
— Nie stało by nas wszystkich ilu jest przy Hetmanie, — powiedział — gdybyśmy za francuzką się ujmować chcieli... On jak on, ale ona się ma z pyszna, aż uszy więdną. Odgrażają się że choćby królem obrany został, co pewno nastąpić musi — jej koronować nie dopuszczą...
Ale o tem ja i wszyscy wiedzieli zdawna, że krom rozkochanego w sobie małżonka, Wojewody ruskiego, którego sobie starała się pozyskać, kilku osób do rodziny należących, miłości nie miała u nikogo, ani się też ją pozyskać starała.
Zrażała dumą, mało powiedzieć królewską — bo się za bóstwo jakieś miała, a czci dla siebie wymagała nadzwyczajnej. Rzadko ją widzieć było można z wypogodzonem obliczem, rzadziej jeszcze od niej dobre słowo posłyszeć. Jak się czasem z mężem obchodziła, któremu wszystko była winna, choć się jej zdawało, że on jej wszystko zawdzięczał o tem tylko my domownicy wiedzieliśmy.
Hetman to wszystko z niewymowną łagodnością i słodyczą znosił.
My, obcy nie obdarzeni taką świętą cierpliwością jak on i nie wdrożeni do ulegania, nieraz patrząc i słuchając zaciskaliśmy pięście mrucząc — Aj dałbym ja ci dał!
Od Szaniawskiego tedy wiedziałem jak Hetmanowa, nie zważając na to co mąż mówił i zamierzał niesłychanie była czynną z jednej strony, z drugiej Pacowa i królowa — i co na nie wszystkie wygadywano, szczególnie na piękną Hetmanowę, której faworom dla wojewody ruskiego przypisywano że on za Sobieskim głos podniósł.
Oprócz niego Aleksander Lubomirski i książe Michał Radziwiłł i wielu innych elekcją Sobieskiego gorąco popierali pomiędzy senatorami, bo u szlachty i tak miał mir wielki, jako dzielny żołnierz i dowódzca.
Pani Hetmanowa zaś obietnice przyszłych łask w rozdawnictwie wakansów nie szczędziła i oprócz tego samej rzeczypospolitej chciała od męża więcej pono przyrzekać, niż to na co fortuna jego starczyć mogła.
Gdyby nie Szaniawski, który o mnie pamiętał, następnego dnia bym był mógł z głodu zdechnąć i wszyscy by o mnie zapomnieli takie było w pałacu zamięszanie, latanina, niepokój, — przybywanie ciągłe gości rozsyłanie na wszystkie strony taka jeszcze, pomimo wyboru, niepewność co z niego wyniknie.
Hetman król wszystko to z wielkim znosił spokojem, ale co się z nią działo i że przeżyła tę gorączkę — ludzie się wydziwić nie mogli, bo na przemiany to się radowała to desperowała, odgrażając że się z Polski wyniesie, że znać jej niechce, jeżeli dozna sromoty... — Do biskupa Krakowskiego, do wojewody ruskiego, biegały a biegały posły.
Pacowie tym czasem na Pradze osobnym obozem stojąc obliczali się ze swojemi siłami, ale te okazały się za szczupłe aby mogli wydać wojnę. Wdał się w pośrednictwo marszałek Połubiński, jeden z Ogińskich. Pozyskano biskupa Wileńskiego, — i w końcu mięknąć poczęli, choć Kanclerzyna upokorzona — rozpaczała..
Już tego dnia by był biskup rad nie rad, mimo nalegań i prośb królowej wdowy ogłosił Jana królem, ale Sobieski wbrew żonie, wbrew wszystkim oświadczył iż korony inaczej nie przyjmie tylko jednogłośnie i zgodnie ofiarowanej, — nemine contradicente, jak prawo chciało..
Nie powątpiewano już tej nocy że nazajutrz okrzyknięty zostanie królem i Szaniawski mi relację z tego zdał że w mieście i na Woli radość, ognie, strzelania i śpiewania, a pijatyka aż do rana bywały.
W pałacu znowu mało kto mógł zmrużyć oko, bo spokoju nie było ani w kuchni, ani w stajniach ani na pokojach. Hetman tylko nad ranem poszedł do łóżka, gdy sama ona listy dyktowała i rozsyłała.
Tu mi się godzi wspomnieć o moich nieszczęśliwych z panną Felisią stosunkach. Jużem ją znał, i każdego dnia lepiej, wiedziałem że płochą była a wedle wzoru pani swej i opiekunki postępowała we wszystkiem, ale na co człowiekowi rozum się zdał, gdy nim passja owładnie.
Wszyscyśmy z królewskiej powolności dla żony szydzili, a jam słowo w słowo takim był dla tej dziewczyny jak on dla swej Marysieńki. Robiła ze mną co chciała, z nieba mnie do piekieł strącając i z otchłani dzwigając jednem paluszka poruszeniem.
Nie wiele ją to kosztowało, tak słabym byłem dla niej.
Dopóki nic się jej lepszego nie stręczyło, bywałem i ja dla niej dobry, uśmiechała się, — podarki przyjmowała, rączki do pocałowania nie broniła — a no trafił się ktoś pokaźniejszy a spojrzał na nią i okazał jej że mu obojętną nie była, szedłem w kąt i znać mnie nie chciała.
Naówczas poprzysięgłem sobie iż nie spojrzę na nią nawet i zbliżałem się do Skorobohatej, która była dobrego serca dziewczęciem, szczerze mi sprzyjającem.
U Felisi nie trwało nic — po mnie raz wstąpił w łaskach niejaki Bartkowski herbu Świnka, którego my całą Świnią przezywaliśmy, bo otyły był i ciężki, ale za bogatego uchodził. Ojciec jego starostwo miał i za króla Michała dla syna prawo następstwa sobie wyrobił, jus comunicativum.
Zawsze więc już jam mu nie mógł sprostać.
Ten pono nie długo w jej sercu gościł, jeżeli tę gospodę sercem się zwać godziło.
Nastręczył się przy Jabłonowskim będący młody i ładny chłopak, wojskowo służący Kostecki — który oszalał niemal dla niej..
Na mnie więc ani patrzeć nie chciała, ale za razem francuz inżenjer świeżo z Francji przybyły zjawił się na naszym dworze i przylgnął do niej.
Kostecki się o tem dowiedziawszy że panna z nim po ogrodzie przy pałacu, który rozległy był i bardzo piękny, wieczorami sam na sam długie odbywa przechadzki — odstręczył się i porzucił. Francuza Hetman wyprawił do zameczków, które chciał mocniej opatrzeć, Bartkowskiego też gdzieś nie stało, — mogła przyjść znowu kolej na mnie.
A było to właśnie pod ten czas gdym leżał ranny.
Zdziwiłem się mocno z Ochmistrzynią starą widząc ją wchodzącą do mnie... Byłem sit venia verbo, tak głupi, żem to wziął za dobrą monetę, za dowód jej serca litościwego i na nowo rozgorzałem. Szaniawski nie chcąc mnie martwić, z tem o czem wiedział, zamilczeć wolał.
Panna usiadłszy na chwilę, — jako towarzyska Ochmistrzyni nie wiele mówiła, ale się uśmiechała i okazywała taką miłą dla mnie, iż mi mogę powiedzieć, sił i zdrowia dodała.
Chociaż i inne osoby do naszego dworu należące odwiedzały mnie też z kondolencjami, z powodu żem dla czci królewskiej cierpiał — bytność u mnie panny Felisi wziąłem za szczególny dowód jej łaski. — Znowu mi głowę zawróciła.
Rana moja nie była niebezpieczną, ale się goiła powoli i mnie trzymała między czterma ścianami właśnie podówczas kiedy było najwięcej do słuchania i widzenia.
Szczęściem że dobrzy przyjaciele Szaniawski i Morawiec, na przemiany przychodzili i przynosili co który posłyszał. Morawiec zaś, choć na to nie wyglądał, z cicha pęk — niezmiernie umiał zręcznie chwytać w powietrzu plotki i podglądać a podsłuchiwać.
Przez te dni przyszła królowa chodziła w gorączce, bo wdowa po Michale, która naprzód z Lotaryngskim chciała panować, potem gotową była francuza poślubić, naostatek teraz z pomocą Paców powzięła szaloną myśl, aby Sejm Sobieskiemu kazał się z żoną rozwieść, a ją poślubić.
Ukrywano to przed Hetmanową, ale przed nią żadna się intryga utaić nie mogła. Trzeba było widzieć jej wściekłość gdy się dowiedziała o tem!!
Próżno Hetman klęcząc z palcami złożonemi poprzysięgał jej, że prędzej się korony zrzecze, niż sobie warunek taki da narzucić, ona sama z siebie miarkując, nie uspokoiła się dopóki naostatek Pacta Conventa nie zostały spisane i poprzysiężone. Dopiero się uczuła panią — a że zemstę na wszystkich tych co przeciwko niej stawali — do póki żywota wywierać postanowiła... O tem i mówić nie potrzeba.
O każdym kroku królowej wdowy wiedziała Hetmanowa, bo za nią i do Bielan i do Częstochowy słała swoich — a nie odetchnęła aż Te Deum odśpiewano i Jana uroczyście królem okrzyknięto.
Od tej chwili poczęło się można powiedzieć panowanie jej nad Rzeczpospolitą całą z wyjątkiem nieprzyjaciół którzy jej przebaczyć nie mogli tego nadzwyczajnego szczęścia i których ona też nienawiścią ścigała do końca. Była zawczasu już dumną i wymagającą czci i hołdów — teraz wszelką miarę straciła i baczność. — A że jej kłaniano się, padano przed nią, że najwięksi panowie, książęta, duchowieństwo dla męża ją szanowało — a wedle naszego obyczaju uniżenie bardzo się zachowywało... musiało ją to upoić.
W życiu mojem to zawsze postrzegałem w narodzie naszym, że — jedno z dwojga, albo się uniżał i korzył, padając do stóp i całując nogi, — albo stawał się zuchwałym i grubjańskim. Środka między temi krańcami, mało kto się trzymał... Królów zaś u nas, nawet rokoszanie wenerowali.... jako pomazańców bożych...
Razem z panowaniem przyszła królowa musiała rozpocząć wojnę, nie, jak mąż z Tatarami i Kozakami, ale z Kanclerzyną i mnóztwem zazdrosnych a dumą jej obrażonych.
Wedle zwyczaju odwiecznego, powinien był odbyć się teraz pogrzeb nieboszczyka króla i obojga królestwa koronacja, ale tę musem było odłożyć, bo wojna się odkładać nie dała, a Sobieski może też myślał że się umysły uspokoją i przejednają — bo mu donoszono iż nieprzyjaciele koronacij królowej przeszkodzić się gotowali, a przynajmniej wywołać burzę i dumną kobietę upokorzyć.
Zaledwie Te Deum odśpiewano, gdy już przyszła królowa, wraz z posłem francuzkim i swojemi przyjaciółmi i przyjaciółkami tak czynnie się krzątać poczęła około rozdawnictwa urzędów, starostw i wszystkich tych jakiemi król rozporządzał — że sobie wrogów namnożyła bez liku.
Trzeba ją było widzieć pod ten czas, naprawdę swem szczęściem i potęgą upojoną, dwakroć dumniéjszą i kwaśniejszą niż kiedykolwiek była, mściwą — rozkazującą — despotyczną i nie szanującą nikogo. Jedni tylko posłowie obcych mocarstw, Nuncjusz szczególniéj i biskup marsylski byli wyjątkami — bo dla nich pewny respekt miała — obu ich potrzebując, co od innych — nie oszczędzała nikogo.
Można sobie wyobrazić ile nienawiści, sarkań, gniewów obudziła przeciwko sobie. Z kobiet nawet te z któremi dawniéj w przyjaznych była stosunkach, wszystkie zrażone się od niéj cofnęły i jawnie lub skrycie poprzechodziły do obozu nieprzyjacielskiego.
Król zaś, wyjąwszy gdy szło o wojsko i obronę granic, we wszystkich innych sprawach, ślepo jéj był posłuszny. Gdy się w czem oparł, dąsała się, zamykała, niewpuszczała go do siebie, nie dawała rączki dotknąć i w końcu wymogła co chciała.
W rozdawnictwie urzędów, — musiał Sobieski, choć ze wstrętem dopuścić aby zaprowadzony za Władysława i Kazimierza system, który Marja Ludwika do końca utrzymywała, — nie został zmieniony.
Wiadomem było że za wszystko sobie francuzka płacić kazała — a wychowanica jéj natychmiast przejęła ten obyczaj, o czem król choć wiedzieć niechciał, ulegał i milczał. Zwało się to porękawicznem, było niby podarkiem dobrowolnym — ale się targowano, jak na jarmarku, kto da więcéj i na zasługi nie zważano wcale, tylko na zapłatę.
Nigdy to nawet tajnem i tajonem nie było, w początkach ostróżniéj, potem śmieléj oferty się czyniły — a ten co zapłacił głośno mówił co królowéj dał.
Ztąd wszędzie, nawet po miejscach publicznych paskwilusze i urągowiska rosły, ktoby chciał za wszystkie się ujmować i rąbać, prędko by go nie stało.
Trąbiono o tém po mieście, ale że obyczaj ten wprzód nastał niż Hetmanowa królową — było się czem zasłonić — że tak zawsze się praktykowało.
Mnie ręka porąbana, choć rana się zdawała mało znacząca, nie dawała jeszcze w świat wyjść — nosiłem ją na opasce, — niechciała się goić, a władnąć nią nie mogłem.
Matka moja, która dla gospodarstwa i interesów oddalić się z domu nie mogła — pisała a pisała żądając abym dla kuracij i spoczynku na wieś do niej jechał — a mnie tu ta niepoczciwa Felicja przykutym trzymała, tylkom się wymawiał przed jejmością doktorami, o których tu łatwiéj było.
Tymczasem dwora naszego liczba urosła, ludzi przybyło i coraz poważniejszych, — więc i moja łaska u francuzki coraz zaczęła mniéj się okazywać. Powrócił naprzód ów inżynier, który nad Prutem i Dniestrem zameczki opatrywał, — i myślał że dawne swe prawa odzyszcze, ale tu znalazł przy pannie, oprócz mnie kaleki, com się nie liczył — drugiego francuza też ze dworu biskupa Marsylskiego, i jednego polaka na przyprzążce.
Ja póki z izby nie wychodziłem, i nie patrzałem na to, o czem mnie poczciwy Szaniawski niechciał informować oszczędzając umartwienia, o niczem nie wiedząc najlepsze miałem nadzieje, ale raz pierwszy siadłszy znowu u marszałkowskiego stołu — gdzieśmy razem jadali, przekonałem się iż abszyt dostałem, a o dziewczynie płochéj nie było co i myśleć.
W początku o małom się z téj aprehensyi nie rozchorował na dobre — alem na koniec przemógł się i postanowiłem na czas jakiś do matki zjechać, aby Felusię z oczów stracić.
Zameldowałem się więc z rana, gdy się oddziewał król, który o mnie dobrze pamiętał, zobaczywszy mnie zawołał rękę postrzegając na chuście.
— A cóż to waść jeszcze nie wydobrzał! nie mówiono mi o tém nic — przecież staranie o tobie mieli?
Pokłoniłem się dziękując i prosząc o dozwolenie pojechania do matki.
— Jedź rzekł Sobieski, ale młodemu się na wieś zakopywać nie życzę. Wieś nie ucieknie, a młodość drogą jest. Ja o waszmości pamiętać będę, i czy przy dworze, czy w wojsku miejsce się dla was znajdzie.
Kazał mi dać wiatyk, choć skromny, którego przyjęcia odmawiać nie wypadało, i tak francuzki nawet żegnać nie myśląc, zaraz się do podróży sposobić począłem.
Ale dziewczyna była jak młoda tak już dobrze wyedukowana — więc choć miała podostatkiem wielbicieli i mnie puścić nie chciała, a manewrowała tak żem z nią mówić musiał, a zalotne jéj wejrzenie wziąć z sobą do Połonki do domu..
Wiedziałem bardzo dobrze iż na nią rachować, na lodzie budować było, ale czy pasja rozumuje!
Jechałem precz z taką w sercu tęsknicą, jakbym tu największe szczęście porzucił.
Dopiero gdym się w znajomych okolicach, a zbliżać począł do gniazda, serce się poruszyło i zapomniałem o wszystkiem myśląc tylko o matce, którą widzieć miałem, i o Julusi i o domu...
Coraz pospieszając, bo mnie teraz coraz mocniéj ciągnęło do swoich, nocą przybyłem do Polanki, gdy już wszystko spało. — Co za radość była, aż do łez, jakie witanie — ile uścisków, co pytań?! niepotrzeba pisać!
Matkę znalazłem trochę postarzałą i jakby zmęczoną, Julusię znacznie wyrosłą, a największą niespodzianką było dla mnie żem i Michała zastał, któremu ojcowie, w towarzystwie drugiego starszego kleryka, na parę dni do domu przybyć dozwolili. Bóg wie czybym go gdzieindziej był poznał, tak się z twarzy, ruchów, obyczaju, w głosie nawet i całéj postaci odmienił.
Spoważniał bardzo — alem go nie znalazł smutnym, a gdym we cztery oczy pytał czy mu dobrze było i czy z wyboru stanu zawsze był rad, odpowiedział mi że zupełnie się czuł szczęśliwym.
Matka się skarżyła, że jéj gospodarstwo, interesa i wychowanie Julusi trochę na lata jéj przychodziło za ciężko..., ale do pozostania w domu mnie nie namawiała, powiadając że powołania słuchać należało, do czego komu Bóg dał ochotę.
Nieprzyznałem się przed nią, ani nawet przed Julusią do tego, że gdyby nie owa przeklęta francuzka, która mnie oczarowała oczyma bazyliszka — pewniebym był na wsi pozostał.
Jak się tylko w sąsiedztwie dowiedziano iż dworzanin króla JMci, przybył w odwiedziny do matki, drzwi się u nas nie zamykały, tak wszyscy ciekawi byli odemnie dowiedzieć się o elekcij i o tem co się w Warszawie działo. Na prowincij z wyboru wszyscy byli radzi, na Hetmanie nadzieje wielkie pokładano, a o królowéj to mało co kto wiedział, tyle tylko że francuzką była, a to za nią nie mówiło, bo Marją Ludwikę pamiętano, która miłości nie miała — choć pono od téj nowéj królowéj daleko była lepszą.
Czas mi tu zszedł do jesieni, mogę powiedzieć piorunem, zasłyszałem i Szaniawski mi doniósł, że król się na odzyskiwanie Ukrainy i przeciwko tatarom a turkom wybierał. Chciałem i ja ztąd pospieszyć wprost do niego, czy do Lwowa, czy do Żółkwi, lub gdziebym o nim zasłyszał, ale ręka się uparcie jątrzyła, mimo balsamów i plastrów, które matka na wagę złota przepłacając sprowadzała.
Śmiech powiedzieć dopiero gdym te leki porzucił, a prostą babę przywołano, która ranę obmyła i jakieś ziela zgotowawszy niem mi okładać zaczęła rękę, — prędzéj ognia się pozbyła i goiła.
Ale pomimo to, i jesień i zimę przebyłem przy matce, tak że dopiero w r. 1675 mogłem się na nowo wybrać do króla na służbę.
Ręka była zabliźniona zupełnie, a jednak mi w niéj pozostała jakaś sztywność, któréj długo się nie mogłem pozbyć.
Przez cały ten czas, wierny mi przyjaciel Szaniawski regularnie pisywał, a choć listy, różnemi drogami przychodziły nie rychło — miałem ciągle wiadomości odedworu. Donosił mi że Felicja zawsze adoratorami chodziła otoczona, ale że w coraz większych była u królowéj łaskach, więc nie bardzo na kogo patrzeć chciała, coraz wyżéj nadziejami sięgając. Królowa się nią posługiwać lubiła, bo jéj myśli odgadywała, a u nóg leżała pokorna... i wprost adorowała ją jak bóstwo.
Zarazem jednak w fraucymerze królowéj nienawiść ku niéj była wielka, bo nikomu nic dobrego nie wyświadczyła, a donosiła i zniechęcała panią od swoich towarzyszek.
Jako się tedy postanowiło, żem powrócić miał na usługi do króla, tak się spełniło. Na nowo tylko wóz, konie i wszystkę moją wyprawę matka opatrzyła, aby mi na niczem nie zbywało i żeby się mnie pan pułkownik Polanowski nie wstydził. Wziąłem też jednym koniem więcéj i jednym pachołkiem, tak że z wyrostkiem miałem ich trzech do posług, — a więcéj nie było potrzeby.
Już na samem wyjezdnem Szaniawski mi dał znać, że król sobie życzył, abym wprost do niego do obozu przybył, gdy ja dla francuzki téj nieszczęśliwéj spodziewałem się zostać przy królowéj. Nie twierdzę tego zapewno, ale Szaniawski, który mnie oderwać chciał od tych niezdrowych amorów, jak on je nazywał — przyczynił się może do tego, abym jéj nie mógł widywać zbyt często...
Z listów dorozumiewałem się tego co mnie spotkać miało przy królu.. Nie ukoronowanego jeszcze prześladowały intrygi, i nawet na życie czyhano, o czem mało kto wiedział, bo sprawa uduszona została, ale to pewna, że mu truciznę gotowano i że podczaszego oddalić musiano.
Na Paców cała rzeczypospolita za nową zdradę oburzoną była, gdyż tak jak z pod Chocima, tak znowu z Ukrainy od króla precz odeszli, samego zostawiając... Hetman jednak zmiarkował wkrótce potém że nienawiść powszechną ściągnął na siebie, bo mu publicznie imieniem zdrajcy w oczy ciskano. Pacowie w rakuską opiekę ufali, a królowa Eleonora w Toruniu siedząca spiskowała...
Powtarzano powszechnie jakby Sobieski Wojewodzie ruskiemu miał to często powiadać.
— Los Michała i mnie nie minął, mści się opatrzność za to cośmy mu dali cierpieć!!
Jakem króla znalazł, gdym powrócił do niego, opowiedzieć mi trudno — męczennikiem mi się zdał i chwilami rozpacz go ogarniała...
Wojska przy nim nie pozostało nad kilkanaście tysięcy, kozactwo, tatarowie i ogromna siła turecka w części niszczyła już kraj, a więcéj jeszcze zagrażała mu zawojowaniem. Zdradzany przez swoich, pomimo największych ofiar, największych wysiłków Sobieski wątpił już azali podoła nawale...
Prawda, że Paca odejście nawet Litwę przeciwko niemu tak podniosło, iż musiał króla przebłagać i naprawić co zawinił, chociaż teraz to trudniéj przychodziło, bo nieprzyjaciel miał czas wzmódz się w siłę. — Sobieski, który się spodziewał jako zwyciężca dopiero sięgnąć po koronę, — zawiedziony w nadziejach, niemal do szaleństwa był doprowadzony. Nigdym go też niewidział czynniejszym i tak niezmordowanym.
W sierpniu już Lwów był zagrożony, — król miał wszystkiego kilkadziesiąt tysięcy żołnierza, Litwę w to licząc, a Naraddyn, który już pode Lwowem leżał, poprzedzający Ibrahima Paszę, nierównie wielmożniejsze prowadzącego zastępy, sam czterdziestu tysiącom dowodził.
Gdyśmy do Lwowa z królową i całym dworem przybyli, już jedno tylko z ust Sobieskiego słyszeć się dawało — albo tu paść lub zwyciężyć...
On też jeden w początku męztwo okazywał i w Bogu nadzieję, a niemi drugich natchnął, bo gdybyśmy przybyli do miasta, tylko łzy i narzekania słychać było, a kto mógł uchodził precz... Dopiero gdy go ujrzano krzątającego się, ciągle na koniu, działa rozstawującego, wojsko opatrującego, a pogodne okazującego oblicze — duch też wstąpił i w wojsko i w mieszczan.
Na dwa dni wprzódy nimeśmy pod murami turków nadciągających ujrzeli, łuny stały do koła po całych nocach aż strach i groza patrzeć było...
Sobieski z góry to zapowiedział, że byle się turcy ukazali, niedając im obozem się położyć, natychmiast na nich rzucić się musi. — Wszystko to tak przygotowanem było, ażeby Nuraddyn większych sił niż wistocie były, miał wyobrażenie. Dla tego jak pod Zbarażem i Beresteczkiem, użyto fortelu, iż kopijników lance i proporce osobno w zaroślach zatknięto, przestrzeń niemi znaczną zajmując, która zdala jak wojskiem osadzoną się wydawała...
Przed wyciągnięciem z miasta, w kościele OO. Jezuitów król, królowa, hetmanowie, starszyzna, pułkownicy przed obrazem ś. Stanisława Kostki modlili się ze łzami...
Patrzyłem na Jana wówczas, alem na jego twarzy tylko zapał i niecierpliwość widział. Wprost z kościoła, żonę ze łzami w oczach uściskawszy, Fanfenika całując — konia dosiadł.
Choć to było w końcu sierpnia, ale dzień burzliwy i straszna zawierucha z gradem i śniegiem nas poprzedziła... gdy turcy zaledwie się rozkładać mieli.
Sroga ich mnogość stała przed nami, tak że przy pierwszem starciu jazda nasza złamać się dała, ale król przyskoczył sam wołając.
— Albo niech mnie ubiją tu, lub zwyciężyć musiemy! Naprzód!
Próżno go jako wodza i króla powstrzymywać chciano, żołnierzem był tylko w téj chwili — ani Radziwiłł, ani Lubomirski, ani Pac, którzy go odciągli, niemogli nic... — Puścił się na czele pułków, a to tak wojsko całe zapałem wielkim przejęło, iż z góry runęło impetem okrutnym na turków, którzy go nie wytrzymali...
Kto zna sposób ich wojowania wie to, że raz złamani, gdy, wedle wiary swéj, widzą w tem rękę przeznaczenia iż ginąć mają, już się nie opierają. Dla tego popłoch na nich rzucić pierwsza rzecz, bo z lasem walczyć nie umieją.
Jak skoro tył podali, już było tylko ścigać i zabijać — chociaż — na oko samo, bo liczby turków dokładnéj nie znał nikt, było ich pewnie trzykroć tyle co nas — a uchodzili tak ścigano i zabijano po drodze, że ich ranek następny o osiem mil ode Lwowa zastał.
Nikt tak dobrze charakteru muzułmanów, sposobu wojowania ich nie znał jak Sobieski i to mu dawało wielką wyższość nad innymi wodzami... — Zapobiegł aby się do kupy zebrać nie mogli, kazał ścigać pojedyncze oddziały, a gdy raz zwycięztwo na naszą pochyliło się stronę, już wiernie nam służyło... Dopiero i duch i męztwo i ufność w siebie powróciły.
Muszę też to przyznać wszystkim, których w boju przy królu widziałem, że, niewyjmując francuzów, dzielnie się i z męztwem niewypowiedzianem, wzorem króla — potykali. Biskup Marsylski Forbin, na com patrzał, dwa konie miał zabite pod sobą, a kawaler de Maligny, nikomu się wyprzedzić nie dawał. Powziąłem respekt dla narodu tego, o którym dotąd z samych kobiet sądząc, cale inne miałem wyobrażenie.
O sobie tego powiedzieć nie mogę abym kontent był, bo mi ta ręka przeklęta — jeszcze słaba nie dawała być czynnym, iżem stał a patrzył, a serce mi się w piersi tłukło jak młotem. Zrywałem się z koniem nie jeden raz, aż mnie Szaniawski za cugle chwytając strzymywać musiał. A jak całe życie do guzów i ran miałem szczęście wielkie — iż mnie nigdy nie mijały, gdziekolwiek ich napytać było można, tak i pode Lwowem, choć stałem na boku za dworem, kula mi skroń drasnęła i skórę zdarła — z czego tylko śmieliśmy się i plaster zaraz położony przez parę tygodni ze mnie bohatera czynił. Kula snadź słabą była, bo się po kości ośliznęła, za co panu Bogu niech będą dzięki.
Cudem było żeśmy się nawale turków opierać mogli, ale króla rozpacz ogarniała że mu Podhajce wzięto i spalono, a Ibrahim szedł na Trębowlę, choć zamek z położenia samego bronić się i trzymać obiecywał..
O tem oblężeniu Trębowli siła się nasłuchałem rzeczy sprzecznych i do wiary niepodobnych, ale to poświadczyć mogę iż niedarmo Chrzanowskiéj żonie dowódzcy przypisują iż się turkom oparła, aż król z odsieczą nadciągnął. Wistocie ona nietylko na zamku czuwała — mężowi dodawała męztwa — ale sama z pistoletami na czele oddziałów jeździła na wycieczki i tak się potykała odważnie, że ją najstarsi żołnierze podziwiali — niewiasta była godna mężczyzną się rodzić.
Gdyby nie ona byłby Trębowlę ten sam los spotkał co Zbaraż, który tchórząc, zabiwszy Dezotela francuza, tam dowodzącego turkom zdali, w nadziei że ich oszczędzi.
W Trębowli też schroniona uboga szlachta i osadnicy z okolicy już się zmawiali zamek poddać, ale im Chrzanowska zagroziła że wpierw w powietrze zamek wysadzi, niżeli dopuści poddania.
Chrzanowskiego późniéj za to Sejm uszlachcił, bo chociaż żonę szlachciankę miał, rodem z Kurlandij (von Fresen) — sam prostéj kondycij człowiekiem był...
Chrzanowska turkom tak się dzielnie opierała że do wściekłości ich doprowadziła, bo i dział mieli dosyć, i ludzi podostatkiem, a przecież zamku nie dostali, a gdy o królu zasłyszeli, tak się ulękli że od oblężenia ustąpili, uchodząc ku Kamieńcowi.
Ale nie pospieszyli się oddalić i przez rzekę przeprawić gdy król na nich wsiadł i bitwę stoczył krwawą, która dla nas szczęśliwie się skończyła, bo turcy od niewolników zasłyszawszy o królu, nie czekając reszty, na pobojowisku zostawując kilka tysięcy trupa odciągnęli pod Kamieniec.
Samo imie Sobieskiego już starczyło aby ich trwogą przejąć i precz odegnać, tak że Ibrahim aż za Prut i Teret się przed nim cofnął.
Pan Bóg mu błogosławił i Polskę przez niego z wielkiego uratował niebezpieczeństwa, chociaż nie było końca na tem, bo Kamieniec został w ręku turków, a odwet w którym się kusić musieli, zagrażał. Ale król przynajmniéj wytchnąć mógł i na nowe zdobyć się siły.
Ja z rozkazu pana, z listami jego do Żółkwi go wyprzedzić musiałem, gdzie zwyciężcę już po całym świecie wysławionego, posłowie mocarstw obcych powitać mieli, — chociaż on pewnie mniéj to sobie ważył niż ucałowanie rączek najukochańszéj Marysieńki, za którą jak tęsknił, jak do niéj posyłał, jak jéj listów żądny był, tego ja wypowiedzieć nie potrafię.
W Żółkwi znalazłem królowę, jeżeli to być mogło, teraz jeszcze nowemi męża tryumfami i sławą jego, po całym świecie rozniesioną — dumniejszą niż przedtem była. Przystąpić do niéj było trudno, takiego bałwochwalczego poszanowania wymagała, a w pojęciu swoim na świecie całym chyba równéj jéj nie było. Kto chciał u niéj, niełaskę ale bodaj wejrzenie łagodniejsze pozyskać, musiał padać, czcić i wenerować, jako dawniéj poganie czcili swe bóztwa i okadzali.
Nie było jednéj z pań, krewnych i najdostojniejszych naówczas niewiast, z którą by w zgodzie wytrwała, a w końcu się nie skłuciła — że od niéj uciekać musiały. Nikt z nią nie mógł wyżyć, krom tego nieszczęśliwego męża, a i ten cierpiał więcéj niż się rozkoszą napawał...
A co to był za człowiek!! Gdyby nie ta jedna jego słabość dla żony, która wcale miłości warta nie była i mówiła czasem mu w oczy że go nie kochała, bez skazy bohaterem swego wieku i narodu nazwać by go można. Do czego się kolwiek wziął, w każdą sprawę serce wkładał, a to jest największa w świecie rzecz... Na wojnie cały był żołnierzem, życia sobie nie ważąc wcale — na polowaniu tak samo łowcem był namiętnym, z uczonymi rozprawiając, co niezmiernie lubił, gotów był całą noc na dyskusjach spędzać, o spoczynku, jadle i napitku zapominając, naostatek tak samo i w tem nieszczęsnem kochaniu miary nie było u niego.
Pomimo, że go pierwszym bohaterem swojego wieku głoszono, dumy nie miał najmniejszéj, a kondycij swéj ludzkiéj nie zapominał — pobożny, modlił się gorąco, duchownych szanował, a przez to jednak z tatarami, z żydami poufale obcując nigdy ich wiary nie tknął. Dla służby pan najlepszy, a komu przyjacielem był, temu do żywota wiernym pozostał.
W Żółkwi, choć i nowe budynki naprędce powznoszono dla pomieszczenia koni i służby, choć domowi musieli wszyscy niemal po chałupach się tulić, miejsca zabrakło dla wszystkich co się tu zjechali, aby Sobieskiemu winszować i starać się go sobie pozyskać. Cudowne jego oręża sukcesa, nad przeważnemi siłami ottomańskiemi odniesione, imie jego i narodu daleko rozniosły tak że od Perskiego Szacha wspaniałe przybyło poselstwo z podarkami, które przeciwko Carowi Moskiewskiemu przymierza jego szukało.
Przybyli też z powinszowaniem poseł Cesarski, króla Angielskiego, Transylwański, Elektora Brandeburgskiego, nie licząc biskupa marsylskiego Forbina, który tu u królowéj szczególniéj był w łaskach, a chlubił się tem nadaremnie, że on Sobieskiemu do korony był pomocą.
Ze wszystkich francuzów jakichem się tu napatrzył dosyć, bo ich zawsze pełno było, ksiądz biskup Marsylski zawsze mi się najwięcéj francuzem wydawał, w którym krew narodu tego i temperament był zawsze najwidoczniejszy. Biskupa takiego u nas znaleźćby trudno i do dawnego sobie jemu podobnego wyobrazić...
Chodził, mówił, przymilał się, dowcipował, jak gdyby więcéj o świecie niż o Bogu myślał. Towarzystwo kobiet bynajmniéj go nie zrażało, ani galanterja, na którą patrzył obojętnie. Przy tem przepych, elegancja, wystawność, pański ton — cóś na pół rycerskiego, dla mnie go tak osobliwym czyniły, żem się go napatrzeć nie mógł.
Było zresztą i innych wiele do widzenia rzeczy dla mnie nowych — i dla całego dworu naszego, jeden tylko król dosyć obojętnie patrzył i słuchał, a splendory mu i tytuły nie czyniły żadnego wrażenia...
Więcéj może niepokoił się zbliżającą koronacją, o którą królowa nagliła, chociaż była brzemienną i przez to nakazywano się jéj szanować.
Wiedziano dobrze w Żółkwi że królowa Eleonora wdowa, dotychczas jeszcze w Toruniu przemieszkująca intrygowała z Pacami, aby sejmiki i szlachta nie dopuściły koronacij margrabianki d’Arquien po Arcyksiężniczce austryjackiéj — ale intrygi te się nie wiodły. Nie mogąc zapobiedz koronacij knowano przynajmniéj aby w kościele czasu jéj — rozruch i skandal wywołać, o czem też Sobieski, a wprzódy jeszcze ona była zawiadomioną i obmyślano zawczasu środki, ażeby do kościoła niepewnych ludzi nie dopuścić.
Dość o tem napomknąć aby dać wyobrażenie co się u nas na dworze działo, i jaka panowała gorączka a niepokój. Posłów wesołą twarzą przyjmować musiano, gdy w duszy gniew i troska się gnieździła, gdy codzień na wszystkie strony listy i posły się rozchodziły.
Mnie, że już zdawna jako zbyt dobrodusznego niezdatnym do potajemnych knowań uznano — więc chyba z ważnemi pismami tylko czasem byłem wysyłany, a ustnych poleceń mi nie dawano. U królowéj też miru nie miałem. Za to król JMi lubił królewskich rozmów słuchać, a bodaj listy czytać nie każdy potrafił. Mogli głośno mówić co chcieli, nie zrozumiał nikt nic, jeśli wtajemniczonym nie był...
W kółku królowéj, szczególniéj, nikt się własnem nazwiskiem nie mianował, ale miał przydane sobie, czasem nie jedno, ale dwa i trzy różne, aby gdy listy kto podchwyci, nie doszedł z nich nic. Pisywali królestwo do siebie cyframi, ale to była nader uciążliwa rzecz, odczytywać je potem.
Wolano się więc posługiwać tym umówionym językiem.
Król w listach się zwał Orondatesem, Feniksem, prochem (la poudre), Celadonem, Jesienią (automne) i Sylwandrem; królowa Astreą, Bukietem, Klelją, Korynką, Mandaną, Słowikiem, Różą...
Krewnych królowéj zwano Bêtes, Jana Kaźmirza aptekarzem, królowę Marję Ludwikę Girouette. Po abdykacij Kaźmirz zwał się już tylko kupcem paryzkim (marchand de Paris) — Michała Wiśniowieckiego przezwano Małpą, a matkę jego Viola di Gamba.
Niezliczyć tych różnych przydomków, często obelżywych, czasem dowcipnych.
Zamojski Wojewoda Sandomierski chodził pod nazwiskiem Wołu (Boeuf), Jan Zamojski Fleta lub Konia fryzyjskiego, Stanisław Jabłonowski mianował się Dożą, pani Dönhofowa Podkomorzyna Egypcjanką, Dymitr Wiśniowiecki Śledziem, Kondeusz Czaplą, Jerzy Lubomirski Jaskółką... i Żmiją. Morsztyn Podskarbi i Prosiakiem i Wróblem bywał... Stanisław Rewera Potocki pod koniec zszedł u nich na stary pantofel...
Listy się nazywały konfiturami, zdrowie Odorem, Elekcja, Myślą albo Widmem, miłość pomarańczą, rozwód Intelligencją. — Późniéj jednak król tego języka zaniechał... — lubił mnie i papiery a pieniądze powierzał często.
Pod koniec roku 1675, wyprzedzając dwór z poleceniami króla, musiałem jechać do Krakowa, gdyż niedaléj jak w Styczniu, koronować miano oboje królestwo..
Opisywać tych obrzędów jakie wedle starodawnego obyczaju towarzyszą koronowaniu nie będę, bo się to znajdzie u innych. Wiadomo powszechnie, iż jakby dla przypomnienia nowemu panu znikomości wszech rzeczy ludzkich, koronację poprzedza pogrzeb zmarłego króla. Na ten raz zaś, co się dotychczas nigdy nie trafiło, nie jednego ale dwu monarchów poprzedników pogrzebać miano, bo i zmarłego we Francji Jana Kaźmirza ciało sprowadzono i Michał Wiśniowiecki czekał niepochowany na swego następcę.
Mogłem się przypatrzeć ceremonjom wielce wspaniałym, które w cudzoziemcach podziwienie wzbudzały, szczególniéj gdy rycerze we zbrojach konno, do kościoła wpadając, przy katafalku kopije i godła panowania kruszyli...
Pielgrzymka do grobu Ś. Stanisława męczennika, zamordowanego przez Bolesława Śmiałego — pokutnicza można powiedzieć, należy też do koronacyjnych obyczajów...
Lecz — sam dzień koronacij najmocniéj niepokoił i króla i królowę — i przyjaciół ich, wiedziano bowiem, że stronnictwo Eleonory wdowy, austryjackie, i wszyscy zazdrośni a niechętni, nie śmiejąc przeciwko Sobieskiemu wystąpić, gotowali się w kościele królowéj jeśli nie przeszkodzić to przynajmniéj zatruć tę chwilę uroczystą.
Od rana też, jak tylko kościół otwarto wcisnęli się do niego i ci co go niedopuścić byli powinni. Do tych oczywiście my wszyscy ze dworu króla należeliśmy, a porozstawiano nas tak wszędzie, że gdziekolwiek śmiał się wyrwać warchoł z sykaniem albo wykrzykiem, było komu zatkać mu gębę.
Mieliśmy też rozkaz, w razie nieprzyjaznego wołania jakiego, zagłuszyć je — vivatami.
Chociaż, Bóg widzi, królowéj nigdy wielkim wielbicielem nie byłem, a za pana naszego żal do niéj miałem — przyznać każe prawda iż piękną bardzo była jeszcze naówczas, choć młodość miała za sobą. Tego jednak dnia, czy to dla cierpienia stanowi swemu właściwego, czy z trwogi, wydawała się prawie brzydką, i dziwnie zmienioną. Dumą tylko i srogością wejrzenia nadrabiała, choć widać było iż drżała ze strachu i nogi pod nią się chwiały.
Na Sobieskim religijne skupienie ducha i nie mniejszą też obawę widać było, bo czuł co często powtarzał, że się na nim to spełnić miało, co z jego pomocą Michała umęczonego do grobu wtrąciło.
Gdy nadeszła chwila ta straszna, koronowania Marji — czuć było po całym kościele podburzenie jakieś dawano sobie znaki — starali się odedrzwi wcisnąć ludzie nieznani — wszystko zwiastowało niebezpieczeństwo. Aleśmy czuwali, a oprócz nas Jabłonowskiego dworzanie, Radziwiłła Sapieżyńscy — i co było bliższych przyjaciół Sobieskiego.
Marja Kaźmira szła tak blada, iż można się lękać było by nie omdlała — a ciężkie ubranie, mogło się też przyczynić do tego, ale miała siłę nad sobą wielką, a gniew i ressentyment ją podwajał.
W chwili gdy koronę na skronie miał wkładać Arcybiskup... w istocie sykanie i urywane jakieś wyrazy słyszeć się dały z różnych stron, ale natychmiast zahukano je vivatem, a po kątach nawet do starcia przyszło... które niepostrzeżone wprędce i bez wybuchu się skończyły...
Przy uczcie na zamku i zabawach, które nastąpiły, królowa już całą swą odwagę, dumę i despotyczny charakter jawnie odzyskała; na twarzy jéj jaśniała radość niewypowiedziana i szyderskie napawanie się tryumfem, gdy król poważny był i smutny.
Słyszałem sam gdy Lubomirskiemu powtarzał.
— Weselszym bym był, gdybym rzeczypospolitéj Kamieniec przyniósł za tę koronę, którą mnie obdarzyła!!
Nazajutrz, jeszcze w rynku krakowskim przyjmował król uroczysty hołd i podarunki miasta Krakowa. Królowa na to z kamienicy naprzeciw z orszakiem swym patrzyła, postarawszy się o to, aby Jakubek konno przy ojcu wystąpił — otoczony Senatorami i rycerską młodzieżą, jako królewicz i książę.
Ni mniéj ni więcéj wszystkie teraz myśli i starania ku temu skierowane były, aby familij tron zapewnić i dynastję nową ufundować.
Głównym pomocnikiem królowéj do tego, jak we wszystkich innych jéj zabiegach i intrygach był szlachetny, zacny, ale tak jak i król słaby dla niéj — rozkochany, podbity, niewolnik Wojewoda ruski Jabłonowski. W oczy bił ten jéj stosunek z panem wojewodą, który też królowi był najwierniejszym, ale królowéj więcéj posługiwał nie jemu.
Spodziewała się też ona za te usługi wymódz na mężu dla niego buławę wielką — co się na ten raz nie powiodło...
Co król z tego powodu wycierpieć od niéj musiał i jakim cudem oprzeć się jéj potrafił a Jabłonowskiego sobie zjednać iż mu za złe nie miał, że go mniejszą buławą kontentował, tego ja wytłumaczyć nie potrafię.
Być może iż stan zdrowia królowéj, która wkrótce potem na świat córkę wydała, ułatwił Sobieskiemu to trudne zadanie. Wziął więc wielką buławę Dymitr Wiśniowiecki, a inne też wakanse, zdaniem wszystkich tak rozumnie były rozdane, aby ukoić i przejednać nieprzyjaciół.
Olszowskiemu dostało się arcybiskupstwo, a pieczęć Wielopolskiemu, który siostrę królowéj, Marję Annę miał poślubić...
Nie moja rzecz o tem pisać, co na Sejmie pod obrady przyszło — pamiętam tylko ogólną tę impresję, że rozum króla i przezorność jego, a troskliwość o dobro rzeczpospolitéj wysławiano, i to że Sobieski ciągle powtarzał a bił w jedno, że przedewszystkiem potęgę otomańską złamać było potrzeba, a kraje zagarnięte przez kozactwo i turków odzyskać.
Królowa co innego miała na myśli.
Przed wyborem Sobieskiego, za panowania Michała jeszcze, odbyła podróż do Francji, po któréj nieprzyjemne jéj pozostało wspomnienie, gdyż u dworu téj konsyderacij i miejsca nie mogła pozyskać, do jakich rościła sobie prawo.
Zdawało się jéj teraz, że ukoronowana królowa, gdyby się do Francji udać mogła, odwet by uzyskała i na równi z rodziną francuzką panującą, stanąć by musiała.
Zdaje mi się, że dworujący a nadskakujący jéj biskup marsylski, któremu kapelusz kardynalski przyobiecała, pomagał ile zdołał, ale wszystko się rozbiło o nieprzezwyciężony opór Ludwika XIV, który królowi elekcyjnemu ani tytułu „Majestas“ przyznać, ani na równi go z sobą nie chciał stawić...
Posłano z tem szwagra królowéj markiza de Bethune, spodziewając się, że pomyślne przywiezie rozwiązanie.
Na dworze głoszono tylko, że zdrowie królowéj, ostatnią słabością mocno zachwiane, koniecznie się domagało jakichś mód francuzkich i francuzkiego powietrza.
Niecierpliwiła się tak królowa, bynajmniéj nie powątpiewając, że Ludwik XIV, którego ojcem chrzestnym dla dziecięcia swego wybrała, musi uledz jéj wymaganiom — iż nieczekając nawet powrotu posła, wyruszyła w drogę, czemu Sobieski oprzeć się nie mógł..
Zabrawszy więc sobą Jakubka najstarszego i dwór świetny a liczny, do którego ja, dzięki Bogu nie należałem, wyruszyła z Żółkwi do Francji. Myśmy swobodniéj oddychali gdy jéj nie stało i cieszyliśmy się wypoczynkiem, — gdy nagle i wcale niespodziewanie, w furyi i gniewie, królowa razem z Markizem de Bethune, do Żółkwi powróciła.
Starano się potem całéj téj podróży już rozgłoszonéj i powrotowi nadać inne znaczenie, ukryć doznany zawód — gniew i pragnienie zemsty — ale — szydła w worku nieutaić. Nieprzyjaciele się radowali — Sobieski był wielce markotny, choć pilniejsze sprawy go zajmowały.
Od téj podróży, można powiedzieć, poczęła się niechęć wielka i gniew na Francję — a krzyżowanie wszelkich jéj do pozyskania sobie Polski zabiegów — co się późniéj czuć dało.
W kilku słowach o tem mówię, bo trudno się rozwodzić — ale myśmy na skutki patrzyli i cierpieli, a u dworu każdy gniew królowéj i jéj wola wnet się mocno czuć dawały. Z dnia na dzień ci co u królowéj wprzódy w łaskach byli — popadli w nienawiść. Mściwą bowiem była i nieprzebłaganą, gdy kto jéj miłość własną podrażnił.
Jam naówczas, ani głęboko, ani daleko młodemi i nie wprawnemi oczyma nie sięgał... wielu téż rzeczy sobie wytłumaczyć nie umiałem, które późniéj zrozumiałem dopiero.
Moje nieszczęśliwe rozmiłowanie w téj francuzce trzymało mnie tylko przy dworze, alem się starał więcéj przy królu niż przy królowéj służbę sprawiać, co się nie zawsze powodziło. Królowa mało mnie znała, i nielubiła pewnie, com z jéj oczów czytał, ale wiedziała o tem że mi zawierzyć było można, czem się nie cały jéj dwór mógł pochlubić; często więc od króla żądała, aby mnie oddał na jéj posługi.
Przyczyniało się do tego faworu, wcale mi nie pożądanego, żem na nieszczęście w oko wpadł najulubieńszéj ze sług, powiernicy i niemal przyjaciółce, bez któréj królowa żyć nie mogła, pannie Federba...
Wstyd o tem mówić i pisać. Było ich dwie przy królowéj, nienawidzących się wzajem, zazdrosnych o siebie, trzęsących całym dworem i więcéj może niż nim, panna Letreu i ta Federba.
Z prostych panien służebnych, umiały się jéj stać tak niezbędnemi, że się bez nich obejść nie mogła.
Jam naówczas, jak ludzie powiadali, niczego wyglądał, młody byłem, przystojny, zdrów, podczas wesół, a wiedziano téż żem z dobrego rodu pochodził nie bez grosza był.
Niewiem zaprawdę jak mogłem się podobać Federbie, która była już nie zbyt młodą, i dobrze przywiędłą i, choć z twarzy nie brzydką, ale wychudłą strasznie, tak że ją służba do kościotrupa porównywając, kostuchą przezywała.
Letreu daleko baczniejsza, powolniejsza, chytrzejsza może i ostrożniejsza, niemiała ani w części tego niezmordowanego ducha intrygi, téj czujności i daru szpiegowania co Federba, przed którą się nic utaić nie mogło. A miała téż u królowéj mir nadzwyczajny i gdy co chciała na niéj wymódz, zabiegała tak, że mimo Letreu, która się starała przeszkadzać, zawsze postawiła na swojem.
Wiedzieli o tem wszyscy, iż Federba, każąc sobie płacić zaprzystęp do królowéj, za jéj łaski, za każdą pomoc, dorobiła się już dosyć pięknego grosza, a że miała przytem wpływ wielki — na starających się o jéj kościstą rączkę niezbywało. Lepszych odemnie było kilku, ale skarał mnie pan Bóg tem, że się we mnie rozkochała.
Z początku temu wierzyć nie chciałem, anim przypuszczał, gdy mi pierwszy Szaniawski oczy otworzył. Było to czasu pobytu owego w Żółkwi przed koronacją, gdy ścisk był niezmierny.
Staliśmy z nim razem pod strychem w izdebce takiéj, że ledwie między dwoma na ziemi siennikami naszemi przejść było można. Szliśmy zwykle spać nadedniem znużeni tak że i do rozmowy ochoty brakło.
Powiada mi nagle śmiejąc się przyjaciel.
— Pilnuj no się Adasiu, bo cię Kostucha zabierze.
— Co tobie? jaka? — spytałem.
— Niewidzisz nic?
— Cóż mam widzić?
— Toć Federba cię oczyma zjada i za tobą biega nie bez kozery...
We mnie się wszystko zburzyło.
— Słuchaj — rzekłem głupie to żarty — daj mi pokój bo gniewać się będę. Cożem ja u ciebie nie wart więcéj nad to, żebym Federbie służył?
— Nie myślę wcale żartować — poważnie odparł Szaniawski — ale widzę żeś ślepy, bo patrzysz tylko na Felicję, która się od ciebie odwraca, a tymczasem stara Kostucha za tobą biega!! albo ci to wielkie szczęście przynieść może, jeżeli ambitnym zechcesz być, albo — pomstę jéj na siebie ściągniesz, co niebezpieczną rzeczą jest...
— Bój się Boga — zawołałem — cóż ona mi zrobić może? W najgorszym razie ode dworu mnie odsadzi? pojadę do domu...
Na myśl mi przyszła Felicja i westchnąłem mimowoli.
— Prawda, dodałem, że téj francuzicy nieszczęsnéj nie widzieć, śmiercią by było dla mnie.
Przekonał mnie Szaniawski, różne drobne przypominając okoliczności, iż w istocie Federba miała coś do mnie, jakbym jéj był do czegoś potrzebnym. Nie przypuszczałem jednak żeby to miała być miłość — bo na samą tę myśl — dreszcze mnie przechodziły, taki do tego kościotrupu wstręt miałem.
Nazajutrz już na baczności będąc — przekonałem się iż Szaniawski prawdę mówił, alem pocieszał się tem, iż jéj może, wiecznie intrygującéj, do innéj sprawy jakiejś u króla byłem potrzebnym. Ostrożnie i grzecznie starałem się z drogi schodzić...
Postrzegłem i to że francuza inżeniera mocno u Felicji popierała, aby mnie zrazić do niéj. Siadaliśmy codzień dwa razy razem do stołu... tego uniknąć nie mogłem. Prawie zawsze albo Letreu lub Federba naprzemiany z nami jadały, rzadko obie, bo jednéj z nich królowa potrzebowała nieustannie.
Służba ta ich przy Pani była szczególnego rodzaju... Spełniały niby około osoby jéj, nawet najpospolitsze obowiązki przy wstawaniu, ubieraniu, kąpielach i t. p. ale to im tylko służyło do przynoszenia plotek, do zawiązywania intryg lub do odbierania rozkazów różnych, które spełniały. Często też po całych dniach się jedna z nich gdzieś odprawiona absentowała. Ci, którym o łaski królowéj chodziło, co o wyjednanie czegoś się starali, jak w dym szli do jednéj lub drugiéj.
Ludzie utrzymywali, że choć Federba więcéj się poruszała i wydawała czynniejszą, Letreu tłusta, blondynka piegowata z włosami rudawemi — jeszcze od niéj była przebieglejszą.
U obu inaczéj jak prezentami i to znacznemi, albo wprost pieniędzmi — interesu zrobić nie było można, a znały tak stosunki i usposobienia królowéj, że od razu mogły powiedzieć co łatwem, a co trudnem było do przeprowadzenia...
Wpływ ich na królowę był tak wielki — czemu mi się zrazu wierzyć nie chciało, że siostra rodzona, która za Wielopolskiego wychodzić miała, księżna Radziwiłłowa siostra króla, inne panie i panowie, nie wyjmując Wojewody ruskiego Jabłonowskiego musieli je sobie zjednywać... Niema mowy o tem nawet że król też te potęgi szanował, nigdy się z niemi w walkę nie wdając.
Pozwalał sobie czasem żartów z tego iż królowa tak im ulegała, ale Marja Kaźmira wpadała w gniew, a Sobieski na klęczkach najukochańszą Marysieńkę przebłagiwać musiał. Wszystkim było wiadomem iż do królowéj najprostsza i najpewniejsza droga, prowadziła przez garderobę.
Mnie dotychczas było to obojętném, bo chyba dla pozyskania Felisi byłbym się starał o łaski Letreu lub Federby. Teraz zaś i ta moja głupia, nieszczęśliwa miłość była tak zdesperowaną, żem tylko patrzeniem i napawaniem się widokiem Felisi, musiał się karmić.
Rozum mi powiadał że z tak płochego, a w takich przykładach wydawanego dziewczęcia, żony przywiązanéj i wiernéj, która by się domowem szczęściem na wsi kontentowała, mieć nie będę. Desperowałem więc abym ją mógł pozyskać, bo ona też nie chciała mnie, a pomimo to ciągnęła, rwała ku sobie — i gdzie tylko ją widzieć było można, słowo przemówić, pewniem nie chybił.
Wstyd mi było passyi téj, spowiadałem się z niéj i modliłem na intencję, aby mnie Bóg z tych utrapionych więzów wyzwolić raczył. Ilem razy próbował — nie wytrwałem.
Na ratunek wzywałem Skorobohatę, gwałtem się usiłując do niéj przywiązać, i — kto wie — może by to się w końcu powiodło, ale Federba, dojrzawszy tego — tak chodziła około królowéj, około rodziny Skorobohatych, że ją insperate, przemocą za mąż wydała... Dziewczę do mnie lgnące już opierało się nadaremnie, rodzice chcieli tego, partja była dobra — stało się po woli Kostuchy...
Ciarki po mnie chodziły.
Szaniawski mi jedno radził. — Proś się na wieś, do matki, zejdź jéj z oczów...
Rada pewnie dobrą była, ale zejść jéj z oczów znaczyło też i Felisi nie widzieć — a ja sobie mówiłem, — tyle mojego szczęścia że choć na nią patrzę i nasycam się tém.
Przyznałem się przyjacielowi, który takiéj miłości jak moja — niezrozumiał, — miał słuszność, ale co tu pomógł rozum, kiedy człowiek chodził jak pijany.
— No — a cóż poczniesz gdy za mąż wyjdzie? pytał Szaniawski.
— Tak samo się za nią włóczyć będę jako i teraz rzekłem. Ludzie to czarami zwali i trunkom jakimś miłosnym przypisywali takie bezrozumne zamiłowanie, dziś się śmieją z tego, ale pasij téj leczyć się nie nauczyli.
Dawał mi siebie za przykład Szaniawski, że on wcale się tak kochać jak ja nie był zdolnym — czego mu winszowałem — ale ludzie nie wszyscy są do siebie podobni.
Znając przywiązanie do mnie Szaniawskiego i obawy jakie miał — lękałem się aby i on potajemnie się nie starał na czas jakiś mnie od dworu oddalić i zakląłem go na przyjaźń naszą, aby tego nie czynił — powtarzałem mu ciągle — tyle mojego że ja ją widzę!!
Coraz jawniéj owa fantazja Kostuchy ku mnie — okazywać się zaczęła. Już i drudzy prześladowali nią, a co gorzéj, gdy który miał sprawę jaką, zwracali się do mnie, abym pomagał i pośredniczył, czemu się stanowczo opierałem. W dodatku ta jéj miłość śmiesznym mnie czyniła, bo wcale powabną nie była... ani miłą.
Ale obawiano się jéj jak ognia.
Czasu podróży do Krakowa i koronacji trochę byłem od niéj wyswobodzony, ale za to i Felisi widywać się było trudno, a ta mnie nie szukała, wprost czasem drwiąc ze mnie, bo pewna była że jedném słowem potem przyciągnie ku sobie.
Lecz dość o tém. Musiałem u samego króla się prosić aby mnie do siebie wziął, bo już po Sejmie na gwałt się wybierał na wojnę. Wszystko dobrze rozważywszy com miał lepszego do uczynienia?
Trzeba się było gwałtem oderwać od niegodziwéj téj dworki, uciekać od prześladującéj mnie Federby — a w ostatku i nie gnuśnieć wśród tych babskich intryg.
A i to mnie ciągnęło żem króla kochał i widział go wydanego na łup niegodziwym. Cała potęga pogańska ciągnęła z tym Baszą, którego Szatanem zwano, a u nas jeszcze chodziły plotki że król nie na turków wojsko zbierał, ale chciał Prusy wojować dla siebie i iść w pomoc francuzom!
A tu tymczasem siła nieprzeliczona pod nowym Seraskierem już nad granicę ciągnęła... — a turcy przez szpiegów swoich wiedzieli, że Sobieski ledwie garść miał do stawienia przeciwko nim.
Ale nigdy Sobieskiego liczba nie ustraszała. Był on takim wodzem iż dla niego położenie, rozstawienie, stan wojska — chwila stanowiła o wygranéj, a nie wielkie ufce. Na przewagę liczebną nie rachował.
Miałem zręczność to już powiedzieć iż turków znał doskonale, których raz załamać było dosyć aby im na całą wyprawę męztwo odjąć. A czemu mi trudno wierzyć, ale co po ludziach chodziło że w wielu razach wodzów, gdy tylko przychodziło do układów z niemi, wprost kupował pieniędzmi...
Nie podaję tego za prawdę, lecz już to że utrzymywano jakoby się to działo — coś znaczy.
Gdy król cokolwiek ludzi mógł zebrać i wystąpić, trzeba się już było na własnych śmieciach bronić, tak turcy daleko wtargnęli.
Cała ta wyprawa, można powiedzieć cudowną była i więcéj powinna Sobieskiemu przynieść sławy, niż wszystkie jego zwycięztwa...
Niewiem czy który inny Hetman byłby się ważył na tak śmiałe, zuchwałe można powiedzieć stawienie czoła wojsku kilkakroć liczniejszemu we czterdzieści tysięcy niespełna, dając się otoczyć i zamknąć w zewsząd opasanym obozie... Słyszałem starych żołnierzy rozpowiadających, że tak samo pod Podhajcami zmógł nieprzyjaciela, choć był przez niego oblężonym.
Szliśmy pospiesznie, przez Dniestr się przeprawiwszy po nad brzegami jego, aż do ujścia Stryja, który przebywszy też, posunęliśmy się pod Żurawno.. Tu się wszystko miało rozwiązać...
W Żurawnie już o turkach dostaliśmy języka, że cała ich potęga o mil kilka od nas była. Nie mieliśmy czasu do stracenia, trzeba było ledz obozem i zaraz się okopać nimby nadeszli turcy... Piechotę więc zostawiwszy z łopatami i rydlami, król z jazdą posunął się naprzód zabawiać nadchodzących, póki by okopy nie były gotowe.
Mało co posunąwszy się daléj ku rozległéj dolinie, jużeśmy ztąd mogli widzieć, jak okiem zajrzeć całą, zalaną, zasypaną, niezliczonemi namiotami i stadami koni i ludzi.
Jezu miłosierny!! Widząc te tłumy dziczy a licząc się z tem cośmy mieli z sobą, dreszcz przechodził, zguba zdawała się nieuniknioną.
Woziłem wówczas za królem to czego mógł potrzebować pod ręką — stałem zawsze blizko, mogłem się twarzy przypatrzyć — nigdym na niéj trwogi nie widział najmniejszéj. Ile razy położenie stawało się trudne, ożywiał się, poruszał widocznie, budził, dawał rozkazy — i zdawał tylko niecierpliwić najmniejszą zwłoką.
Ze wzgórza gdy przed nami się widok roztoczył na to olbrzymie mrowisko, przeżegnał się i krzyż w powietrzu zakreślił... stał milczący trochę i wnet z Lubomirskim, który przy nim był, prawie wesoło rozmawiać zaczął.
— Cofać się potrzeba w porządku do okopów — rzekł, ale jak najpowolniéj — nie sądzę aby oni bardzo napierali, nad Świeczą trochę może ich potrzymamy... tymczasem wał powinien być usypany...
Cały jeden dzień staliśmy nad tą rzeczką, którą turcy wbród po różnych miejscach zaczęli przechodzić. Gdzieniegdzie do małych utarczek się zrywano... w końcu już musieliśmy do okopów wnijść, chociaż naprawdę jeszcze było co koło nich robić, ale łopaty nie próżnowały...
Żórawno mała mieścina, na prawym brzegu Dniestru w Pokuciu, leży w widłach u ujścia Świeczy do niego, majętność ta należała wówczas do Sapiechów.
Całą obroną nędzny wał zapadły w ziemię, darniną okryty... Zamku nie było nigdy tylko dwór pański, albo gubernatorski, około którego też wał drugi taki sam, a po rogach cztery usypy, na których ustawiano małe działka, dla obrony od tatarów, którzy tu często zaglądali, ale wiadomo że oni na obleganie czasu nie mają.
Idąc daléj w górę Dniestrem rozkłada się nad brzegiem piękna, szeroka równina, płaska, jak stół... nie więcéj jak w pół mili od Żórawna, a jeszcze daléj poczynają się trzęsawice i błota, nie do przebrnienia.
Z błot tych głębokiem korytem płynie dosyć znaczny strumień wody. Ten przerzyna równinę cala, obraca kilka młynków pod miasteczkiem w przekopie i uchodzi do Dniestru.
Na przeciwnym brzegu rzeki téj, wznoszą się pagórki i wzgórza gęstym okryte lasem — poniżéj i powyżéj Żórawna.
Myśmy się położyli obozem w téj części doliny, która jest między miasteczkiem a błotami. Lewe nasze skrzydło osłaniało po części Żórawno, w części rzeczułka Świecza, którą wszędzie w bród przejść było można w téj porze roku — chociaż wiosną i po ulewach, wzbierała gwałtownie i niosła się bardzo wartko. Prawe skrzydło nasze osłaniały błota, a na tyłach mieliśmy Dniestr i lasy na wzgórzach. Od nieprzyjaciela z frontu usypany był okop świeży poczynając od miasteczka aż do błota, o ćwierć mili od strumienia z niego wypływającego, którego koryto równoległe z naszemi okopami się ciągnęło.
Ledwieśmy do obozów weszli, gdy król z konia nie zsiadając począł objeżdżać obozowisko. Dwóch francuzów inżynierów, Dupont, Lubomirski, i nas kilku towarzyszyliśmy mu. Rozmowa z francuzami wszczęła się bardzo żywa — i zaraz, jak stał król ponaznaczał miejsca na reduty, które niezwłocznie sypać się zabrano, bo niebyło chwili do stracenia, zamiast jednego okopu osadzonego działami, starczyło na dwie linje fortyfikacij, na których artyllerja rozstawiona być miała, tak że gdyby turcy jedną linję zdobyli, druga się mogła opierać i kulami ich zasypać.
Do roboty około okopów wzięto się nie zwlekając tejże chwili — ale turcy też szli za nami tak w trop, że się na to patrzyli, jak nasza piechota z łopatami się uwijała.
Król jak sam mówił, spodziewał się, że nieprzyjaciel widząc nas okopujących się, będzie się starał przeszkadzać. Rachował tak dalece na to — iż pułki stały gotowe do odparcia.
Tymczasem Seraskier, któremu pono niewygodnie było w dolinie, spokojnie się rozpoczął rozkładać też, o sobie naprzód myśląc nie o nas.
Drugiego dnia przekonawszy się o tem, Sobieski uśmiechać się począł. Słyszałem jak mówił do Duponta.
— Przechowali Szatana, wódz z niego nie tęgi gdy mi daje spokojnie się tu fortyfikować — i nie przeszkadza. Będzie za to musiał drogo zapłacić.
Korzystając z téj niezdarności Seraskiera, kazał jeszcze Sobieski redut kilka sypać między lasem a błotem które późniéj się wielce przydały.
Ja com po raz pierwszy widział ten kraj, choć nasz Wołyń mu miejscami nie ustąpi, niemogłem się piękności jego nadziwić — chociaż go to plugawstwo pogańskie szpeciło. Lasy, wzgórza, rzeka — cud — jakie mi się to wydawało śliczne, ale gdzie było po za nasze obozowisko wyjrzeć, wszędzie namioty tureckie i tatarskie niby kretowiska, wojłokami pookrywane siedziały skupione.
Tureckie obozowisko dzieliła od nas rzeczka Świecza, o któréj mówiłem. Od téj począwszy ciągnęło się ono daleko po za błota, w koło otoczone tatarami.
Ja z początku nie umiałem rozpoznać jednych od drugich, ale rychło się nauczyłem.
Języka ciągle różnego przyprowadzano, król miał też tatarów swoich na usługach, którzy się wciskali do obozu i przynosili wiadomości.
Nuradyn Sułtan stał po drugiéj stronie rzeki na górach ze znacznym oddziałem wojska.
Strach było pomyśleć spojrzawszy do koła — bośmy byli jak w wianku otoczeni, tak że ani od nas, ani do nas się przecisnąć nikt nie mógł.
Patrzałem na króla tylko, ale na twarzy jego, oprócz wielkiego zapału i ochoty nic nie było można czytać, nie spróżnował chwili, koń stał ciągle gotów, ledwie zsiadł, często suchym kawałkiem chleba się pożywiwszy, ledwie do namiotu wszedł, już go wywoływano i znowu na koń, na drugi koniec obozu.
Ze wszystkiego widać było iż Sobieski o Seraskierze miał daleko lepsze wyobrażenie, niż doświadczenie późniéj poznać go dało.
Spostrzegliśmy że i on, który z taką ogromną potęgą naprzeciw naszéj garści się położył, nie czując się bezpiecznym okopywać się począł, na co król ramionami ruszył, bo mu te szańce nie były potrzebne, a nam dawał czas do lepszego obwarowania się. Francuzcy inżynierowie uśmiechali się, a Sobieski mruczał.
— Bogu dzięki — djabeł nie tak straszny jak go malują.
Mnie — com po raz pierwszy w obozie był i na wojnie, wszystko naówczas niepomiernie dziwiło. Jak skoro miałem chwilę czasu wolnego, wybiegałem z Morawcem aż do drugiego okopu, aby na obóz turecki patrzeć.
Na Świeczy postawili mosty, bo ona między nami a niemi płynęła, jakiem mówił, posypali koło nich reduty, a działa poustawiali.
Do utarczek prawie nie przychodziło, choć u nas ciągle czujność wielka była — bośmy się co godzina napaści spodziewali.
Połapani tatarowie powiadali że Seraskier do koła nas otoczywszy, spodziewał się głodem wziąć i dla tego się nie spieszył — owszem umyślnie zwłóczył, myśląc że bez wojny i krwi przelewu, zmusi do poddania się.
Całą tak niedzielę wypoczywaliśmy, nie spiesząc z wyzywaniem ich.
Król tylko oko na nich mając — czekał.
Szóstego czy siódmego dnia dopiero ruszyli się za Świeczą, wyszli ku niéj ciągnąc za sobą ogrom wyciętego chrustu i gałęzi, bo myśleli groblę na rzeczce sypać dla przejścia.
Nam się już tak naprzykrzyło z założonemi rękami że Lubomirski się wyprosił także wyciągnąć z obozu ku rzeczce i choćby stanąć aby im pokazać — że i my pogotowiu jesteśmy.
Sądziliśmy że jak już chróstów nagromadził kupy i hacić począł — tak poprobuje do nas przejść.
Ale przyszło południe — nadszedł wieczór — turcy się zminęli postawszy i do swego obozu powrócili — nie zaczepiwszy nas.
Czysto wyglądało to na jakąś zabawkę. Ukażą się oni za Świeczą, występują nasze pułki także, patrzymy na siebie zdaleka — godzina — dwie — turcy powracają do obozu, a cokolwiek późniéj my także.
Stary żołnierz, który zawsze jest wesołéj myśli — choćby już mu wnętrzności wydzierano, żarty sobie stroił z Seraskiera — choć byli i tacy co mówili.
— Niebójcie się! mądry on jest! nie lekceważyć go.
Dwudziestego dziewiątego Septembris znowu z obu stron jak na monstrę wyciągnęły wojska a z prawéj strony Seraskier od błota postawiwszy część jego, sam przez mosty się przeprawił i naostatek podstąpił pod reduty nasze, które naprzód były wysunięte.
Król gdy mu dano znać, wyjechał sam rozpatrzeć się i dragonów swych z pułkiem wyprawił aby nieprzyjaciela odegnać.
Była to pierwsza utarczka krwawa, do któréj nasze wojsko szło spragnione — chciwe boju — z wielkim zapałem, ale i turcy też walczyli zajadle. Można powiedzieć że ważyło się zwycięztwo kilka razy, ale nasze posiłki stały w gotowości, uchowaj Boże porażki; a pod wieczór turcy musieli się zwinąć i nazad za mosty, za Świecz uchodzić, także dragonom pierwszy bój się poszczęścił.
Przez godzin trzy się ucierano.
Nazajutrz myśleliśmy że się to ponowi, ale turcy zostali w obozie i małe tylko oddziały występowały niby na harc, a postawszy nad rzeką wracały nic nie przedsiębiorąc.
Z naszéj strony, ile razy oni wyszli ku nam, myśmy też stawili się na przyjęcie, ale od Septembra dni ostatnich do ósmego Octobris, nie przyszło do starcia. Naszym się to oczekiwanie sprzykrzyło, ale król kazał mieć cierpliwość.
Ósmego wysypało się ich daleko więcéj, a za pierwszemi oddziałami tuż szli Janczarowie i z pochodu król zaraz odgadł że pomiędzy nasze reduty chcieli się wcisnąć, zostawując za sobą janczarów, którzy mieli pierwszą linję naszą zdobywać, odciętą od wojska. Do tego niedopuszczono i zaraz z prawego skrzydła puściła się jazda na nich z takim impetem że ich złamała i zmusiła za forty umknąć.
Seraskier sam pod buńczukiem zielonym dowodził i jak tylko zobaczył uchodzących, natychmiast im posiłek posłał — tatarowie też ruszyli się w pomoc kupami, ze zwykłym swoim wrzaskiem.
Z naszéj strony Sobieski nie ograniczył się na pierwszych pułkach i sukurs wyprawił, tak że walka się zawiązała około pierwszych fortów zajadła wielce, i można powiedzieć że się tu ważyły losy całéj wyprawy chwilami gdyby uchowaj Boże, jazda nasza złamać się dała i pierwszy szaniec opuściła.
Król z konia nie zsiadał. Dotąd cały bój się na prawym skrzydle toczył, ale w tem Seraskier z tych wzgórzów na których stał od lewego, spuścił się z dosyć silnym oddziałem, wpław przez Dniestr, potem przez Świecz i natarł z drugiéj strony, aby tu odciągnąć część sił, gdyż rachował na to że król ich wiele niemiał.
Z bijącem sercem patrzałem na to, przy królu stojąc — który kilka razy to na prawo, to w lewo chciał sam się rzucić, ale go nie puszczano.
Na prawem skrzydle ciągle walka była najzajadlejsza, trzeba było coraz nowe posiłki wyprawiać, a tatarowie przez błoto przebrnąwszy usiłowali tył zająć naszym, ale tu działa ich tak przywitały że nie mogli się daléj posunąć. Huk był straszny, bo ogień nie ustawał.
W środku zaś wojska oba nieruchome stały.
Jak się zaczęło około południa, tak dopiero nad wieczorem skończyło tem, że nasza artylerja zmiotła tę ciżbę, okrutną moc jej nabiwszy i nie dając iść daléj.
Pod jéj zasłoną nasi napadłszy dzielnie naostatek przegnali napastników, których siła uchodząc w błocie się potopiło na prawem skrzydle, a na lewem też się im nie lepiéj powiodło. Dosyć że o mroku z téj strony Świeczy trupy tylko leżały, a żywi wszyscy przez mosty i wpław, jak kto mógł salwowali się do swojego obozu.
Dopóki życia mojego dzień ten mi będzie pamiętnym, mogę powiedzieć żem oczy wypatrzył, jak stanąłem z wlepionym wzrokiem w ten bój straszny, takem ich już do zmroku odwrócić nie mógł.
Zapomniałem o głodzie, — ogłuchłem, zdrętwiałem stojąc tak gdyby słup, a gdy wszystko się skończyło mrok padł, a Morawiec mnie począł za rękaw sukni targać, jakby z drugiego świata zstąpiłem, zobaczywszy go. Cała moja dusza była przez ten czas na bojowisku...
Z naszéj strony zabitych nie było wielu, przecież najdzielniejszych padło kilkunastu, a rannych mniéj więcéj ciężko nie policzyć było... Turków, jak słyszałem potopionych i pobitych do trzech tysięcy z tatarami rachowano.
Przez całą noc potem, opatrywaliśmy rannych, jeść dawano i pić zgłodzonym i zmęczonym, a radowano się i Bogu dziękowano za zwycięztwo...
Nazajutrz, jak się spodziewać tego było można, turcy spokojnie w obozie leżeli.. od którego językaśmy mieli, że im dla koni na paszy zbywać zaczęło, bo na kilkanaście mil w koło kraj był zniszczony i wycieńczony, że nic w nim oprócz gałęzi poschłych znaleść nie było można.
Trudno temu uwierzyć będzie co powiem, choć to tylko piszę na co patrzyłem i czegom dotykał. Staliśmy tak opasani wkoluśieńko, że i myszy do nas dostać się było trudno. Król bardzo tęsknił nad tem, że od żony wiadomości nie miał, ani o sobie jéj mógł dać znać, gdy dziesiątego Octobris, jak dziś pomnę, w parę dni po téj bitwie — nocą się zjawił na naszych czatach na samem skrzydle Tatarzyn... Widziałem go, więc zaświadczyć mogę, iż wistocie niktby w nim niepoznał przebranego posłańca, który szyję ważąc ode Lwowa się tu przekradł do króla z pismami.
Był to nie jaki Drążewski, znany z tego iż przez długą u tatarów i turków niewolę, tak się wyuczył ich mowy, obyczaju, nawet modlitw i umywania, tak się opalił, — a nawet twarzą stał podobnym do téj dziczy, iż go w świecie nikt niemógł wziąść za kogo innego tylko za rodowitego tatara.
A i temu uwierzyć trudno, iż miał pasję do przekradania się i zwodzenia tatarów i turków... Sam się zawsze ofiarował na to niebezpieczeństwo, bo dosyć było podejrzenia, ażeby go strzęśli, a listy miał pozaszywane, w czapce, w kożuszku... w skurzniach nawet...
Gdy królowi o Drążewskim powiedziano, iż ze Lwowa przybywał, wybiegł sam na przeciw niego i tylko że go nie uściskał... Tym czasem zaraz poczęliśmy go rozdziewać i pruć co na nim było, aby się do pomiętych papierów, pomoczonych i zabrukanych dostać...
Z tych się król dowiedział, że Radziwiłł Hetman Polny Litewski pode Lwów przyprowadził dziesięć tysięcy Litwy, ale z niemi do naszego obozu przerznąć się nie było można myśleć nawet. Oprócz tego we Lwowie siedzieli szwagier królewski Bethune i anglik Hyde. Pierwszy z nich przywoził jakiś order od francuzkiego króla... Anglik, który sobie tatarów wyobrażał narodem jako drugie, szanującym prawo pospolite, uparł się trębacza posłać paradnie wystrojonego z tłumaczem, którego mu dał Radziwiłł, domagając się aby go przepuścili jako posła do króla do obozu...
Tatarowie spotkawszy ich, po swojemu się z niemi obeszli i pościnali, a głowy posłali Seraskierowi, za czem anglikowi ochota odeszła probować pod Żurawno się dostać.
Oprócz tych wiadomości, miał król list od Jéjmości, który całował i czytał i nacieszyć się nim niemógł, a serca mu przybyło jeszcze, tak się tem uradował...
Drążewski, któremu mogło jednéj takiéj przechadzki być dosyć, — już trzeciego dnia, wyspawszy się i posiliwszy do króla poszedł ofiarując się z listami nazad do Lwowa.
Chłop był, jakom mówił, przysiądz patrząc na niego że tatarzyn, bo nawet nos miał płaski i zkądsiś oczy wziął pokoszone jak u tatarów, mały, gruby, czarny, niezgrabny, ale nieopłacony...
Gdy się napił, a był w dobréj myśli, począł tatara udawać i na dywaniku przysiadłszy tureckie majufes odprawiać, ręce podnosić, składać na piersiach, czołem o ziemię bić, tylko było patrzeć a dziwować się.
Ksiądz kapelan nasz mu to wyrzucał, iż się mahometańskiego nabożeństwa wyuczył, ale on tłumaczył się, że pan Bóg po turecku rozumie, i będzie wiedział jako Drążewski Chrystusa się dla mahometa nie zaparł, choć go pono tatary gwałtem obrzezały..
Po téj bitwie Seraskier snadź powrócił do pierwszego swego postanowienia, aby nas głodom wziąć...
Żołnierzom było łatwiéj, bo żywności, choć ladajakiéj mieliśmy jeszcze dosyć, ale konie cierpiały i byłyby wyzdychały nam z głodu, gdyby nie ten zrąbek lasu, który okopany był pomiędzy obozem naszym, a Dniestrem, gdzie się szkapy jako tako żywiły. Koń zaś nasz z biedy i strzechę je i gałęzie ogryza, wychudnie prawda, ale by wodę dobrą miał, będzie się trzymał...
Seraskier zaś sam tak cierpiał z końmi swojemi jak i my, a może gorzéj, bo ich daleko więcéj miał, a w okolicy na mil dziesięć i dwanaście zdźbła trawy nie było.
A że się pogańcowi po dwakroć nie powiodło zmódz nas w potyczkach, fortelu postanowił zażyć cale nie spodziewanego, a przynajmniéj nie zwykłego, bo się chciał jak do twierdzy do nas przekopami dostać.
Dzień i noc pracowali nad niemi, ażeby nie dać robotnikom spoczywać, Seraskier kazał swoje namioty rozbić wśród robotników janczarów i doglądał a przyspieszał...
Wysypali tak siedem redut czyli kawalerów naprzeciwko nam wymierzonych, a prędko i jak oddawano im sprawiedliwość, bardzo zręcznie. Całą swoją ciężką artylerję, działa ogromne jakich w oblężeniach używają zaciągnęli na te baterje, których naliczono dwadzieścia kilka, a z tych około piętnastu olbrzymich.
Ciągnęły się one po nad strumieniem wzdłuż, a że im spoczywać nie dano, bo po całych dniach waliły a waliły do naszych nie bardzo oddalonych szańców, szkody nam wyrządzili dosyć, ludzi nazabijali, a co najboleśniéj było królowi Żebrowskiego stracił generała, którego kula na pół przecieła. Temu grobowiec kazał wznieść król, na jaki nas stało...
Z namiotów ludzie poczęli się wynosić do dołów, które sobie kopali, ale Sobieski ze swoich nie ustąpił, i nie zmienił nawet miejsca, w którem stały, powiadając że — Bóg kule nosi, a komu ona przeznaczona, nie minie.
A no gorąco nam było bardzo...
Trwało to sporo czasu, aż czy sam król czy francuzcy inżenjerowie, odezwali się z tem, żeby z naszéj strony też przekopy w stronę turecką rozpocząć.
Dosyć, że poczęto się kopać i sunąć ku nim, czego ja, przyznaję się, nie mogłem zrozumieć, na coby się to zdało..
W wojsku naszym, choć mu na wielu życia potrzebach zbywało, a położenie było niemal zrozpaczone, — trwogi nie mogłem dopatrzeć najmniejszéj. Żartowano sobie i podkpiwano jak w najlepszy czas. Król także czoła nie zmarszczył...
Tym czasem konie żyły gałęźmi, a, co trzymano w sekrecie, nam mogło prochów zabraknąć... Było ich omal, by na straszny ogień turecki trzeba było odpowiadać.
W tureckim też obozie, cośmy przez połapanych tatarów wiedzieli, konie padały jak muchy, a z tego ścierwa końskiego, choć je zakopywano, fetor był do niezniesienia..
Trwało to do dwudziestego pierwszego października. Myśmy po troszę odsieczy i dywersij się spodziewali, na to licząc: że pogańcy nie wytrzymają w polu, na mrozie i o głodzie.
Jakim cudem się to stało, iż w końcu Seraskier przysłał jeńca naszego proponując pokój — tego wytłumaczyć nie potrafię.
Słuchałem narady i odpowiedzi i negocjacje z niemi.
Naprzód sobie król zawarował, że o haraczu mowy być nie może — ani on o nim słyszeć chce. Potem ofiarował stoczyć bitwę, byle turcy za Strumień ustąpili i plac mu dali... naostatek Seraskier zmiękł — i pokój został zawarty; w tych warunkach, w jakich myśmy się znajdowali, nie do wiary. Wszystko zaś to winniśmy byli tylko Sobieskiemu, jego męztwu i téj znajomości tureckiego charakteru, jaką on miał.
Powiadano potem, że Seraskier się dał podarkami ująć, a choćby i tak było, o czem wątpię, sztuką było do tego przyprowadzić taką siłę przemagającą, ażeby pokój, ze wszech miar dla nas chlubny i korzystny, Porta zawrzeć była zmuszoną z garścią ludzi opasaną do koła.
Sławiono, prawda, Sobieskiego ze wszystkich jego wojennych czynów, ale kto na niego patrzył zblizka, temu się zdaje, że go jeszcze nie dosyć szacowano. On musiał i męztwem i rozumem iść przeciwko wszystkim... a naostatek i z szablą naprzód, aby dać przykład. Tego co on przewidywał nigdy nikt nie widział wprzódy, a jemu jakby było objawione z góry.
O sobie, czasu téj wyprawy pod Żórawną wiele do powiedzenia nie mam.
Było to moje pierwsze pole, gdziem prochu wąchał i kule świszczące słyszał, a niebezpieczeństwo widział codzień utraty życia albo wolności.
Śmierć lub tatarska niewola. Gdyby się człowiek bił, łatwiejby te czarne myśli znosić przyszło, ale stać i patrzeć a medytować o łykach... nie najmilsza to rzecz.
Nasłuchaliśmy się też z Morawcem wszelakich przypuszczeń, bo niektórzy już pęta i śmierć widzieli nieuniknione, a było takich dużo.
Nawet stary żołnierz chwilami wątpił...
Mówiłem to już, iż miałem do guzów szczęście, jakoż i tu w obozie, choć w pole nie wyciągnąłem, nie minęła mnie pamiątka tatarska.
Poszliśmy z Morawcem na prawe skrzydło przypatrywać się harcom z tatarami, a że trochę opodal w polu zobaczyliśmy leżącego dragona pod krzakami, i zdało się nam, że go może ratować można, biegiem puściliśmy się ku niemu.
Zdało się, że tatarów nasi odpędzili i że ich już tu nie ma wcale.
Nie miałem na sobie tylko kaftan łosiowy spodem a na wierzch kożuszek, zbroi żadnéj.
Wtem, gdy my już do trupa się zbliżamy, nie wiedzieć zkąd świsnęło kilka strzał i czuję w ręku lewym jakby mnie szydłem kto przebódł.
Siedzi strzała tatarska i dygocze.
Chciałem wyrwać zaraz, bo mówiono o zatrutych, ale tak głęboko poszła żem dostać nie mógł. Trzeba było nazad do obozu zawrócić i tu mi dopiero Janusz, rozciąwszy trochę ranę, dostał strzałę z niéj, którą na pamiątkę zachowałem.
Rana mi się bardzo długo jątrzyła, tak żem z nią powrócił, ciekło z niéj, ciekło i zagoić nie było można, a i na starość w tem miejscu czuję rwanie na słotę.
Takich drobnych wypadków siłaby można przypomnieć różnych; co najszczególniejsza zaś, że kto miał polegnąć prawie zawsze przeczuwał coś, niepokoił się, spowiadał nawet...
Wiele razy mi się to widzieć zdarzało.. Z wieczora siedziemy najlepszéj myśli u kubków, aż wyrwie się który i zawoła: — Jutro mnie kula nie minie...
Śmieją się z niego, on sam też wesół, nic sobie z tego nie czyni — a nazajutrz — sprawdziło się.
Po zawarciu tego pokoju wszyscy się cieszyli, że wypocząć cokolwiek będą mogli, a i król też — choć on z łaski żony i Paców nigdy spokoju zażyć nie mógł.
Biedny człowiek, bez téj żony żyć mu było niepodobna, tak ją kochał, albo raczéj taką ona miała jakąś siłę przyciągającą dla niego — tak mu jéj brakło — a z nią nieustanny spór był, walka, męczarnia, bo nigdy nic ją nie zaspokajało.
Dla siebie i rodziny swojéj, doszedłszy do tronu, chciała nadzwyczajnych godności, tytułów i zapewnienia na przyszłość miejsca, jakie miała zajmować, wśród najsławniejszych rodów monarchicznych. Marzyła dla syna o tronie polskim, dla córki o wyswataniu ją za panującego, a że przeszłości, niestety, zmienić nie było można, w któréj familja de la Grange d’Arquien nie tak świetne miała imie, starała się we Francji dla ojca i brata o tytuł książęcy, o nadanie dziedzicznego parowstwa.
Ludwik XIV potrzebował i pragnął aljansu z Polską, rad był sobie ująć Sobieskiego, ale nadzwyczaj surowy gdy szło o dostojność, o nadawanie przywilejów rodowych — jakby na przekorę czynił trudności królowéj, przyprowadzonéj do rozpaczy. Uwielbienie jéj dla króla Francji powoli zmieniło się w nienawiść i pragnienie zemsty.
Napróżno starano się to załagodzić małemi grzecznościami — Maryja Kazimira się niemi zaspokoić nie mogła.
Tymczasem te intrygi we Francji, nieprzyjaciele króla inaczéj tłumacząc rozgłaszali po między szlachtą że on Polskę Francij w hołdownictwo oddawali że ją zabiegami temi poniżył. Wszyscy austryjaccy przyjaciele mający Paców na czele — stosunki z biskupem Marsylskim, z innemi agentami Francuzkiemi obracali się przeciw królowi.
On, dla zabezpieczenia sobie domowego spokoju, choć często przeciwko przekonaniu — opierając się, w końcu żonie ulegał. Więcéj ona z Jabłonowskim i francuzami rządziła się niż Sobieski.
On, jak nie na wojnie, to był w ogrodzie, na łowach, albo na rozmowach lub przy czytaniu z którego się coś mógł nauczyć.
Ludzi szczególniéj lubił, z któremi mógł o religijnych i filozoficznych przedmiotach rozprawiać, a gdy mu na nich zbywało, śmiech powiedzieć i przyznać, alem na uszy słyszał, z Janaszem i Aronem faktorem swym, godzinami o Biblij i o talmudzie rozpytującego rozkazującego sobie różne rzeczy objaśniać — dyskutował i sprzeczał się zawsze mu kogoś było potrzeba do tych mądrych pogadanek, w których niezmiernie się kochał...
Trafił się duchowny uczony, to go przytrzymywał, niepuszczał i z nim kwestje wszelkie kontynuował, często do późnéj nocy. To było jego najulubieńsze zajęcie... Książek w których zasłyszał, że się ukazały, szczególniéj francuzkich był łakomy, a kto mu ich dostarczył, łaskę sobie zdobywał. Pomimo to między wesołemi wesół, i pożartować lubił i przez grzeczność wina się dla towarzystwa napił, chociaż pijanic i nałogowych bankietników nieznosił.
Z pustogłowami też nie rad obcował. Właśnie gdy królowa przez męża się starała we Francij o owo księstwo i parowstwo u króla, trafiła się przygoda osobliwa, któréj by uwierzyć trudno, gdyby wistocie prawdziwą nie była.
Łotra jakiegoś kawał, pono chudzina i szlachcic nie osobliwy, jak to się we Francij wszystko kupuje, tytuł sobie i urząd Sekretarza królowéj JMci kupił. Matka jego, może tylko zdaleka widziała Sobieskiego gdy był we Francij młodym jeszcze, a może tylko zasłyszała, że jako młody a krewki różne tam miłostki w Paryżu i stosunki pozawiązywał.
Syn tedy z nią naradziwszy się postanowił z wyniesienia na tron Sobieskiego korzystać i udać pana Brisacier za syna jego..., narodzonego po wyjeździe z Francij...
Uknuto cały spisek, a sekretarz królowéj Francuzkiéj sfałszował list od niéj do króla Polskiego, w którym poświadczała to iż wistocie Brisacier zaś żądał aby za protekcją jego mógł otrzymać tytuł książęcy i parostwo!!
List ten tajemnie powierzono niejakiemu doktorowi Akakij w Gdańsku — który interesa francuzkie miał na pieczy, zalecając mu ażeby do rąk własnych samego króla doszedł potajemnie. Musiano pewnie zastrzedz ażeby królowa go nie widziała.
Znalazłszy pewną zręczność i zaufanego człowieka, francuz pisma te jakoby królowéj polecającéj swego sekretarza i jego, doręczono Sobieskiemu.
Nie byłem przy tem, ale co piszę tom od najlepszego przyjaciela królewskiego słyszał, i wierzę w to jak w ewangelję.
Przeczytawszy owe listy — król formalnie osłupiał. Nie był ci bez grzechu w czasie swojego pobytu w Paryżu, ale owéj jéjmości pani Brisacier nie pamiętał wcale.
— Boże mnie skarz — rzekł przytomnemu przyjacielowi, któremu listy były powierzone — Boże mnie skarz jeżeli sobie przypominam tę kobietę...
Ani wiem ani rozumiem... Lat upłynęło wprawdzie wiele, zapomniało się niemało — ale gdybym serdeczniejsze miał stosunki — juściż bym o nich pamiętał i coś kolwiek by z nich pozostało w sercu.
Powiedziałbym że.. oszustwo jest, na moją kieszeń wymierzone, ale królowa jejmość sama świadczy i zapewnia że świadomą jest tego i ręczy za uczciwość tych ludzi...
Król w piersi się bił.
Mea culpa! mszczą się grzechy choć późno na człowieku!! Ale uchowaj Boże dowie się o tem królowa!! Ona mnie wszystkie młodości mojéj Hanusie i Kasie po dziś dzień wspomina... będęż się miał za tę... Jakże się ona zowie? Brisacier! Brisacier! śmie... I ruszał ramionami uśmiechając się — ani wiem ani rozumiem.
Co tu począć??
Nosił się z tem król, słysząc, zafrasowany mocno przez dni kilka, wzdychał, radził z przyjacielem — naostatek w wielkiéj tajemnicy, nieśmiejąc odmówić królowéj fraucuzkiéj, postanowił list do Ludwika z interwensją za panem Sekretarzem wystosować. Ale łatwo przewidzieć było, że w Paryżu, gdzie na straży wszechpolskich stosunków, był de Bethune szwagier królowéj i ojciec jéj — owo pismo się nie utai... i... dojdzie do wiadomości Marysieńki.
Tymczasem choć zwlec burzę chciał, któréj uniknąć nie było można.
Stary Markiz d’Arquien, ojciec królowéj sam chodząc około otrzymania przywileju na księztwo i parostwo — dowiedział się zaraz że król, zamiast pisać za nim, wstawiał się za jakimś chudopachołkiem... i nie wiadomo za co i dla czego!
— Narobiło to wrzawy w Paryżu, a ztąd przyszła ona do nas.
Naturalna rzecz, królowa się dowiedziała pierwsza i wpadła jak burza na męża.. Jednemu Bogu wiadomo jak się to między niemi skończyło, ale jejmość po kobiecemu rozpatrując się w całéj intrydze, dojrzała w niéj jakiegoś oszustwa i fałszu.
Poszły rozkazy do Francij dochodzenia czy istotnie królowa list pisała za swym Sekretarzem... i — okazało się że o niczem nie wiedziała, że pismo było po prostu sfałszowane...
Ukarano fałszerza pono wygnaniem i więzieniem wraz z matką, ale co król wycierpiał — to przy nim zostało. Żona mu za ową niewierność imaginacyjną dobrze odpokutować kazała. A że Ludwik XIV od dodania księztwa P. d’Arquien się grzecznie wymówił, chcąc go orderem kontentować, gniew powstał wielki tak że niemal z dnia na dzień z paryzantki Francji, królowa się stała austryjackiego aljansu i austryjackich tu przyjaciół opiekunką. W takich to my żyliśmy nieustannych przemianach, zachodach i troskach. Bo z Francją jawnie zrywać nie chciano — oszczędzano ją i królowa zemstę knując, zawsze się niby z weneracją odzywała o Ludwiku XIV, tak jak on z uwielbieniem dla Sobieskiego.
Lecz nim co więcéj o tem powiem, muszę też cokolwiek o sobie wspomnieć jak mi się działo.
Król, któremu pod Żurawnem się wysługiwałem jak mogłem, a widział mnie ciągle pilnym i statecznym, przy tem dobréj myśli, bo smutnych twarzy koło siebie nie znosił — polubił mnie dosyć i czasami nawet, jak bywał poufałym, baraszkował sobie ze mną... Nie mogę narzekać, bo i podarków mi się kilka dostało, i — co droższe nad nie, zaufanie mi okazywał.
Ktoś mnie przed nim zdradził, żem się szalenie kochał w Felicji, z czego raz wraz żartował, ale nie pół żartem radził mi się z téj choroby wykurować, twierdząc że dziewczyna była płocha innych też francuzów mu bałamuciła, a że mi się i tem ktoś u niego przysłużył że o Federbie powiedział, śmiał się rając się i swatając Kostuchę, jako bardzo rozumną i stateczną niewiastę.
— Ta cię nie zdradzi — śmiał się, pomocnika do tego nie łatwo znajdzie...
Markotne mi były te żarty, ale i w nich dobre serce króla czuć było...
Gdyśmy powrócili i połączyli się ze dworem królowéj, Szaniawski mi zaraz dał znać żebym sobie Felisię z głowy wybił i ani o niéj myślał, bo francuz Boncour, już ją zaswatał, a królowa przyrzekła wydać za niego.
Boncour ten był sługą królowéj, którego do różnych potajemnych robót używała — miał zachowanie wielkie mówiono że pieniędzy umiał od niéj wyciągać sporo i już trzos dobrze nabity nosił.
Nie powabny był, bo i nie młody i ospowaty nieco, sprytny, żywy, kłamca i intrygant wielki.
Chociaż wiadomo było wszystkim że się żenił z Felisią i ona temu nie zaprzeczała, gdym przybył przyjęła mnie — tak żem zmysły postradał, z wielką uprzejmością, z takiemi czułemi wejrzeniami, jak gdyby istotnie w sercu dla mnie co miała.
Nie mogłem tego zrozumieć. Wiedziałem ci że francuzki mężów oszukiwać zwykły, i to chleb powszedni, że mąż u nich do serca nie ma prawa — ale mnie to obrzydzenie i pogardę sprawiało, bom prostą drogą nauczył się chodzić.
Gdyśmy się tedy spotkali, a ta ząbki do mnie szczerzyć zaczęła, ja powinszowałem jéj Boncoura.
Rozśmiała się poruszając ramionami.
— Jeszcze do tego daleko — rzekła — królowa mnie swata, ja się mojéj dobrodziejce i opiekunce nie opieram, ale Boncoura nie lubię.
Odszedłem od niéj rozmarzony — i byłbym może uwierzył zalotnicy, ale drugiego dnia już innego wabiła i z nim się zabawiała — a jam poszedł w kąt.
Oszaleć było można z tą dziewczyną.
Nie koniec na tém.
Federba też przypomniała sobie żem jéj w oko wpadł i witała mnie straszliwie czule, na większe utrapienie moje. Szaniawski mi tego szydząc zazdrościł.
— A toś powinien p. Bogu dziękować że się staréj babie głowa zawróciła — ona u królowéj może co chce; sam król się jéj kłania.
Co prawdą było — bo Letreu i Federba nawet Sobieskiemu straszne były, a często — gdy co u żony potrzebował wyrobić i szło mu opornie, udawał się do jednéj lub do drugiéj.
Tak samo biskup Forbin ujmował je sobie relikwjami i agnuskami, a niemi się posługiwał.
Między niemi zaś była rywalizacja ciągła chociaż jedna drugiéj niemogła całkiem wyprzeć z łask i odedworu. Bywało że tygodniami Federba górą stała przy królowéj, a Letreu popadała w obojętność, potem naprzemian ta brała górę a Federba musiała głowę suszyć jak się królowéj przypodobać.
Niemal wszyscy, którzy przez królowę coś chcieli wyrobić sobie, a to był sposób najpewniejszy, zaczynali od ujmowania jednéj z dwu faworyt. Pomiędzy niemi zgoda i pokój, napozór czasem panowały, ale w istocie szkodziły sobie wzajemnie, jedna drugiéj pozbyć się starała, niemogąc tego dopiąć.
Ile razy księżna Radziwiłłowa z Białéj do brata przyjeżdżała, zawsze dla obu jéjmościanek przywoziła podarki, toż samo późniéj musiała rodzona siostra królowéj Wielopolska naśladować, ani jedna ni druga nie zabezpieczyły się tem od plotek i posądzeń.
Federba tak się jawnie z tem popisywała, że raczyła mnie wyszczególniać i protegować, iż Letreu, która jéj z oka nie spuszczała, była o tém uwiadomioną i niemogła wytrzymać, żeby jéj na przekorę coś nie począć.
Jednego dnia, gdy przy obiedzie nie było Federby, która u królowéj została — chwilowo będąc w większych łaskach niż Letreu — gdyśmy od stołu wstali, zbliżyła się ona do mnie z uśmieszkiem i dała znak że ma mi coś do powiedzenia.
— Siadaj no, odezwała się zaprowadziwszy mnie do kąta. Ja to wiem od dawna żeś się zakochał w Felisi, którą królowa wydaje za Boncoura i że ta stara Federba miżdrzy się do ciebie. Wszyscy się z niéj śmieją!.
Spuściłem oczy.
Co się tyczy Felisi, mówiła daléj — dziewczyna płocha, nie ma się co spieszyć, może się ustatkuje, a z Boncourem, choć królowa przez Federbę namówiona chce ją wydać za niego i przyrzekła — rzecz nieskończona. Można jeszcze mu stołka przystawić. Federby się nie masz co obawiać, — ja wpanu dobrze życzę i nie dam ci uczynić nic złego.
Ona sobie pochlebia że ma wielką moc w naszéj pani ale to nieprawda. Znosi ją, cierpi, nawykła, a czasem po całych tygodniach do niéj nie przemówi ani słowa.
Podziękowałem jéj za życzliwość, a co się tyczy Felisi, choć nie zapierałem się że bardzo mi się podobała — zbyt się jéj narzucać nie chciałem.
— W. Pan jesteś dla Federby nazbyt grzecznym, ciągnęła daléj — a ona to sobie inaczéj tłumaczy i duży się napróżno. Powinieneś jéj dać poznać że się w niéj przecie rozkochać nie możesz. Obawiać się nie masz co, spuść się na mnie.
Znowu tedy dziękowałem dodając że obawy nie miałem żadnéj — bo oprócz chęci służenia królowi J. Mości nie byłem ambitny i o nic się nie dobijałem.
— Pan Bóg dał mi — rzekłem — chleba kawałek po ojcu — a służbę przyjąłem żeby za młodu świata i ludzi trochę zobaczyć. Dopóki Najjaśniejsi Państwo z moich usług radzi, trzymać się będę u dworu — a, uchowaj Boże nie łaski — wrócę na wieś.
Ta moja obojętność niepodobała się pannie Letreu.
— Jak to może być — przerwała — żeby młody człowiek ambicyi nie miał?. Patrzajże na tych co po rodzicach ogromne majętności odziedziczyli, a dla tego za starostwami i dzierżawami biegają. Wiem że król was lubi, królowa też z usług była zawsze kontenta, potrzeba z tego korzystać — ale bez Federby w. pan się możesz obejść, ja mu dobrze życzę. Ona zaszkodzić wam u królowéj nie potrafi — a u Felisi ja pomogę. Głupią by była żeby starego Boncoura wybrała, który tylko jurgelt swój ma, a może trochę grosza, gdy wpan jesteś młody, masz majątek i sperandy przed sobą.
Nie trać więc nadziei, ale Federbie daj do zrozumienia — aby się darmo nie durzyła.
Odpowiedziałem na to — że byłem zawsze z uszanowaniem dla panny Federby, ale więcéj nic.
Rozmowa się przeciągnęła nieco, a że obie faworyty miały swoje partje u dworu, pewnie tegoż samego dnia Federbie doniesiono iż miałem na stronie poufną rozmowę z panną Letreu.
Nazajutrz wyrwała się na chwilę od królowéj — i przybiegła szukając mnie niespokojnie, chcąc się dowiedzieć czego Letreu odemnie żądała i co znaczyła ta narada na stronie.
Odpowiedziałem śmiejąc się że ciekawą była szczegółów o obozie pod Żurawnem i że o nie tylko rozpytywała. Na to Federba głową potrząsnęła...
— Strzeż się waćpan Letreu — rzekła — ja tam nie chcę jéj szkodzić, ale was — dobrze życząc, muszę przestrzedz — to jaszczurka jest, żmija, komu tylko może zaszkodzić — nigdy nie pominie zręczności, pomódz ani umie ani może — królowa nią dawno znudzona, radaby się pozbyć, ale kto to weźmie — astmę ma, byle trochę się poruszyła żywiéj — dysze i kaszle. Wiem że mnie nie lubi, bo zazdrosną jest że u królowéj mam łaskę, że gotowa była na mnie i przed wami wymyślać.
— Nie było mowy o was — odparłem — i powodu do niéj.
— No — dodała Federba — miejcie się na baczności. Ona gotowa czynić wam nadzieje, obiecywać złote góry, aby się popisać ze swoją mocą, a żadnego wpływu niema. Wierzcie mi.
Wpadłem tedy między te dwie baby zazdrosne i byłem w dosyć nieprzyjemnem położeniu, a że matka się dawno upominała, ażebym ją odwiedził, wyprosiłem się u króla na kilka tygodni do domu. Szaniawski też, który chciał mnie oderwać od Felisi — a spodziewał się że ją tymczasem za mąż wydadzą, naglił i napierał abym jechał.
— Co z oczów to z myśli, mówił — póki będziesz ją miał codzień przed sobą, nie uwolnisz się od téj miłości, z któréj ci się otrząsnąć potrzeba, bo to dziewczyna nie dla szlachcica-wieśniaka na żonę. Dworką była od dzieciństwa i pozostanie nią do śmierci.
Wprędce tedy poszedłem do króla pokłonić się i poprosiłem o urlop do matki, na który natychmiast przystał, rozkazując mi wydać Wardyńskiemu viatyk, ale kazał powracać i nie zasiadywać długo, bo — będziesz mi potrzebnym — dodał.
Wybrałem się więc pożegnawszy u stołu z mojemi protektorkami, które trochę były zdziwione żem z placu im uszedł.
W domu matka i siostra — sąsiedzi — co żyło serdecznie mnie przyjmowali. Nie mogłem im dosyć naopowiadać o Żórawnie — o królu, o turkach i o tem oblężeniu kilku tygodniowem, w jakiem nas wytrzymał Seraskier, a nic nie wskórawszy sam o pokój prosić musiał. Za ten pokój wszyscy króla błogosławili, bo cała rzeczpospolita zmordowana wojnami i najazdami, była żądną odetchnienia.
Znaczniejsza część ziemian króla pod niebiosa wynosiła, ale i tego zataić niemogę, że się złośliwe głosy dawały też słyszeć przeciwko niemu. Obwiniano go o zbytnią uległość i powolność Francji, o tajemne knowania aby dzieciom za żywota tron zapewnić i t. p. królowa wogóle przyjaciół niemiała, a kto niewymyślał na nią — to się już liczył do jéj stronników. Niebyło się z czego chwalić.
Po cichu zaś sobie z ust do ust podawano że ona w zmowie i serdecznych stosunkach z Jabłonowskim kieruje i prowadzi wszystko i t. p.
Z Podola szczególniéj głosy sarkających przeciwko królowi przychodziły, bo mu za złe miano, że wszelkiemi siłami się nie starał o odzyskanie Kamieńca, w którym turcy kościoły na meczety przerabiali coraz się mocniéj sadowili, i chcieli bronić do upadłego. Tego zaniedbania twierdzy, która się za perłę najdroższą korony rachowała, nie mogli przebaczyć królowi choć z nas każdy wiedział że Sobieski dzień i noc przemyślał o zdobyciu Kamieńca i jak prawdziwy kamień leżał mu on na sercu.
Zapraszano mnie w koło ciągle, do Steckich, do innych domów w sąsiedztwie, w Łucku księża przyjmowali i gdybym był chciał, dnia bym jednego nie miał wolnego, chociaż z matką i siostrą sam na sam najmiléj mi było. O Michale tyleśmy tylko wiedzieli, że z jednéj rezydencji do drugiéj przenoszono go, że on też się nie skarżył na dolę swoją.
Matka nie spodziewała się, że kiedyś do Żytomierza zawita, a ona go tam widywać będzie mogła.
Tym razem wspomniała też że czas by może dwór porzucić, o gnieździe pomyśleć, żenić się i gospodarować — dając do zrozumienia że panny by się znalazły ze wszech miar dla mnie stosowne, młode, majętne, dobrych rodzin, przystojne...
Podziękowałem pani rodzicielce za jéj troskliwość, alem odparł że do stanu małżeńskiego ochoty jeszcze nie czułem i wolałbym to zostawić czasowi.
Na co mi zaraz odpowiedziała.
— Mój Adasiu, tylko żadnéj żony z miasta i ze dworu, uchowaj nas panie... Nie przyzwyczai się to nigdy do naszego wiejskiego życia, a tęsknić będzie za miastem i dworem... Dopókim ja żywa, nie dopuszczę tego, ale i po mojéj śmierci, spodziewam się że rady usłuchasz — a żony sobie u swoich równych szukać będziesz...
Nie przyznawałem się przed matką do Felisi, bo nigdyby w świecie ani myśleć o niéj nie dała, raz że na dworze przy królowéj i splendorach była wychowana, powtóre że francuzka była, a francuzów u nas nie lubiono i obawiano się.
Mimowolnie pobyt mój na wsi się przeciągnął, bom na polowaniu przeziębiwszy się dostał srogiéj gorączki, tak żem bezprzytomny majacząc leżał więcéj tygodnia, a gdy dzięki księdzu kanonikowi, który razem doktorem był, do siebiem przyszedł, kilka miesięcy musiałem się odżywiać, aż mi siły dawne powróciły. Przyczem włosy z głowy wypełzły haniebnie i już nigdy nie odrosły bujne jak były.
Przez ten czas król z królową pojechali do Gdańska, gdzie się syn Sobieskiemu narodził.
Gdańszczanie przyjmowali oboje królestwo nadzwyczaj świetnie i wspaniale, co u nich nie nowina — bo i Marję Ludwikę oni w Polsce jedni tak witali jak nawet stolica nie mogła kosztowniéj i wystawniéj.
Ale o tym pobycie w Gdańsku królestwa tyle tylko wiedziałem, co mi Szaniawski donosił — zapewniając że się król o mnie informował i kazał mi donieść że pożądanym mu będę gdy powrócę.
Przez cały ten czas choroby małom co wiedział ze dworu i co się na świecie działo — anim tak bardzo ciekaw był — bo się pokojem cieszono — a to była główna rzecz... I z Moskwą też traktaty przedłużone, z téj strony zapewniały bezpieczeństwo... Naostatek wydobrzawszy przy macierzyńskich pieszczotach, gdy mi włosy cokolwiek na nowo odrosły pojechałem znowu na służbę mało co przed tem gdy się królestwo na Sejm do Litwy wybierali, przeciwko czemu wrzawa była ogromna, iż dla niéj tak znaczne czyniono ustępstwo.
Pacowie to wymogli że Litwie alternaty zapewniono, ale zawiedli się srodze, spodziewając iż Sejmy naznaczone będą do Wilna, gdyż król im na przekór wybrał Grodno, dla tego tylko ażeby Wojewodzie Wileńskiemu nie dać zbyt gospodarzyć, jako u siebie w domu!
Grodno nikomu prawdę rzekłszy dogodném nie było, bo naówczas gdy się pierwszy Sejm miał tu zgromadzić, miasto było całe drewniane, a i lepszych dworów z drzewa mało w niem było.
Zamek zaś nie dosyć opuszczony, niewygodny, szczególniéj pod zimę, trzeba było na gwałt wyporządzać dla królestwa — bo mury wszędzie poopadały z tynków, dachy były pogniłe, podłóg na dole cale żadnych...
U dworu zastałem tę niespodzianą zmianę, w którą mi się wierzyć nie chciało z razu, iż Pacowie co trzymali z Austrją, a królowi byli przeciwni i wszędzie mu szkodzić a na przekory czynić się starali — mieli za sobą królowę, chociaż się z tem nie wydawała, bo wiedziała że męża nie pociągnie za sobą. Rozgniewana na Ludwika XIV, który nie dosyć dla niéj był powolnym, królowa zwróciła się ku rakuskiemu stronnictwu przeciwko francuzkiemu... I tak stała się rzecz niedowiary, że ona trzymała z Pacami, a król z Sapiehami, których podnosił i opiekował się niemi, aby złamać wpływ jaki sobie tamci pozyskali, począwszy od panowania Michała..
Dwór wybrał się w tę podróż do Grodna, w najgorszą porę, po najokropniejszych drogach — które w części grzązkie były, tak że powozy w nich zapadały po osie, a za lada przymrozkiem gruda straszna pośpieszać nie dawały... Łamały się kolebki ciągle, niewygód, strachu, królowa miała tyle do zniesienia, że właśnie brzemienną będąc, ledwieśmy do Białéj przybyli, musiała się położyć i rozchorowała niebezpiecznie.
W Białéj Radziwiłłowie książęce albo raczéj królewskie przygotowali przyjęcie... Dosyć powiedzieć że muzyków i śpiewaków sprowadzono aż z Włoch, a dla króla do zwierzyńca niedźwiedzi nałapano, łosiów, jeleni z puszcz radziwiłłowskich moc ogromną. Od rana do wieczora, przy ogromnym zjeździe sproszonych gości karmiono, pojono, zabawiano ze wspaniałością niesłychaną, a że szło szczególniéj o pozyskanie królowéj dla téj i podarki i wszelkie możliwe wygódki a czego tylko zapragnąć mogła, starano się przysposobić.
Tymczasem wszystkiemu temu choroba jéj szyki pomięszała, i — co gorzéj — nadzieja potomka zniweczona została, nad czem król bolał niezmiernie.
Po tym wypadku trzeba było koniecznie, z porady doktorów, choć parę niedziel spocząć w Białéj, a króla puścić na Sejm samego bo ten zwołany był i w dniu naznaczonym otwarty być musiał.
Na to królowa pozwolić nie mogła w żaden sposób. Już sam ów przepych i występowanie wspaniałe siostry królewskiéj raziło ją i było widocznie przykrem. Powtóre króla uwolnić samego nie chciała, i choć zdrowie nie pozwalało, zerwała się z łóżka, nie dając sobie spoczynku, upierając się jechać z mężem do Grodna. Starań o to było i prośb a zaklęć nie mało, aby cokolwiek w Białéj spoczęła, ale nie było sposobu przełamać jéj i przekonać, gdy co raz postanowiła. Musiano dla niéj kolebkę tak wysłać aby w niéj leżeć mogła, i wcześniéj daleko niż się można było spodziewać puściliśmy się, chociaż powolnie jadąc do Grodna.
Król bardzo był w czasie drogi markotnym, ale woli swéj niemiał, słuchać musiał. Między nim a królową, spory były zajątrzone jak nigdy — niemal wojna.. a Sobieski stawił opór jeżeli nie jawnie, to z pomocą przyjaciół i swoich...
Gdyśmy przybyli do Grodna, senatorów było mało, musieliśmy czekać, aż się, ich większa liczba zbierze.
Tymczasem między chorążym koronnym Lubomirskim a Wiśniowieckimi walka się rozpoczęła o dobra zakonu Maltańskiego.., a obie strony przyciągnęły z taką liczbą żołnierzy jakby sobie wojnę wistocie wydać zamierzały i siłą się rozprawiać.
Naprzód więc król musiał się starać uspokoić umysły, i do porozumienia się przyprowadzić, co nie przyszło łatwo.
Potem sprawa się wytoczyła o kanclerstwo, które Wydżga arcybiskupem, po zmarłym nagle Olszowskim mianowany, trzymał i złożyć musiał, a król je szwagrowi Wielopolskiemu konferował.
Na ostatek rumor wielki uczyniono o to że po pijanemu z pistoletu postrzelono popiersie króla, i chciano winowajcę sądzić za crimen lesae majestatis, na ucięcie głowy i ręki, ale król go ułaskawił.
Naostatek sprawa Jezuitów Jarosławskich poruszyła zakon i padł jéj ofiarą spowiednik królewski O. Piekarski, który się rozchorował z aprechenzij, z żalu do króla i zmarł w rozpaczy że zakon został znieważony, chociaż Sobieski miał dla Jezuitów powolność wielką.
Wszystko to razem, w ciasnem mieście, gdzie nagle ludzi się zjechało kilkakroć razy tyle ile mogło pomieścić, a przy ścisku niechęci i nieprzyjaźni siła — odgróżki po pijanemu, rąbanina, nieustanna... nie dały nam spoczynku ani na chwilę, król téż go nie zażył, bo go oblegano, a królowa często stała na przeciw i na przekór jego woli...
Że zaś świeżo była po chorobie i o zdrowie się jéj lękał, więc przeciwko przekonaniu ulegać musiał i gryzł się tem a narzekał...
Przy tem całem nieszczęściu, musiał dla ludzi wychodzić z twarzą pogodną, zabawiać się, zachęcać do wesołości, godzić, jednać i zapobiegać aby zgorszenia nie było... Pomiędzy nim a królową, usłużny hetman Jabłonowski pośredniczył, a przy nim mała garstka przyjaciół.
Król chciał wojny i odzyskania Kamieńca, ku czemu umysły przysposobić należało... Królowa zaś nie bacząc na tę sprawę najważniejszą o sobie tylko myślała i niepowiedziawszy nic mężowi, korzystając z tego że niechętnych jéj posłów wielu jeszcze nie przybyło, skłoniła kanclerza swego Załuskiego, aby bez wiedzy króla wniósł o zapewnienie jéj oprawy...
Król był na podziw cierpliwy i już wdrożony do noszenia ciężkiego jarzma, ale tym razem zbuntował się i przyjął Załuskiego w taki sposób, że osobiście obraził. — Wprost niemal precz iść mu kazał.
Na ten wybuch gniewu Załuski z dosyć zimną krwią, odparł.
— Jeżeli W. Król. Mść zapominasz, że kapłanem jestem, to proszę pamiętać żem téż szlachcicem polskim...
A trzeba wiedzieć, iż Sobieski go lubił i cenił, obejść się bez niego nie mógł.
Obrażony przy świadkach Załuski, odjechał do domu, po drodze głośno oświadczając, że składa urząd i zupełnie się usuwa od wszystkiego...
Doniesiono o tem królowi, który już był ochłonął... Nie było to Załuskiemu przeznaczone, na prawdę, ale królowéj, niemogąc po koniu, uderzył po hołoblach, czego już żałował...
Wpadł tedy niemal w rozpacz Sobieski, niewiedząc co począć... Nastręczyła się szczęściem siostra księżna Radziwiłłowa, oświadczając pośredniczyć do pojednania...
Król chodził struty, lecz trzeba go uniewinnić, bo kogo od rana do nocy, bez chwili spoczynku ciągle drażnią, w końcu, gdyby aniołem był, musi na kieł wziąć. Nieszczęściem, że to na Załuskiego trafiło, który, choć królowéj posłuchać musiał, nie mniéj powinien był i króla przestrzedz na co się zanosiło. Tłumaczył się zaś tem, iż znając stosunki obojga królewstwa, niewątpił, iż za wspólną zgodą wniosek był postanowiony...
Księżna natychmiast pojechała w pogoń za Załuskim i uprosiwszy go a zakląwszy, we własnéj karecie nazad na zamek przywiozła...
Zobaczywszy to król (byłem przy tem) obie ręce do niego wyciągnął.
— Ojcze mój — zawołał — przebacz, ale oba jesteśmy gorączki.. Przyrzecz mi, że się gniewać przestaniesz, a ja ci słowo daję, że powodu do sporu niedam..
I w najlepszéj się komitywie rozstali.
Temu zmartwieniu królowa była winną, jak we wszystkich niemal sprawach, które Sobieskiemu dolegały; bo nigdy na niego nie miała najmniejszego względu.. Co ją obchodził Kamieniec gdy chciała swoją sprawę otrzymać! Chciwość miała nienasyconą.
Ta przygoda z Załuskim, szczęściem jakoś prędko naprawiona z łaski siostry królewskiéj, nie zbyt się rozniosła, ale zostawiła po sobie ślady.. królowa, choć postawiła na swojem była gniewna za to na króla że śmiał się jéj woli przeciwić, król znowu zżymał się na żonę po cichu za jéj postępowanie, a wyrzutów czynić nie ważył się.
Ale ze wszystkiego najosobliwszem i najdziwniejszem była ta niespodzianka, że gdy na stół przyszła sprawa oprawy królowéj, ani królewska partja, ani jéj przyjaciele nie śmieli jéj jawnie popierać, a natomiast wystąpili z tém, kto? Pacowie! Wiśniowiecki oświadczył grubjańsko że kucharkę przyjmując przecież się jéj pensja naznacza a miano by odmówić królowéj? Cały ten obóz na przekór Sobieskiemu, tak gardłował za królową, że jéj dwakroć sto tysięcy złotych w starostwach i gotowym groszu z żup Wielickich wyznaczono.
Około tych rozpraw czas się zwlókł i to co król miał na sercu głównie, pobór na wojsko pod Kamieniec — pozostał nieuchwalony. Król chodził tak pogrążony w sobie, że do żony się nie odzywał, choć się przymilała.
Austryjacki poseł z jednéj strony, z drugiéj Bethune, ciągnęli go każdy do polityki swojego pana, a on ani całkiem jednéj, ani się zupełnie drugiéj nie chciał oddać.
Słowem że ten Sejm był nieustannym dla nas mankamentem, bo i człowiek w końcu niewiedział komu się uśmiechać, na kogo marszczyć, kto tu przyjacielem a kto wrogiem. Ja, że w tę politykę naówczas niebardzo byłem wtajemniczony, przyznam się, żem chodził jak w ślepéj babce.
Pomiędzy królem a królową — chłód, zatargi, — po gabinetach szeptania, narady, posyłania... kwasy ciągłe.
Wstał czasem król weselszy z łóżka, ledwie się do niego schodzić zaczęli, czoło mu się fałdowało. Poseł od tatarów, poseł od Moskwy... oba odprawieni z niczem.
Caluteńką zimęśmy się tak przemęczyli w tem Grodnie i już wierzby puszczać zaczęły, gdy naostatek znużeni wszyscy na króla się zdali — głosując jak sobie życzył. Sobieski brał na siebie odpowiedzialność politycznych układów z Francją, z Wiedniem, ze Szwedami.
Jednéj nocy, nagle, szybko zgodzono się aby raz dokończyć... i Sobieski odetchnął dopiero, ale też i żonę przeprosiwszy, położył przed nią łapki, jak to powiadają. Odzyskała swój wpływ, oprócz tego na swą rękę nie przestając prowadzić po cichu polityki własnéj, wymierzonéj przeciwko Francji.
Tenże sam plan, który zajmował od wieków wszystkich monarchów chrześcijańskich, złamania wielkim sojuszem potęgi ottomańskiéj, teraz na ramionach króla ciężył.
Wszyscy się po troszę obiecywali być pomocą, chociaż największe brzemię spadało na Rzeczpospolitą, która była narażoną na nawałę niewiernych.. a odzyskanie Kamieńca musiało z nią wojnę wywołać, bo o ustąpieniu go król ani słuchać nie chciał.
Tymczasem sposobiąc się do téj wojny przeciw poganom, wysłał Sobieski do Francji od siebie Morsztyna, który jéj cały był oddany, a do Wiednia Radziwiłła; — nie tracąc z oczów przygotowań do wojny.
Widocznem tylko było, że się ona przewlecze.
Pomiędzy Paryżem a Warszawą, jakem i ja już ślepy mógł się dopatrzeć, coraz zadraźnienie rosło większe, bo Ludwik XIV, jak mi mówiono, z Turkami trzymał dla niechęci swéj ku Austryi, a Sobieski przeciwko Turkom się gotował. Ztąd wielkie na Polskę gniewy.
Zmieniono miękkiego margrabiego Bethune, a w jego miejsce przybył do Polski biskup marsylski, Forbin — i pan Vitry, francuz wielkiego rodu, ale większéj jeszcze przebiegłości, chytrości i zuchwalstwa.
Gdyby umyślnie wybierano człowieka coby oliwy do ognia dolewał, lepszego by pewnie nie znaleziono. Dumny, szyderski, śmiały, potęgą snadź tego pana, którego reprezentował, wzdęty, jeżeli cokolwiek okazywał królowi poszanowania, to tak jakby zmuszony, innym zaś, których by sobie powinien był starać pozyskać, szyderstwami, przycinkami zalewał za skórę, że go cierpieć nie mogli. W Polsce zaś sam i przez swoich pomocników tak się rządzić chciał, jakby istotnie w kraju hołdowniczym.
Ale przy tem wszystkiem jemu i Forbinowi nie zbywało na dowcipie, na umiejętności zabawiania króla, a nawet pochlebiania mu podczas bardzo zręcznego, tak że, choć się go bał Sobieski i nie odkrywał mu się, obcował z nim chętnie i rozrywał się rozmową.
Okazało się, że i król w potrzebie dyssymulować umiał, gdyż Vitremu nie okazywał, iż go przenikał na wylot, a tak się z nim obchodził, jakby go znał przyjacielem najlepszym.
Słowem, powiedzieć było chyba patrząc na to, że na teatrze komedji się asystowało, a mnie młodego te kłamstwa i podstępy, mogę śmiało wyznać, smak do życia odbierały.
Niekiedy tęsknota mnie porywała za tym naszym wiejskim, prostym obyczajem, za spokojem i — prawdą, gdy tu wszystko kłamstwem było i na kłamstwie się opierało i w tem powietrzu zatrutem żyć i oddychać było potrzeba. Nieśmiem sądzić o królu, bo któż tam zajrzeć może w duszę człowieka, ale mi się czasem zdawało z jego słów rzuconych bezmyślnie, że i on się dusił i męczył... a wyrwać z téj opresyi nie mógł.
Bywało w Jaworowie zajdzie do ogrodu, do swoich drzewek i kwiatków, zastanie tam ogrodnika, albo parobka, prostego człeka, — zaczepia go do rozmowy, półgodziny z nim spędzi na gawędzie, wesół taki, a smakując w tym chłopskim rozumie, jakby to który z nas po czerstwych bułkach białych, dorwawszy się do świeżego razowego chleba.
Kochanie jego z królową zawsze niby też same było, całował paluszki, delektował się zapachem jéj sukni, — unosił się nad wszystkiemi ślicznościami najukochańszéj Marysieńki — ale absentował się chętnie, i — choć w listach tęsknił — rad był wypocząć...
Z nią niebyło dnia spokojnego tak około niéj wyścigi się nieustanne odbywały za wakansami, które ona samowolnie rozdawała; — biorąc od każdego certum quantum, a drugie tyle dla króla. Ułatwiali to pośrednicy i pośredniczki... Rzadka rzecz była żeby kto, bodaj najzasłużeńszy, dostał co darmo, a złożyło się tak, że król od siebie przyrzekł innemu, królowa obiecała drugiemu, musiał się Sobieski dla spokoju wykupić, aby jéj nie drażnić.
Uchowaj Boże sprzeciwieństwa, wpadała w gniew, w furję — ciskała wymówkami, łajała, zamykała się, czyniła chorą, dopóki król nie przebłagał.
Gdy się to wszystko działo, moja panna Felicja za mąż się naprawdę wybierała, a jam już prawie życzył aby się to raz skończyło, bom sądził że gdy ślub weźmie, a ja ją cudzą żoną zobaczę, ostygnę i nie będę więcéj myślał o niéj.
Pomimo że tam zachodziły jeszcze intrygi różne, koniec końcem w zapusty tego roku naznaczono wesele, i — pod niebytność moją, bo ja umyślniem zjechał na ten czas — ożenił się Boncour. Niewiem czy sobie imaginował, że żonę ze dworu weźmie, ale ona królowéj była potrzebna i ani myślała się ruszyć. Tyle tylko, że im mieszkanie wspólne wyznaczono, ale że Boncoura król ciągle posyłał, ona zostawała sama jedna.
Będąc już zamężną i wolną, przyjmowała kogo chciała, wieczorami wyprawiała kolacyjki gachom i koleżankom, słowem bawiła się jak chciała.
Dostąpiłem i ja tego szczęścia, że mnie też zapraszała abym przychodził, ale noga tam moja nie postała. Oburzała się dusza na to ażeby złodziejem zostać i komuś szczęście a cześć kraść dla zabawki. A takiego kochania płochego, jakiem się wróble na dachach popisują, nigdym nie lubił; ona zaś innego pono nie rozumiała.
Żal mi jéj było... bo patrząc na nią czasami — zdawało się, że to najświętsza panienka, najniewinniejsza istota, skromność sama — gdy pod tą powierzchownością mieszkała zdrada i fałsz.
Raz i drugi mnie zaprosiwszy do siebie pod niebytność męża, gdym nie przyszedł, spotkała mnie w podwórzu i wprost przyszła z zapytaniem:
— Cóż to? gniewasz się na mnie, że nawet nosa nie pokażesz, choć zabawił byś się weseléj niż w przedpokoju u króla... Zły jesteś żem Boncoura wybrała?
— Nie — odpowiedziałem poprostu. Wolno było uczynić wybór wedle upodobania, ale raz męża wziąwszy... trzeba na nim poprzestać...
Spojrzała na mnie z pogardą.
— Nauki będziesz mi dawał? — zawołała. Boncour nie jest zazdrośny, a ja dla miłości jego wędzić się nie myślę.
— Jest panią Boncourową i bezemnie komu bawić — począłem — więc się obejdzie bez takiego jak ja niezdary.
— A! że nietęsknię tego możesz być pewnym — przerwała — ale ludzie widzą że waćpan mnie znać nie chcesz... to znaczy jakbyś potępiał...
Chciała mnie zmusić abym do niéj przyszedł, bo się obawiała języka mojego, niesłusznie, słowam bowiem nigdy złego nie powiedział o niéj.
Przeprosiłem ją że u króla mam służbę ciągle pilną i ani wieczór nie jestem wolnym.
Oprócz niéj musiałem się od Federby salwować, która mnie swoją miłością prześladowała. Dała mi nawet jasno do zrozumienia, że gdybym się z nią ożenił, królowaby ją starostwem tłustem wyposażyła. Udałem żem tego nierozumiał, a dla oswobodzenia się raz na zawsze, oświadczyłem jéj w rozmowie, że matka mi się żenić nie dozwalała, a i ja do tego stanu nie czułem powołania.
Nic to nie pomagało, nudziła mnie wielce, szczęściem że Letreu długo jéj nigdy nademną się znęcać nie dozwalała... Myślałem już, mimo całego mego przywiązania do króla, czyby się nie lepiéj oddalić było odedworu...
Czas upływał w większéj części na podróżach z królem, który dosyć lubił być w ruchu, i — jak sam często powtarzał, na powietrzu, jeżdżąc konno, polując czuł się najzdrowszym, chociaż tuszy mu coraz przybywało i stawał się czasem ociężałym. Wedle powszechnego zwyczaju medyków, skoro niedysponowanym był, krew mu puszczano i to bardzo obficie, a niekiedy raz po raz kilkakrotnie.
Felicja była już od roku prawie zamężną, gdy raz będąc z obojgiem królestwem w Jaworowie, — przy wielkim konkursie gości — posłów, senatorów, cudzoziemców, z powodu których bardzośmy się licho mieścili siedziałem wieczorem na strychu w mojéj izdebce. Miałem bardzo szczupłą i lichą — co nie dziw gdy Vitry francuzki ów poseł nie mógł dostać więcéj nad dwa pokoje. — Wtem słyszę że ktoś bieży po strychu i drzwi moich szuka, a nim wstałem aby je otworzyć, wpada zapłakana, w sukni pomiętéj, zmieniona owa Felicja Boncourowa.
Niemogłem pojąć co się stało.
— Panie Adamie, krzyknęła od progu, ja tu niemam nikogo coby się ujął za mną, okazywałeś mi zawsze przyjaźń; broń, ratuj mnie. Mąż mnie bije!
Osłupiałem, a ta padłszy na krzesło w płacz.
— Na Boga żywego — zawołałem — gotówem czynić co tylko w méj mocy, ale jakimże ja prawem mogę wdawać się między małżeństwo!
— Na to nie potrzeba żadnego prawa — przerwała Felicja, mężczyzny każdego obowiązkiem jest za pokrzywdzoną kobietą się ujmować. To człowiek podły, ulęknie się gdy zobaczy że ja mam kogoś co mnie broni.
— Ale cóż on pomyśli! co ludzie? szepnąłem wachając się — zkądże przyszło do sporu i do tego aby się ważył rękę podnieść.
— To jest najpodlejszy z ludzi — krzyknęła Felicja, posądza mnie — zazdrosny jest. Wyjechał w pole, a powróciwszy zastał u mnie francuza Dupont. Niewiedzieć co mu się przywidziało tamtego przepędził, mnie złajał, a w końcu laską uderzył. — Niemam nikogo — jestem sierotą, zlituj się nademną.
— Gotów jestem na wszystko — odparłem wzruszony w końcu — lecz cóż to pomoże. Wszak się nie uląkł Duponta.
— To co innego — wołała Felicja, oni między sobą jako francuzi po swojemu się rozprawią, wy tylko natrzyjcie — stchórzy.
Czułem że żądała rzeczy ani dla siebie ani dla niéj nie dobréj — ale łzy, prośby tak mnie upoiły, żem postanowił się rozprawić z Boncourem.
Nikogo się nie radząc — nikomu nie zwierzając — natychmiast zszedłem go szukać, a że właśnie od króla wracał, w podwórzu go pochwyciłem.
— Za pozwoleniem — rzekłem odprowadzając go na stronę — mam mały interesik do waćpana.
— Wy, do mnie? spytał ciekawie.
— Tak jest ciągnąłem daléj — niech to waści nie dziwi że na pozór się wdam w to co do mnie nie należy. Kochałem się długo w téj która waćpana żoną została. Los jéj nie przestał mnie obchodzić. Dowiaduję się że waćpan męczysz ją — i ważyłeś się rękę podnieść na kobietę. Nie jestem z żadnego innego tytułu opiekunem ale czuję się w obowiązku jako przyjaciel — oświadczyć że za wszelką jej wyrządzoną krzywdę — mścić się będę.
Francuz patrzał na mnie i pogardliwie się zżymał.
— Ale waćpan szalony jesteś? zawołał — co komu do mojéj żony? Sprawa między mną a nią.
Chciał odchodzić — porwałem go za guzik od sukni i wstrzymałem.
— Zrozumiałeś mnie waćpan? powtórzyłem. Mam czy nie prawo — żal mi kobiety, nie dam się znęcać nad nią.
Boncour śmiał się.
— Waćpan gdzieś dziś za dużo piłeś wina — rzekł do mnie. Daj mi pokój.. mówię ci — daj mi pokój..
Niewiem czym go w pasij potrącił, ale Boncour się rzucił do mnie, a w złości już będąc okrutniem się z nim obszedł, tak że peruki postradawszy uchodzić musiał.
Ledwiem ochłonął wołają mnie do króla. Znajduję go samego w gabinecie z Matczyńskim.
— Coś zrobił Boncourowi? pyta mnie.
— Nic — rzekłem.
— Z czego poszło! mów prawdę! nie mogę pozwolić aby mi cudzoziemców — których potrzebuję — którzy mi służą — lekceważono. Boncour powiada, że nic nie zawinił.
Pomyślawszy trochę i widząc że tu inaczéj jak prawdą szczerą nie wybrnę — odezwałem się z cicha.
— N. Panie — żal mi się zrobiło żony jego — która lamentuje, bo się z nią źle obchodzi. Człowiek nie może dopuścić aby nad słabą kobietą choćby nawet własny mąż się znęcał.
Słuchał król jakby nierozumiał.
— Po cóż wpan palec we drzwi wkładasz? co komu do tego?.
— Skarżyła mi się, bije ją.
Oburzył się na to Sobieski.
— A to — infamia! zawołał. Prosił się, do nóg nam padał żeby mu ją dać. Cóż zawiniła?
— Niewiem spełna, rzekłem — zazdrosny jest, zastał u niéj kogoś pono.
— Dziewczyną była płochą — król wtrącił — ale przecież nie wmości u niéj zdybał.
— Nie — odparłem — podobno Dupont‘a.
Rozśmiał się król.
— A! ten wszędzie się do kobiet wciśnie.
Tymczasem, rzekł zwracając się do mnie — Boncour się tylko na waćpana skarży. Poco się w to wdajesz.
— Biedna kobieta płacze, skarżąc się że nikt się za nią nie ujmuje — dodałem skruszony — przyznaję się nie mam prawa się w to mięszać — ale jak się tu łzom oprzeć?
Wzruszył Sobieski ramionami.
— Dajże mu pokój i niech się na tem skończy.
— Będę się starał — rzekłem cicho.
Z téj małej rzeczy we dworze powstała gadanina wielka, która mnie na sztych wystawiła. Widziałem żem zbytnią powolnością dla Felisi, sobie i jéj kłopotu poczynił.
Mało kto wiedział o Duponcie, opowiadano więc że mnie zastał u żony, i choć się zaprzysięgałem nie wierzono. Wyśmiewano się ze mnie, z Boncoura — ale Felicja nic sobie z tego nie czyniąc, tak śmiało w oczy wszystkim patrzyła — jakby się to jéj nie tyczyło.
Nazajutrz król gdzieś wysłał Duponta; Felicja opuściła wspólne mieszkanie z Boncourem i przeniosła się do panien królowéj, a że téj zabawiać nie było czem, zaraz jéj Federba opowiedziała całą historję — mnie nie oszczędzając, bo zła była.
Letreu przybiega przed obiadem do jadalnego pokoju i daje mi znaki.
— Co waćpan najlepszego robisz? powiada odprowadziwszy na stronę. Jak można było Boncourowéj dać się namówić do wystąpienia w jéj obronie, przeciwko mężowi? Gdzież to kto widział! Że ona rozumu niema i mogła tego zażądać, — nie dziwuję się, ale żeś wpan dał się namówić?.
A wiesz o co to idzie? Felicja przed przyjaciółkami powiada iż doprowadzi do tego abyście pojedynkowali się i żebyś Boncoura zabił.
Dla tego was wybrała — że najpewniejszą jest iż dokażesz czego ona chce.
Sama się z tym nosi iż na życie jego godzi.
Byłem skonfundowany nie wypowiedzianie, a bolało najwięcéj to, że owo ucieczenie się do mnie Felisi wziąłem za dowód jéj serca — gdy tymczasem była to prosta rachuba — bo chciała ze mnie kata uczynić.
Nie mówiłem nic o tem Szaniawskiemu — bo mi wstyd było słabości — ale się dowiedział i dopieroż wpadł na mnie, a gorzéj jeszcze na Boncourowę.
— Nie warta jest tego aby dla niéj poczciwy człowiek życie ważył, przewrotna, płocha i wszystkich gotowa poświęcić dla siebie.
Nie mogłem się już tłumaczyć nawet, czując żem zbłądził. Nie pozostawało mi nic tylko się w kąt zaszyć i milczeć. Król zaś zmiarkowawszy moje położenie wyprawił mnie do Warszawy z pismami do Senatorów, którzy tam podówczas byli, kazał mi tam aż do sejmu pozostać.
Co się czasu tego sejmu działo, nie umiem opowiedzieć bom zdala i ze słuchu tylko mógł wnosić o okrutnem poburzeniu umysłów, jakie panowało z powodu fakcji francuzkiéj, i intryg Vitrego...
Między Pacami a Sapiehami przychodziło do tego że wśród sejmu szabel dobywali... Król chciał koniecznie poboru i wojska dla odzyskania Kamieńca, a całe sejmowanie upłynęło na godzeniu zwaśnionych, na zasadzkach, potyczkach służby, pojedynkach i krwi rozlewie...
Nie było dnia, nie było nocy ażeby z jednéj lub drugiéj strony trupów kilka nie padło, które do Wisły rzucano. W ulicach byle się spotkały czeladzie nieprzyjaźne, wnet się rwały do szabel, a nie było sposobu karać, bo obie strony równie zawiniły. Francuzka fakcja, Forbin i Vitry tak się krzątali, płacili, podburzali, że w końcu sejm zerwali, aż król niemal płakał...
Nie uchwalono nic aby go bezbronnym uczynić i niedopuścić do wypowiedzenia wojny Turkom.
Gdy już termin nadchodził i o głosowanie szło, umyślnie zwlekano do nocy, aby czasu nie stało do uchwały... Wiadomo, że prawo przy świecach nie dopuszcza sejmować.
Chciał król, szanując je, poradzić sobie, w sąsiednich salach światła kazawszy zapalić a drzwi pootwierać, aby sejmującym widno było..., ale spisek był na zerwanie. Zaprotestował naprzód Przyjemski, któremu ofiarowano znaczną summę aby odstąpił — ale niechciał, i wyszedł, poparł go poseł Dubrowski i tak wszystko spełzło na niczem... a gdy mówię, że król płakał, to nic a nic nie przesadzam.
Słyszałem go z Matczyńskim chodzącego i powtarzającego. — Odebrali mi Kamieniec!! nie puszczają mnie niepoczciwi przeciwko nieprzyjacielowi wówczas gdy mi go zmódz było najłatwiéj.
Po sejmie, po tych burzach, jakoś się niby ukoiło... pozostały tylko frymarki królowéj z wakansami i chwytanie pieniędzy, które ze wszech stron starała się zagarnąć. Królowa obawiając się wpływu czyjegokolwiekbądź, który by z jéj wpływem mógł walczyć — starała się zwaśnić męża z familją jego, a nawet z własną, odsuwać odedworu wszystkich, którzy jemu byli najmilsi. Podejrzliwa, niespokojna — otaczała go szpiegami, najmniejszą czynność śledziła...
Całą pociechą, króla była nowa jego fundacja pod Warszawą, nad Wisłą, w bardzo pięknem położeniu, którą nazwał Villa nova, gdzie pałac stawił i ogrody zakładał.
Pochlebcy francuzi, choć się wyśmiewali po kątach głośno porównywali ją do Wersalu i nazywali polskim Wersalem. Bóg tam wie, bo ja go nigdy niewidziałem, czy piękniejszy jest i wspanialszy od Willanowa, ale ta fantazja królewska wiele Sobieskiemu chwil szczęśliwych przyczyniła, bo z nadzwyczajną, można było powiedzieć pasją, sadził, kopał, plany rysować kazał i pilnował ich wykonania. Szczególniéj zaś owocowe drzewa go zajmowały, gdyż owoce lubił bardzo i jadł ich wiele, a nie było ich w Żółkwi, Jaworowie i po własnych ogrodach, zwożono mu je zdaleka i delektował się niemi. Słyszałem od Brauna i innych lekarzy że się owoce do otyłości mu przyczyniły.
Oprócz ogrodów, król wszystkiego był ciekaw i rad każdej rzeczy probował, a wprowadzał do Polski o czem gdzie zasłyszał — w Willanowie holendrów osadził, którzy nabiałem i robieniem serów się zajmowali.
Tych gustów królewskich, wielkiego bohatera i hetmana, pospolici ludzie zrozumieć nie mogli, wyśmiewali się z nich... po kątach, ale gdy on ogród pokazywał drzewka swoje opatrywał, sam kołki wbijał i łyczkiem, które w kieszeni nosił przywiązywał do nich szczepki — unosili się i admirowali. Królowa też wolała go ogrodnikiem widzieć niż wtrącającym się w jéj sprawy.
A jak to zawsze bywa, gdy ludzie możnemu się chcą przypochlebić — ci co przypodobać się pragnęli i cybule z Holandji i kwiaty szczególne zwozili, i nasiona i drzewka.
Tak samo było ze zwierzętami — bo i te Sobieski lubił, szczególniéj osobliwe, nie znane w kraju, albo przyswojone i ułożone, jako to była Wydra pana Paska, co ryby łowiła... W Jaworowie strusie, wielbłądy, wilki ogłaskane, niedźwiadki i różne stworzenia wolno chodzące i w klatkach widzieć było można.
Przez parę lat spokojniejszych tych właśnie, które wielką wyprawę poprzedziły — można powiedzieć że Sobieski cokolwiek domowego szczęścia zażył, o ile ono z taką kobietą jak królowa Jejmość możliwe było...
Familja z Francji niemal cała się około Maryi Kaźmiry gromadziła, mieszkał ojciec, który pewno nie na czyim koszcie żył tylko na królewskim, a honory mu oddawać musiano i wygód też ci francuzi wymagali nadzwyczajnych.
Honorami i pieniędzmi chciwéj rodzinie nastarczyć nie było można. Dwór też dla ciągłych posłów cudzoziemskich, książąt i grafów przybywających na wysokiéj stopie król trzymać musiał — i był prawdziwie pańskim, licznym a wspaniałym, chociaż on dla siebie tego wszystkiego niepotrzebował.
Na łowach kawałkiem chleba, owocami, kubkiem wina się kontentował, a w nocy pod lada namiotem, na cienkim materacyku legał...
Gdy występować musiał z całym majestatem i pompą królewską, miał potemu i postawę i oblicze, ale daleko szczęśliwszym był w małem kółku, w letniem ubraniu za stolikiem, godzinami rozprawiając. Ciekawy byłem nieraz przedmiotu tych rozmów, które się do północy i za północ przeciągały... — podsłuchiwaliśmy, Boże odpuść, podedrzwiami.
Przybył jakiś cudzoziemiec, inżynier, uczony lekarz, fizyk, — król się z nadzwyczajną ciekawością informował o nowych wynalazkach, o książkach, o doświadczeniach jakie gdzie czyniono.. Z duchownymi zaś godzinami o nieśmiertelności duszy, o życiu przyszłem o Bogu i t. p. rozprawiał, a często się tak zapędzał, że mu to spowiednik potem naganiał...
Ale w ciągu tych rozpraw trudno go było poznać, tak się poruszał, ożywiał cały i niemi przejmował.
To mu dozwalało o dawnych troskach zapominać i o dzieciach, które kochał bardzo i wielce się troskał o nie. Królowa jak Fanfonika, Jakubka, tak i inne wychowywała na francuzki sposób i niańki, dozorców, nauczycieli sprowadzała francuzów, tak że dzieci szwargotały lepiéj tą mową, niż polską władały.
Sam słyszałem jak się o to upominał nie jednokrotnie, aby z nich nie robić cudzoziemców..., ale o to sam się starać musiał, bo go królowa nie słuchała...
Miała w głowie aljanse monarchiczne i chciała aby synowie i córka były po europejsku wychowywane. Jakubkowi, choć król, sobie tego życzył bardzo, polskiego stroju włożyć nie dała wcale. Musiał uledz dla świętego spokoju.
W nim samym polskiego szlachcica nic zatrzeć nie potrafiło — a najszczęśliwszym był, gdy nim się mógł nie przymuszając do niczego, okazać...
Jak ona nigdy swéj dostojności królewskiéj nie zapominała, tak on się jéj pozbywał łatwo... Nieraz też mu brak ambicji wyrzucała.
Dwory króla i królowéj chociaż się z sobą łączyły ale bliżéj się przypatrując, tak się od siebie segregowały, że nigdy zmięszać nie mogły, i co królowi było upodobanem, to ona odpychała, a on tego co ją otaczało wprost się obawiał...
Dosyć było łaskę u króla mieć, aby się królowéj stać podejrzanym.
Ale o tem i o francuzach na naszym dworze wogóle, jeszcze pisać będę, a teraz do roku 1681 przystąpię, w którym się rozstrzygnęła sprawa o to z kim król i Rzeczpospolita trzymać będzie w razie konfliktu rakuskiego z turkami, którzy Tekelemu pomagać mieli, a w istocie zażyli go tylko aby całą swą potęgę przeciw Cesarstwu rozwinąć.
Zaprawdę mi trudno wszystko opowiedzieć i jak do tego przyszło i jak maleńkie na pozór przyczyny sprowadziły bardzo wielkie i ważne następstwa. Dziś i pamięć nie starczy, bo w niéj tylko niektóre się szczegóły zatrzymały i uwięzły, tak jak, nieprzymierzając w sicie z mąki niektóre grudki pozostają.
Niemogę inaczéj powiedzieć tylko że król większym się politykiem okazał, (zawsze nie zdradzając na którą stronę się przechyli) — niż po nim spodziewać się było można.
Mnóstwo okoliczności składało się na to, ażeby z Cesarzem iść raczéj i Papieżem przeciwko odwiecznemu wrogowi Polski turkowi, niż z królem Francji i Turkami przeciw domowi rakuskiemu.
Nikt tu Cesarza nie lubił, ani mu wierzył. Słyszałem nie jeden raz Sobieskiego, który na rok przed sojuszem, w przewidywaniu jego, powtarzał, iż niewdzięczności Cesarskiéj tak jest pewien, jak że żyw się czuje — ale dobrze zrozumiane Rzeczypospolitéj interessa nie dozwalały na żaden sposób podać ręki Turkom. Złamawszy potęgę Cesarską, dyktowaliby prawa Polsce i czynili z nią co chcieli a król Francji pewnieby jéj nie pomógł ani ratował, a niby mógł nawet myśleć o tem.
W dodatku Vitry, którego wysłano do króla, najniemilszym był wszystkim, bo z nikim się obejść nie umiał, aby pozyskać, zrażał dumą, szorstkością i szyderstwy...
Naostatek i sprawa siostry królowéj naszéj, pani Bethune we Francji przepełniła naczynie i królową naszą niemal do szaleństwa oburzyła.
Król Ludwik XIV, który chciał sobie pozyskać Polskę, bo nawet ze swoim protegowanym Tekelim, któremu pieniądze posyłał, aby go przeciw Cesarstwu ciągle na stopie wojennéj trzymać, nie mogła Francja mieć stosunków tylko przez Polskę, do czego tu trzymała osobnego agenta Duwernego. Tymczasem, gdzie szło o jakieś uchybienie przeciwko etykiecie i powadze Ludwika, którego się miała dopuścić siostra królowéj pani Bethune — nie wahał się król jéj zakazać przystępu do dworu i pokazywania się w Paryżu. Skazano ją na wygnanie gdzieś do dóbr na prowincji.
Można tedy sobie wystawić, co się z królową naszą działo, gdy o tem otrzymała wiadomość, któréj z razu i wierzyć nie chciała. Było to wprost znieważenie rodziny króla polskiego i bardzo łatwo przyszło królowéj jakoś wytłumaczyć Sobieskiemu iż on tego przebaczyć nie mógł, bo to była obraza Majestatu jego i lekceważenie go.
Sam król wziął to do serca mocno i nazywał „doznaną sromotą”.
Bardzo mu łatwo było z tego natychmiast skorzystać i Duwernego z Polski wygnać, przezcoby się przecięły stosunki Ludwika z Węgrami, — ale miał w tem subtelny rachunek swój król, aby Vitrego i Francję zostawić w niepewności — na którą stronę się stanowczo przechyli.
Z Cesarzem potrzeba się było targować, bo na jego wspaniałomyślność wcale rachować król nie mógł.
Francuski poseł, Vitry, czując że niebezpieczeństwo grozi stosunkom z Rzeczpospolitą, króla niemal nieodstępował, pod pozorem ciekawości na łowy i wycieczki mu towarzysząc, w których więcéj był naprzykrzonym niż pożądanym.
Z Tekelim też król Jan do samego końca — albo, prawdę rzekłszy, nawet gdy się roztrzygnęło to że Cesarzowi w pomoc szedł — nie zerwał zupełnie i zachował prawie przyjacielskie stosunki, które, nawet czasu wojny nieraz się przydały.
Królowa do żywego dotknięta sprawą siostry, któréj upokorzenia królowi Ludwikowi przebaczyć nie mogła — dyssymulowała... Z Vitrym ciągle była ceremonjalnie, zimno, ale niby z największą rewerencją dla Ludwika i poszanowaniem. Czy Vitry temu wierzył, o tem niewiem.
Oprócz niego, krzątał się tu w interesie Francji Duwerne, który szczególnie komunikacji przez Polskę z Węgrami pilnował, doktór Akaleja w Gdańsku, przez którego chodziły wszystkie pieniądze, a nareście Morsztyn. Ten będąc wolnym rzeczpospolitéj szlachcicem — nikomu krom Bogu nie podlegającym, dobrowolnie się zaprzedał, jak się późniéj okazało, w poddaństwo królowi Francji i jemu służył przeciwko własnemu królowi. Ten na wszystko oko miał, donosił, dozorował Vitrego i bystrzéj wglądał we wszystko niż francuzi.
Umiał też długo tak się obchodzić z królem i królową iż — choć go posądzano — znoszono wszakże i nie zrywano z nim jako ze zdrajcą.
Jesienią król (1681) zabawiał się łowami, przy którym byłem ciągle, rad żem się wyrwał z babskich intryg... Towarzyszył nam Vitry z francuzami, którzy i w myślistwie nie okazali się bardzo szczęśliwemi...
Nikt z nich, ani z towarzyszów Cesarskiego Rezydenta Zierowskiego o takich łowach jak nasze, wyobrażenia nie miał, gdzie koło Dzieduszyc i Międzyrzecza bywało jednego dnia w kniejach po dziesięciu niedźwiedzi i tyleż dzików nielicząc pomniejszego zwierza, ubito — francuzi tymczasem szrótem do psów królewskich strzelali i poranili je, — król stracił charta ulubionego, jeden z towarzyszów postrzelonego brytana. Jednemu janczarowi królewskiemu niedźwiedź głowę obdarł, ale był tak poczwarnie ogromną bestją, że nikt jako żyw podobnego nie widział...
Król nadzwyczaj wesół był, dobréj myśli, i choć się skarżył na jakąś niemoc a lekarstwo miał brać, tak nakoniec z drugiemi dotrzymywał placu, że pociecha było patrzeć na tę jego dzielność.
Najtrudniéj mu bywało na siodło się dostać, ale raz na koniu, po godzin kilka nie zsiadając — nigdy się nie poskarżył. Na tych łowach około Dzieduszyc i Międzyrzecza, dzień w dzień, bez spoczynku się zabawiał.
W tym roku już, zdaje się, szala na stronę aljansu z Cesarzem przechyliła się, ale Vitry i francuzi znajdując króla do czasu powolnym dla Duwerna i zawsze z pewnym respektem wyrażającego się o Ludwiku XIV, pochlebiali sobie iż króla i królowę pozyszczą.
Vitry znając pewnie jak nasza pani chciwą była grosza, wnosił aby Francja sto tysięcy rocznie zaofiarowała, kupując sobie przymierze. Nie wątpiono iż się to powiedzie. Ale nieznali pono oni Sobieskiego, któremu o tem mówić nawet nie było można, ani nawet królowéj, która chciwą była, ale jeszcze bardziéj dumną, a w osobie siostry dotkniętą tak boleśnie iż tego przebaczyć nie mogła.
Na wiosnę tego roku znowuśmy z królem, który rad był trochę swobody mieć od żony i odetchnąć na świeżem powietrzu — ruszyli na łowy w kwietniu — a rezydent Cesarski tak pilnym był, iż nawet na polowaniu chciał Sobieskiemu towarzyszyć. Od tego się ledwie oswobodzono.
Jednakże pamiętam że gdyśmy około Dziedziłowa z nieosobliwem szczęściem polowali, bo zwierza było mało i tu króla nowiny od Turcji przez Wołochy dostarczone doszły, które przepisane zaraz rezydentowi Cesarskiemu posłano. O Tekelim też i wszystkich jego obrotach i zamiarach, król był lepiéj uwiadamionym niż sam Cesarz.
Królowa siedziała niedomagająca w Jaworowie ze swą rodziną — a król zarazem i dobra swe oglądał porządek w nich zaprowadzając.
Po kilkudziesięciu latach, jak sam powiadał król, z wielkiem wzruszeniem odwiedzał przy téj okazyi, w Kwietniu, zamek w Olesku, — gdzie się urodził. Znaleźliśmy go bardzo zdezelowanym i opuszczonym — bo komnaty niektóre zaciekały, za co król bardzo się na burgrabiego gniewał. Pokazywano nam tu marmurowy stół pęknięty, na którym przyszedłszy na świat naprzód był położonym. Olesko restaurować, choć miejsce bardzo piękne i ogrody pozakładane w dobrym stanie podczas przy budowaniu i robotach w Willanowie i Jaworowie, trudno było myśleć, ale król to sobie obiecywał w przyszłości.
Kościół i groby Daniłowiczów znalazły się dosyć dobrze utrzymane.
Z Oleska, gdzie król dłużéj dnia nie bawił, jechaliśmy do Złoczowa i do Podhorzec do Koniecpolskich. Wiosna była najśliczniejsza — a tam z podziwieniem się mógł przypatrzeć jak ten wielki rycerz i bohater nie postradał, mimo wszystko to co miał na głowie, upodobania w tem co pospolitych ludzi bawi i zajmuje.
Musiałem raz w raz z Morawcem, z konia zsiadać i pierwsze kwiatki nad drogą się pokazujące, które król radośnie witał, zrywać dla niego. Cieszył się tak miodunkami, podlaszkami, żółtemi sosenkami, jakby, z pozwoleniem, dziecię. Inni się uśmiechali, a jam na to patrzył z poszanowaniem, bo — dali Bóg, póty w człowieku serca i poczciwości dopóki go takie proste rzeczy radują i smaku w nich nie traci... A tu mimo Cesarza i króla Ludwika, nasz pan śmiał się do przelaszek tak, jakby turka na świecie nie było.
Z Oleska, ni fallor, — ciągnęliśmy na Zborów do Huty nad Krynicą, około Olejowa dwadzieścia sarn i ogromne wilczysko upolowawszy, — daléj do Medyki, gdzie ten nieszczęsny francuz Duwerne czekał na nas bo mu jego szpiegów z listami Tekelego pochwycono...
Tych podstarości Niemirowski chował na strychu, aby francuz o ich wzięciu i o listach, które wieźli nie dowiedział się..
Listy odesłano rezydentowi cesarskiemu, a ludzi pobranych odprowadzić król kazał na zamek do Sośnicy pod Wysockiem.
Francuz już miał wiatr o ich przejęciu — czemu Sobieski nie zaprzeczał, ale udał, że ich rezydent cesarski sam pochwytał...
My, czuliśmy już że z francuzami szło coraz gorzéj co i po nich widać było, bo nosy bardzo pospuszczali, a Vitry nawet taki był teraz grzeczny i nadskakujący jak nigdy. Nie chybiano mu też, ale chłód ceremonjalny coraz był jawniejszym.
Politykowano.
Przed podróżą tą do Oleska i do dóbr na Rusi, Vitry, obawiając się na chwilę go stracić z oczów, ofiarował się towarzyszyć, ale Sobieski grzecznie dał do zrozumienia, aby na niego poczekał... Oprócz tego posłał z kancellaryi swéj Czarnowskiego, który najlepiéj po francuzku umie i więcéj niepowie nad to co potrzeba, aby panu Vitry poufnie oznajmił, iż rezydent cesarski, a nadewszystko nuncjusz papieski Pallavicini uskarżają się na to, że król toleruje stosunki Węgrów z Francją przez kraje rzeczpospolitéj i że Sobieskiemu trudno będzie na dłuższy pobyt Duwernego pozwolić — Papieża musiał mieć na względzie dla subsydjów, jakich się od niego spodziewał, wrazie wojny z Turkami.
Czarnowski wszystko to odniósłszy, co Vitry kwaśną miną przyjął — króla od osobistych nieprzyjemnych tłumaczeń uwolnił.
Powróciwszy z téj wycieczki, zastaliśmy Vitrego w Jaworowie, który, jak nam powiadano, nieszczęśliwie się dowiadywał o powrót króla i zaraz nazajutrz rano, gdy król w ogrodzie się zabawiał około tulipanów, pochwycił go na długą rozmowę.
Z téj powróciwszy — Sobieski, choć wcale gorąco nie było, pot z czoła ocierał, a królowa natychmiast nadeszła na konferencję z nim, aby się pewnie dowiedzieć... czego Vitry żądał i na czem się skończyło...
Z pochmurnego oblicza posła można się było domyślać, że nie bardzo był rad z posłuchania. Przy obiedzie wszakże królowa dla francuza nadzwyczaj była uprzejmą, jakby na przekorę i szyderstwo, a król też głośno się oświadczał z wielką dla Ludwika XIV admiracją i sympatją.
Francuzi między sobą szeptali, że Duwernemu wskazano, aby się ztąd oddalił, bo go dłużéj cierpieć nie chciano...
Jawną już była przegrana francuzów, na których się królowa mściła nietylko za siostrę ale i za ojca, któremu tytułu książęcego i parostwa dotąd odmawiano.
O ilem ja moim mizernym rozumem, mógł naówczas penetrować co się knuło, składało i przygotowywało — jawnem było co raz bardziéj, iż mimo zapewnień poszanowania dla Francji, wszyscy już z Cesarzem trzymali, a król niekoniecznie dla żony, ale z własnego przekonania się na tą stronę przechylał. Siostra księżna Radziwiłłowa, szwagier króla Wielopolski, żona jego siostra królowéj trzymali z rezydentem cesarskim...
Pomiędzy ludźmi, przysłuchując się, różne można było zdania chwytać, bo u nas wkorzeniony był wstręt do rakuskiego dworu, obawa jego, a również i dla turków miłości nie mieliśmy, ani dla francuzów. Więc głosy się dawały słyszeć najsprzeczniejsze, nie gdzie życzliwość i miłość prowadziła, ale gdzie nienawiść skłaniała.
Vitry, jakom późniéj słyszał, przypisywał usposobienie króla i niechęć ku Francji, jedynie królowéj obrażonéj jéj dumie i chęci poniszczenia się za ojca. Doradzał więc aby mu choć późno, owo pożądane księztwo i starostwo ofiarowano, gdy królowa głośna się z tem odzywała — że teraz nie przyjmie choćby dawano i niepotrzebuje łaski królewskiéj.
Rachował też Vitry na owe sto tysięcy pensyi, którą Ludwik królowéj czy królowi chciał ofiarować, ale — z tem wystąpić nie śmiano. Myśmy z samego pochmurnego oblicza posła francuzkiego mogli wnosić — że tu mu coraz ciaśniej było i niewygodniéj. — Siedział jednak, a w towarzystwie oboje państwo okazywali mu zawsze uprzejmość wielką, tak że się skarżyć nie mógł..
Przez cały ten rok, nieumiem powiedzieć czy francuzi się łudzili, czy ich łudzono tem że sobie mogą pozyskać króla, gdy wistocie w miarę tego co mógł zyskać Sobieski stojąc po stronie Cesarza, Ludwik XIV — ani w części nie mógł mu równoważnych zapewnić korzyści. Morsztyn — który dawniéj u króla miał pewne zachowanie, stał się nietylko podejrzanym, — przyjmowano go chłodno — a w końcu królowa, która mniéj dyssymulować umiała, jawnie już poczęła niechęć ku niemu objawiać.
Ale we wrześniu jeszcze Vitry się upierał dworując ciągle — choć niezbyt zręcznie — że Sobieskiego przeciągnie na stronę Francji. Tymczasem Cesarz już nawet tytuł majestatu królowi pruskiemu dawać począł, a pono królowa się obietnicami cieszyła że dla Fanfanika rękę arcyksiężniczki pozyszcze.
Była to dla niéj najprzyjemniejsza pomsta nad Francją.
Nie przyznaję sobie wcale prawa sądzenia o polityce, bom się jéj nie nauczył, choć się o nią ocierałem codzień, ale mi się widzi teraz — gdy poglądam zdala na ówczesny skład okoliczności, że więcéj przewidując a mniéj króla i rzeczpospolitą sobie lekceważąc, Ludwik XIV byłby mógł sobie pozyskać królowę, jéj rodzinę, a przez nich i Sobieskiego, który zdawna — od młodu miał skłonność sprzyjać Francji. Tymczasem czyniono wszystko co tylko było można, aby królowę i jego zrazić i odepchnąć — a w dodatku posłano tu Vitrego, który nikogo sobie pozyskać nie umiał.
Król rozmawiać z nim lubił, ale ni mniéj ni więcéj jak z innemi ludźmi trochę wykształconemi, konwersował z nim godzinami, nigdy mu się pono nie zwierzając z niczego, a sam na uszy moje słyszałem — bo się mnie nie wystrzegano, jak powróciwszy z takiéj konferencij z nim, przed królową z niéj się spowiadał, podżartowując z Vitrego, którego półsłówka doskonale rozumiał, a przed nim udawał że inaczéj pojmuje to niżeli on i wyślizgał mu się nigdy nie dając wypowiedzieć szczerze, tak jak sam szczerze się przed nim wygadać nie chciał.
O ile wiem i przypominam Vitry się łudzić dłużéj dawał niż bystrzejszy — od niego Morsztyn, który widział zawczasu że interesa Francji źle stały i ratować ich już nie było można.
W Listopadzie, jeśli się nie mylę, Vitry naostatek królowéj oświadczył że Ludwik XIV, przez konsyderację dla niej — margrabiemu ojcu p. d‘Arquien nadać był gotów ów tytuł książęcy i parostwo osobiste, ale Marja Kazimira grzecznie a dumnie odpowiedziała mu że jéj godność i teraźniejsze położenie nie dozwalały już przyjąć téj łaski, za którą dziękowała nie mogąc z niéj korzystać.
Wyszły pono przy téj zręczności na stół żale za siostrę, panią Bethune i Vitry już nie miał nic więcéj do ofiarowania jako kompensatę nad owe sto tysięcy liwrów, na które rachował znając chciwość i skąpstwo królowéj, a posądzając i króla o to że zbyt pieniądze lubił. Tymczasem i to już chybione było — bo spóźnione — albo li całkiem nie zręczne — bo godności króla uwłaczające. Można było tę ofiarę jak chcieć malować i tłumaczyć — zawsze ona była pensją która stawiła Sobieskiego na żołdzie Francji.
Na to już duma królowéj nawet nie mogła przystać. Napróżnoby Vitry chciał dowodzić iż tajemnicą mogła pozostać pensja, — bo w polityce takiéj, ledwie krótko się sekret uchować może, gdy kilka — co najmniéj, osób — mieć go musi zwierzonym.
W Grudniu wiem że gdy Sejm zwoływać miano, przejęto list Morsztyna do francuza jakiegoś, w którym stało: „Liga pomiędzy naszym dworem a Cesarzem zawarta, a nawet okupiona przyrzeczeniem wydania Arcyksiężniczki za księcia i zapewnieniem sukcesij tronu. Samo z siebie, z natury rzeczy wypada iż gdy sejm zerwany zostanie — zerwie się i ta Liga.“
Z tego wnosić już łatwo, jaki się sejm gotował — i jak wytężone były wszystkie siły i intrygi — aby przykładem innych — zerwany został.
To zaś Morsztynowi i francuzkiéj klice zdawało się bardzo łatwem — bo dosyć było jednego posła przekupić i kazać mu okrzyknąć — veto — aby wszystkie narady i uchwały w łeb wzięły.
Z takiemi aprehensjami jechaliśmy do Warszawy, jawnie już mając wystąpić z przymierzem rakuskiem, które tylko to zabrało że je Papież przez nuncjusza miał popierać.
O sobie jak mi się pod te czasy działo — niewiele powiedzieć mogę, tyle tylko że u króla w łaskach byłem zawsze — a nawet coraz większe zdobywałem zaufanie, które, oprócz Szaniawskiego i Morawca we wszystkich zazdrość i niechęć ku mnie obudzało.
Bóg widzi żem z królewskiego dla mnie usposobienia nigdy na niczyją krzywdę nie korzystał — owszem, gdy król pytał o kogo, zawszem tłumaczył — zalecał, a żadnego sobie złego słowa do wyrzucenia nie miałem.
Najwięcéj się przeciwko temu oburzono — gdy — pomijając starszych we dworze, — król mi powierzył swój osobisty skarbczyk. Były to jego kieszonkowe pieniądze, o których ani królowa ni też nikt nie wiedział, ani zkąd przychodziły ni gdzie się obracały. Podskarbi prowadził wielkie rachunki, jam miał w zawiadywaniu woreczek królewski, ażeby zaś stosunek ten cokolwiek pokryć, dał mi król nadzór nad swojemi kosztownościami, których choć niewiele używał, ale ich dosyć było — po Daniłowiczach, Żółkiewskich, po pradziadach.
Już naówczas samych szabel w złoto oprawnych miałem na regestrze kilkanaście — (z których jedną najulubieńszą — król sankami jadąc zgubił w tym roku) — drugie tyle było siodeł, rzędów, czubów, zbroi szmelcowanych, spinek pod szyję, pasów, łańcuchów i różnego srebra.
Nigdy nie wychodził król bez sakiewki, w któréj jednym końcu złoto miał, a w drugim srebro, bo zawsze złotem rzucać nie lubił — choć jałmużnę chętnie dawał i nigdy ubogiemu odejść bez niéj nie dopuścił.
Trafiało się bardzo często że kilkadziesiąt dukatów wziąwszy z sobą, powracał wieczorem i oddawał mi śmiejąc się sakiewkę próżną, a gdym pytał co mam wpisać, po namyśle najczęściéj, na rachunek ogrodowy to wpisywać kazał.
W istocie dla ogrodników hojnym był, ale też i dla innych podupadłych szlachty, petentów, których zawsze było mnóstwo, umiał być szczodrym — szczególniéj gdy do rodzin mu znanych należeli. Skąpym ani chciwym nigdy nie był, choć rozrzucić nie lubił.
Tu też może słowo powiedzieć nie zawadzi o francuzach na dworze u nas — około których teraz musiała być oględność wielka, bo do nich Vitry i jego pomocnicy łatwy przystęp mieli i przez nich wiedzieli co się u nas mówiło i działo.
Nie mogę ich o to wszystko obwiniać aby króla zdradzali, bo wielu z dobrą wiarą się wygadywali, nie wiedząc że to szkodzić mogło, ale i na tych nie zbywało, którym Vitry i Forbin i inni agenci dawali pensje... Pomiędzy kobietami królowéj też pewnie na ujętych przyjaciółkach francuzom nie zbywało. A jako dawniéj powiadano, że za Wazów, aż do Marji Ludwiki, przemagała u nas na dworze niemczyzna, tak Michała wyjąwszy — z królową francuzką, a potem z naszą margrabianką tak się francusczyzna rozwielmożniła iż prawie ją tylko słychać było na dworze.
Królowa Sobieska, wprawdzie od młodych lat mieszkając w Peszcie, języka się mimowoli nauczyła, ale nim mówiła bardzo źle, a pisała jeszcze gorzéj, jeżeli parę słów czasem nakreślić była zmuszoną. Z mężem, z dziećmi, z ojcem, z bratem — siostrą, szwagrami, z całą służbą rozmawiała po francuzku tylko. Około króla było dworzan i służby polaków kilku, około królowéj nie wiem jeżeli kto oprócz Szumowskiéj jednéj. Faworyty obie Federba i Letreu francuzki były, dziewczęta przeważnie też, lokaje nie mniéj. Dopiero zstępując niżéj coraz, przy kredensie i koniach polaków znaleźć było można.
Z powodu Margrabiego Ojca, brata, siostra królowéj, gdy ci do stołu siadali, albo w towarzystwie się znajdowali, francusczyzna w salonie panowała, król też książki francuzkie przeważnie czytywał, albo łacińskie, polskich, oprócz panegiryków mało było i to tak szpetnie drukowanych, że ich do ręki wziąć było trudno. Nie razem biblioteki oglądając dawne i książki widząc dawniéj u nas drukowane w Krakowie, w Gdańsku, nawet po mało znanych miastach, dziwić się musiał temu że u nas i papieru dobrego nie stało i drukować nie umieli. Dla króla gdy panegiryk wydrukowano, to się już zmogli na papier ludzki, ale toż samo dla pospolitych ludzi, gorzéj niż na bibule odbijano, a królewskie konterfekty jak od siekiery wyrąbane wyglądały.
Ale to naówczas nikogo nie obchodziło, bo kto się o polską książkę troszczył, a kto jéj był żądny??
Wracając do francuzów, właśnie naonczas gdy królestwo oboje najgorzéj byli z Francją, gdy Vitry się wściekał nic dokazać niemogąc, powszechnie nienawidzony — francuzów na dworze, po miastach, przy magnatach, w wojsku naszem było mnóztwo. Inżenierowie niemal wszyscy byli z Francji posprowadzani. Przy królu pisarze, sekretarze, lokaj i felczer razem Dumoulin, Lafore służący — niezliczyć ilu francuzów.
Można pojąć jak nam tu było cokolwiek przed posłem i agentami francuzów ukryć. Czego mężczyzni nie wygadali, wypaplały kobiety... W Warszawie, we Lwowie sklepów i kupców z Francji moc było, jak niegdyś w Krakowie włochów.
Myśmy się wszyscy prawie po niewoli czy po woli musieli nauczyć języka tego, choć kto mówił źle, rozumiał go dobrze. Jak na przekorę ta cała francuszczyzna teraz, z królową razem stała przeciwko Francji i jéj królowi, ale Vitry i Morsztyn, z całym zastępem swoich jawnych i skrytych pomocników, zakupionych, gotowali się bodaj Sobieskiego z tronu strącić, a do przymierza z Austrją przeciw turkom nie dopuścić.
Vitremu w téj niepoczciwéj robocie nie tyle przypisywać należało, co nader zręcznemu, przebiegłemu, okrutnemu a duszą i ciałem oddanemu Francji Morsztynowi, który już więcéj francuzem był niż polakiem, i dobra nabywszy we Francji, sam się tam z radością przenieść zamierzał.
Jak do tego przyszło iż z wielkiego przyjaciela i sługi króla JMci przeszedł do obozu jego wrogów, — trudno tłumaczyć inaczéj, tylko wielkiemi dobrodziejstwy jakich za zdradę własnego kraju spodziewał się od Ludwika XIV.
Królowa też w tem jak we wszystkiem cokolwiek się u nas działo, miała udział nie mały. Brat jéj kawaler de Maligny, któremu jako mężnemu dowódzcy nic zarzucić nie było można, nie stary, przystojny, starał się o córkę Morsztyna. Odmówiono mu jéj. Królowa za brata i za własną obrazę poprzysięgła pomstę, a choć Morsztyn tłumaczył się i uniewinniał że córki zmuszać nie mógł — nie przebaczono mu tego że śmiał wzgardzić kolligacją z królewską rodziną.
Morsztyn naówczas już przygotowany opuścić całkiem rzeczpospolitę, mający tu licznych przyjaciół i stosunki, zręczny, umiejący wszelką odegrać rolę jaka na niego przypadała — ważył się na spisek przeciw królowi... Nie miał Ludwik XIV czynniejszego ani doskonalszego agenta w Polsce nad niego.
Nie umiem powiedzieć prawda li było czy potwarzą co późniéj głoszono, a król taił i nie dopuszczał by się rozchodziło — iż spiskowi zamierzali nie tylko go z tronu zrzucić a wielkiego Hetmana Jabłonowskiego w miejscu jego okrzyknąć, ale nawet na życie Sobieskiego godzili.
Tam gdzie o tak straszliwe oskarżenie idzie, lekkomyślnie go rzucać nie pozwala sumienie, ani zapisywać ku wiekuistéj pamięci, tego co bodaj zapomnianem zostało. Nie będę się więc rozpisywał z tem co mnie doszło późniéj o spisku, który Bóg strzegł — nie przyszedł do skutku.
W całéj téj sprawie ciemno było i jest — ci co w niéj ręce umaczali, wyparli się udziału — o Jabłonowskim mówiono iż bez jego wiedzy nim rozporządzano, król bowiem do ostatka miał go za najlepszego przyjaciela, a u królowéj był nie tylko w największéj estymie, ale bodaj więcéj jéj upodobanym niż mąż. Tego szlachetny charakter i otwartość nie godziły się często z jéj polityką nie patrzącą i nie przebierającą w środkach — byle prowadziły do upragnionego celu.
Przed Sejmem król tak był spokojnym i zdawał się swojego pewien iż najmniejszéj obawy nie miał o rezultat. Obmyślanem było wszystko aby do zerwania nie dopuścić — a wnioski królewskie poparte przez Nuncjusza Inocentego XI i przez rezydenta Cesarskiego przeprowadzić... Zdaje mi się że i królowa nierównie podejrzliwsza i przebieglejsza nie domyślała się uknutéj zdrady...
Lecz nim do tego Sejmu przyjdziemy, moją własną nieszczęśliwą przygodę, opowiedzieć muszę, gdyż ona wielkich dla mnie strapień, zgryzot i mankamentu była przyczyną. Wspomniałem wyżéj jak mnie Felicja ta nieszczęsna, dziś już Boncourowa wciągnęła w to że z mężem jéj o nią się powaśniłem.
Wiedzieli o tem wszyscy, bo i my oba od siebie stronili, nie mówili jeden do drugiego, francuz mnie omijał, a jam go też nie szukał. Wiedziałem o tem że się na mnie odgrażał po kryjomu i ciągle obiecywał mi dać naukę. Śmiałem się z tego — ale z żoną jego stosunków unikałem i choć mi się uśmiechała pięknie a wabiła, nie dawałem się pokusie.
Tak stały stosunki nasze, gdy jużeśmy się naówczas na Sejm wybierali do Warszawy, rano jednego dnia wpada do mnie poczciwy Szaniawski tak zaperzony, iż od razumpoznał że coś przynosi nie dobrego...
Nagle stanąwszy naprzeciwko mnie wśród izby, woła:
— Człowiecze! coś ty zrobił, do czego cię ta głupia pasja twoja doprowadziła!!
Przeżegnałem się.
— Co tobie jest? pytam spokojnie.
— Przedemną nie udawaj — krzyknął Szaniawski — póki czas, ubieraj się, uchodź — to nie przelewki...
Vox populi na ciebie wskazuje... wszyscy mówią że to sprawa twoja. Jeżeli ci życie miłe...
Mnie się w głowie mięszało.
— Bóg świadek duszy mojéj, zawołałem z łóżka się porywając, ani wiem ani rozumiem o co idzie... Czego ty chcesz? o czem mówisz?
Popatrzył na mnie Szaniawski.
— Czyś winien, czy nie winien, bo dalibóg nie wiem już co sądzić... rzekł ciężko oddychając... ratować się jakoś należy, bo jeden jedyny głos że to twoja sprawa...
— Ale, do kroćset djabłów — przerwałem, powiedz że mi w końcu o co idzie. Jestem jak w rogu...
— Boncour zabity — począł Szaniawski, znaleziono dziś rano w śmierć porąbanego w lasku za ogrodem. Wczoraj wieczorem widziano was z sobą się sprzeczających...
Dreszcze po mnie i ogień przeszły...
— Jakżeż ty mógł przypuścić, zawołałem, żebym ja był zabójcą, żebym pokryjomu napadał i zarąbał!! Waśniliśmy się z sobą nie jeden raz, wczoraj też drwiłem z niego, aleśmy się w podwórzu rozeszli. O niczem nie wiem...
Przestraszony jednakże wstałem natychmiast się odziewać.
— Pójdę do króla wprost, zawołałem, niech zaraz inkwirują... jam nie winien...
— A! już tam od dnia inkwizycja się poczęła i król uwiadomiony — rzekł Szaniawski, byłem pewny żeś uszedł — bo i ja ciebie posądzałem...
— Z inkwizycji nie wyszło nic więcéj nad to że wczoraj późno wyście z sobą jeszcze koty darli, a potem on się z mieszkania wyśliznął i już nie powrócił. Nocą trupa w lasku czeladź z miasteczka powracająca znalazła... Mówię ci, że jednym głosem wszyscy ciebie obwiniają...
Trupa złożono w szopie na tapczanie, posiekany strasznie, głowa rozpłatana... Żona wpadła, słyszę, zobaczyć go, i łzy nie uroniwszy wyniosła się ze wspólnego mieszkania do fraucymeru...
Wcale żalu po nim nie ukazuje...
— Jam nie winien — odparłem Szaniawskiemu. Znasz mnie, nie miałbym dla ciebie tajemnicy. Prawda się musi wykryć. Ubieram się i idę do króla...
Ledwiem tych słów dokończył, gdy Morawiec wpadł zobaczywszy mnie ręce załamał i krzyknął.
— Król kazał wołać cię — czemu nie wpadłeś zawczasu.
Pasja mnie porwała.
— Człowiecze! zawołałem, coś ty z innemi oszalał także czy co? Ja o Bożem świecie nie wiem...
— Król rozgniewany jakem go nie widział dawno, dodał Morawiec. Już na ostatnim sejmie, pojedynki i zabójstwa około zamku doprowadziły go do srogiego oburzenia — chciał dać przykład a tu przy nim — pod jego bokiem, taki kryminał i na Boncourze — którego on potrzebował i lubił.
Nie było już co z niemi rozprawiać — tyle tylko żem porwał obraz Chrystusa wiszący nad łóżkiem i przysięgłem im że zabójcą nie byłem...
— Żebyś sto razy przysiągł — odparł Szaniawski — ludzi nie przekonasz — ja ci wierzę, ale król — ale inni...
Jak w gorączce pierwsze z brzegu suknie wdziawszy, pobiegłem do króla, którego właśnie Lafore ubierał i nogi mu smarował...
Z twarzy Sobieskiego postrzegłem zaraz, że sprawa źle stała. Zobaczywszy mnie w progu zatrząsł się.
— Zbóju ty! zawołał — nie poszanowałeś nawet majestatu króla twojego... Wiesz że ty co to szabli dobyć tam gdzie król rezyduje... na gardle za to odpowiesz! na gardle.
Padłem na kolana bijąc się w piersi.
— N. Panie, krzyknąłem z boleścią, jam niewinien. Sprawa to nie moja... Poprzysiądz to mogę...
— Precz! precz! pókiś cały! — począł król — mężobójcą a w dodatku chcesz być krzywoprzysiężcą. Patrzaj że do czego cię ta głupia miłość doprowadziła. Gubisz duszę...
— N. Panie! zawołałem.
— Milcz — krzyknął król — milcz, wynoś mi się pókiś cały — nie pokazuj na oczy... Gdy cię marszałkowscy urzędnicy wezmą, ja nie obronię i bronić nie będę.
— N. Panie — począłem błagając, jeżeli ujdę to mnie wszyscy winnym uznają, a ja nim nie jestem. Nie chcę, choćby życie ratując, sromotą się okryć — niewinny jestem...
— Wszyscy cię obwiniają, wtrącił gwałtownie król wszyscy! widzieli was wczoraj wieczorem waśniących się z sobą i takeście wyszli razem...
— Alem ja wprost do mieszkania na strych poszedł, anim Boncoura widział — powtórzyłem.
— Jedź ztąd — słyszysz — przerwał mi król — mam litość nad tobą. Prawda się odkryje, ale nim się ta twoja niewinność, w którą ja nie wierzę — okaże — będziesz więzionym, bo niemal in flagranti cię pochwycono... Z Marszałkiem żartów nie ma...
Spojrzał na mnie.
— Nie, N. Panie — uciekać nie będę, odparłem spokojnie — zabójstwa winien nie jestem...
— Tak! tak — gniewnie przerwał mi Sobieski — sofistykujesz — zabójstwa niepopełniłeś, powiadasz, ale pojedynek był... O toż tak! pojedynek bez świadków to morderstwo...
— Ale ja się z nim nie biłem — zawołałem zrozpaczony. Sam się oddam w ręce marszałkowskiéj straży, bo nie mogę tego ścierpieć aby mnie obwiniano — gdy się niewinnym czuję...
Pomimo zaklęć moich, król się nie mógł uspokoić, ni chciał mi zawierzyć.
— Rób sobie co chcesz — zawołał — ale ja cię dłużéj trzymać nie mogę przy osobie mojéj i przy dworze. Dosyć posądzenia o zabójstwo... tolerować mi się tego nie godzi. Mnożą się pokątne kryminały, folgować im niemogę. Zdaj wszystko Szaniawskiemu i czyń co chcesz... znać cię nie chcę.
Mnie się niemal na płacz zaniosło, kląkłem znowu.
— N. Panie — począłem ręce podnosząc — nie karz mnie niewinnego, nie odpychaj. Dosyć będzie téj oznaki gniewu twego aby mnie wszyscy potępili...
Nie dał mi mówić.
— Dość, dość — rzekł — niemogę tego słuchać i pobłażać nie wolno mi... Com rzekł to się stanie...
Wskazał mi na drzwi — Lafore widząc go zagniewanym, otworzył je przedemną, musiałem iść precz.
W głowie mi się zawracało — uciekać nie myślałem...
Szaniawski stał w przedpokoju, czekając naczem się to skończy, rzuciłem mu klucze, powiadając że skarbczyk miał przejąć.
— A ty? — zapytał.
— Cóż, ja? — odparłem. Nie możesz przecież myśleć że ja ucieknę, kiedy się niewinnym czuję. Ja pozostanę tu, póki się instygowanie nieskończy. Sam będę instygatorem bodaj, a winowajcę odkryję, bo na sobie plamy takiego mordu znieść niemogę.
Ludzie, którzy sądzili że ja już za górami jestem lub za kratą, zobaczywszy mnie chodzącego swobodnie i ani myślącego o ucieczce — poczęli zmieniać zdanie.
Nikt jednak do mnie, oprócz Szaniawskiego i Morawca nie zbliżał się, bo się obawiali wszyscy — aby o wspólnictwo i pomoc nie byli posądzeni, a w konflikt wejść ze sądami marszałkowskiemi nikt sobie nie życzył.
Pierwsza rzecz poszedłem z Szaniawskim do szopy gdzie trup był złożony. Ażem się wzdrygnął tak haniebnie porąbany był. Oprócz głowy, z któréj mózg wyprysnął... twarz, ramiona miał posieczone... ale krew już dawno płynąć przestała i tylko skorupa czarno-krwawa go okrywała..
Z tego wnosić było można iż jeszcze z wieczora został zamordowany...
Rany były od szabli zadane, a przy nim tylko złamany rożenek francuzki się znalazł. Nie był to więc pojedynek, ale wprost napaść jakaś, a z ilości ran zdawało się, że chyba nie jeden ale conajmniéj dwu na niego naskoczyło...
Od niego potem poszedłem do żony, do fraucymeru królowéj, chcąc ją widzieć, ale mnie niedopuszczono. Z tego co mi Letreu przyszła podszepnąć, wniosłem, że i ona mnie musiała posądzać o zabójstwo — chociaż po mężu tym wcale nie płakała...
Letreu też życzyła mi uchodzić, alem wprost jéj oświadczył, że ani myślę się ruszyć, póki zabójców nie wyśledzę — i ja się nie oczyszczę...
Nie ruszyłem się więc ani krokiem z Jaworowa, ale że mnie już za ekskludowanego uważano, nie poszedłem do stołu i zostałem w izbie pod strychem. Com wycierpiał przez ten czas, nie opisać.
Marszałkowski zastępca nie chciał mnie aresztować, bo widział, że uchodzić nie myślę, ale to brano wprost za zuchwalstwo z méj strony nie za dowód niewinności i powiadano, żem był pewien królewskiéj protekcji dlatego tak sobie śmiało poczynam.
Inkwizycja też szła przez ten wzgląd na króla opieszale, tak że ja sam musiałem ją niemal prowadzić... Najmniejszego śladu nie można było natrafić, ani nawet domysłu powziąć, kto mógł to morderstwo popełnić.
Znałem już teraz do tyla Boncourową że ją mogłem posądzić, iż jeśli zabójców nie nasłała, to przynajmniéj przyczynić się mogła do tego... Nie ja jeden dla niéj głowęm stracił, było innych wielu co szaleli, z tą różnicą że moja miłość stateczną była, a ich przemijającą namiętnością.
Rozpytując, rozpatrując, śledząc, tyle tylko doszedłem, że w ostatnich dniach przed zabójstwem, najwięcéj się około Boncourowéj uwijali Słoniewski niejaki i Margocki, oba młokosy. Letreu mi mówiła że widziała jejmość kilka razy to z jednym z nich, to z drugim śmiejącą się i szepczącą po kątach — i że Słoniewski i Margocki nazajutrz po zabójstwie do stołu przyszedłszy tak mieli zmienione twarze, wejrzenia niespokojne, że ją to zaraz uderzyło...
Mnie oni oba bardzo byli mało znani, zwierzyłem się Szaniawskiemu... Ten mnie nic nie mówiąc, gdy oni oba na obiad poszli, poszedł ich mieszkanie i szable obejrzeć. Otóż u Słoniewskiego wprawdzie na szabli śladów krwi nie było, ale w kącie znalazł starą koszulę, o którą widocznie zakrwawioną szablę ocierano i tę zabrał z sobą...
Krew była niedawna, a na dworze o żadnym pojedynku wieści nie mieliśmy. U Margockiego żadnego śladu nie natrafił...
Trzeba było siebie ratując drugich gubić. — Rada w radę — co tu począć — Szaniawski mi powiedział — nie mięszaj się, gorączka jesteś i o skórę ci idzie — zdaj na mnie — ja poprobuję azali się nie uda wykryć prawdy.
Mądry Szaniawski, tegoż wieczora gdy z kolonij wychodzili, przysunął się do Słoniewskiego i szepnął mu — mam ci coś powiedzieć.
Przystał do niego młokos, jak pijawka — nagląc niespokojnie.
— Ludzie prawią szepnął mu Szaniawski, że waszmości wieczorem widziano idącego do lasku w którym Boncoura zabito, a potem powracającego jakoby z szablą zakrwawioną.
Młokos nieopatrzny a już w sumieniu niespokojny odparł na to natychmiast.
— Któż to śmie mówić? kto? nikt mnie nie widział? nikogo nie spotkałem.
Szaniawski języka zagryzł — Habemus confitentsem — szepnął sobie.
— A Margocki, spytał cicho — którędy zemknął?
Słoniewskiemu jakby się słabo zrobiło — rzucił się ściskać Szaniawskiego.
— Nie gub mnie! Zkąd wy to wiecie? jakim sposobem?
— O to nie pytaj — odparł Szaniawski — powiedzieć ci tego nie mogę. Jedno tylko radzę i ty i Margocki zabierajcie manatki póki czas i uchodźcie na Wołoszczyznę — bo tylko nie widać jak was wyśledzą, a wówczas gardłem przypłacicie.
Słoniewski już tak był strwożony że z niego mógł inkwirujący dobyć co chciał.
— Myśmy oba niewinni — mówił — jak poczęła przedemną i przed Margockim narzekać i piszczeć francuzka — kto mnie od tego tyrana zazdrośnika uwolni! kto mnie temu zbójcy z rąk wyrwie.
A płakała — rozpaczała, i wprost podburzała do tego aby ją wyswobodzić zabójstwem, bo inaczéj ona musiała się otruć lub utopić.
Przyznał się Słoniewski do tego, że się we dwu zasadzili na Boncoura — i że od żony mieli wiadomość iż tego wieczora do miasteczka ma iść sam do Duponta, ze zleceniem od króla.
— Słuchaj Słoniewski, rzekł wybadawszy go przyjaciel mój — zguby waszéj niechcę, ale nie czekając dzisiejszéj nocy i ty i Margocki na Wołoszczyznę ruszajcie. Wątpię żeby za wami pogoń wysłano — w tem rozum abyście umknęli. Paskudna rzecz we dwu na jednego po nocy napaść i bezbronnego tak zamordować. Chcecie życie salwować — nie traćcież ani chwili.
Mnie Szaniawski tego wieczora nie przyszedł nic powiedzieć.
Rano wyrostek mój wchodzi do izby po odzienie, i przed łóżkiem stanąwszy mówi.
— Pan wie że Słoniewski i Margocki dzisiejszéj nocy gdzieś znikli ztąd, najlepsze konie zabrawszy i mało co rzeczy. Ludzie mówią że to sprawa Boncoura.
Zerwałem się tedy równemi nogami.
— Prawdę mówisz?
— A cobym miał kłamać?
Ledwiem tych słów dokończył, wchodzi Szaniawski w rannym kożuszku z uśmiechem na twarzy.
— Chłopiec ci już pewnie przyniósł wiadomość? spytał.
— Prawda-li to?
— Obu ich niema — odparł Szaniawski oczyma mi pokazując abym odprawił wyrostka.
Posłałem go do stajen.
— Podziękuj mi — odezwał się przyjaciel. Wczoraj wieczorem zagadnąłem Słoniewskiego, a że na złodzieju czapka gore — zdradził mi się od razu. Dziś ich już obu niema — zatem oczyścić się będziesz mógł, a ja pozbędę się utrapionych kluczów od skarbczyka, które mnie palą — bo mi się ciągle zdaje że ktoś go okradnie — a ja będę musiał odpowiadać.
Rzuciłem się go ściskać z radości wielkiéj, a ten dopiero usiadłszy per extensum mi wszystko opowiedział — nastając na to że oba młokosy nie tyle były winne co ta przebrzydła Boncourowa — która ich nasadziła — podbudziła i właściwie ich rękami sama popełniła zabójstwo.
— Niechaj że cię to — dokończył, raz na zawsze wyleczy z téj miłości niegodnéj ciebie dla kobiety — która warta jest najsroższéj kaźni. Właśnie się dowiaduję — że francuz mąż jéj — testament zostawił, którym wszystko co miał niepoczciwéj przekazał.
We dworze wiadomość o ucieczce Słoniewskiego z towarzyszem uczyniła wrażenie ogromne, a na moją stronę się przechyliła waga i poczęto ubolewać że mnie nadaremnie posądzono, iż król w pośpiechu mnie skrzywdził i t. p.
Nie narzucając się przecież pozostałem na strychu w izdebce, oczekując co z tego będzie. Tymczasem poczciwy Szaniawski drugiego dnia podając królowi sakiewkę odezwał się.
— N. Panie — wypadałoby mi zdać i klucze i skarb znowu Polanowskiemu, — bo on za cudzą winę pokutuje.
— A gdzież on jest? zapytał król.
— Wybiera się do matki — rzekł Szaniawski — jeszcze tu.
Zadumał się Sobieski.
— Nie — rzekł — zostaniesz przy kluczach, a z Polanowskim ja nie wiem jeszcze co zrobię. Znajdzie się dla niego zajęcie.
— Czy mam mu oznajmić — aby się stawił? naglił Szaniawski.
— Daj pokój — nie mięszaj się w nieswoje rzeczy odparł Sobieski — będę wiedział co zrobić.
Doniósł mi o tém zaraz, czekałem tedy — ale tego dnia do późnego wieczora — napróżno. Zrana nie zawołano mnie też — i już mi się przykrzeć poczynało oczekiwanie, gdy jeden z paziów króla przyszedł mi oznajmić — abym do gabinetu szedł z nim zaraz.
Uśmiechnął się widząc mnie wchodzącego.
— Widzisz — rzekł — prawda jak oliwa zawsze na wierzch wychodzi, ale do mnie żalu niepowinieneś mieć żem był surowym i posądzenie samo ukarałem... Król jest sędzią, a sprawiedliwość litości nie zna...
Milczałem. Przeszedł się parę razy po gabinecie, z dużéj misy srebrnéj biorąc owoce, które zawsze miał pod ręką — i chciwie je zajadając.
— Oddał bym ci nazad skarbczyk — rzekł — ale mi będziesz gdzieindziéj potrzebnym. Znam cię żeś roztropny i język za zębami trzymać umiesz. Będę cię musiał ztąd wysłać przed sejmem do Warszawy i instrukcję ci dam. Wrzekomo powieziesz co ci da szatny... i na zamku będziesz miał co czynić, ale ja ci ważniejsze rzeczy zwierzę... Przyjdź jutro...
Co się tyczy rehabilitacji, téj nie potrzebujesz, dosyć, że w służbie pozostajesz i jurgielt ci każę powiększyć.
Zjawiłem się tedy tego dnia u wspólnego stołu umyślnie — Boncourowéj nie było — nie pokazywała się — Terica i Federba obie mi winszowały.
Nikt się teraz nie chciał przyznać aby mnie posądzał — wszyscy utrzymywali że o mojéj niewinności byli przekonanymi. O zbiegłych mówiono osobliwe rzeczy.
Boncourowa się wypierała, i czerniła ich gorzéj niż inni..
Krótko trwała ta historja, a miała ten skutek że w początku zupełnie mnie ze słabości dla wdowy wyleczyła. Nie starałem się jéj nawet widzieć. Powiadali jedni że chce dwór i służbę opuścić, drudzy że pozostanie przy królowéj, która się bez jéj szczebiotania obejść nie może.
Jam starał się zapomnieć że na świecie była — choć, pasja pasją, we snach mi ciągle stawała na oczach w takich jasnych niewinności szatach.
Przychodziłem codzień na służbę do króla — widział mnie, uśmiechał mi się — ale czekać kazał. Upłynęło dni kilka. Jednego dnia późno w noc, Szaniawski wbiegł do mnie, wołając natychmiast do króla...
Zastałem go już rozebranego w jednym popielicowym kożuszku na koszulę wdzianym, nad stolikiem, w papierach, które z otwartéj dobywał szkatułki. Czoło miał zmarszczone i twarz bardzo smutną. Nierychło mówić zaczął.
Chociaż lat od tego czasu upłynęło wiele — nie sądzę ażebym mógł tu zapisać z czem mnie król posłał, dosyć powiedzieć iż chodziło o spisek, o potajemne stosunki z Morsztynem i Vitrym tych osób, które on dotąd za najwierniejszych swoich przyjaciół liczył, a naostatek o podchwycenie listów, które Morsztyn do Francji wysyłał.
Na piśmie nic mi król nie dał, a kazał poprzysiądz ze tajemnicy dochowam, któréj i dziś zdradzać nie chcę.
Ośmieliłem się pokorną uczynić uwagę, iż mi powierzał ciężar nad siły, że przy najlepszéj chęci, mogą ramiona moje nie dźwignąć brzemienia.
— Serce poczciwe ci dopomoże — odparł król, wiem że nie zdradzisz, a rozumu dość masz abyś sobie dał radę. Jedź w imie pańskie, głównie mi o listy Morsztyna chodzi — jak i którędy je posyła, najpewniéj przez Gdańsk i Akakję — musisz dojść — i środki obmyśleć, ażeby choć jedną przesyłkę pochwycić i do rąk moich oddać...
Sprawa ta może wymagać wydatków, więc masz do wiernych rąk kilkaset dukatów, z których mi zdasz rachunek. Uprzedzam tylko abyś nie oszczędzał, bo na wagę złota bodaj trzeba dowód zdrady dostać... czarno na białem. Na tem mi zależy bardzo wiele. Jeżeliby nie starczyło co daję, Aron będzie też w Warszawie i ma polecenie pod kwit WMości dać ile zażądasz.. Dla kilkudziesięciu dukatów — bodaj dla kilkuset nie godzi się opuścić tego, na czem mi zależy wiele...
Trzymał mnie potem król, informując o drogach, któremi iść miałem i ludziach jakich w pomoc użyć mogłem, tak że dobrze było po północy gdym na strych mój powrócił. Zastałem tu Szaniawskiego który czekając na mnie — położył się na łóżko moje i usnął. Ledwie się go dobudziłem, bo sen miał bardzo twardy. Począł tedy pytać, ale — mimo całéj naszéj przyjaźni, nie mogłem mu się przyznać z czem i po co jadę. Powiedziałem tylko, że król kazał szaty swe wieść i na zamku mnóstwo różnych odmian zlecił porobić, dla tego tak trzymał mnie długo.
Uwierzył Szaniawski czy nie, ale nie badał więcéj, bo znał mnie że gdy milczeć należało, żadna siła w świecie z ust mi słowa wydobyć nie potrafiła.
Nie zwlekając więc począłem się wybierać tak pośpiesznie, ażebym przed wieczorem z Jaworowa mógł ruszyć... Wozów ze mną szło kilka, ludzi dosyć, koni luźnych też dodano, słowem że się tabor wcale zebrał pokaźny.
Mogłem się cieszyć z nadzwyczajnego zaufania jakie król miał we mnie, lecz prawdę mówiąc, więcéj mnie to niepokoiło niż radowało. Zadanie było tak trudne, a takiéj niemiłéj natury, że gdyby nie to iż szło o życie i spokój króla, nigdybym go nie podjął. Wymagało ono chytrości, któréj ja nigdy nie miałem, maskowania się — wykrętów dla mnie wstrętliwych...
Podróż z powodu bardzo złych dróg ni zimowych ni jesiennych — trwała dłużéj niżeli rachowałem, a było kilka takich przepraw w ciągu niéj, żeśmy na ramionach niemal wozy dobywać musieli z grzęzawicy i błota.
W Warszawie już zastałem zjazd i ruch wielki a jak zawsze przed Sejmem, w mieście przygotowania na przyjęcie licznych gości, a razem niepokój o rozruchy jakie oni z sobą przywożą. Mało co wypocząwszy, wedle wskazówek danych mi przez króla puściłem się na wywiadywanie po ludziach, a w tydzień byłem już pewnym, że się w istocie na coś zanosi dla króla groźnego, nie mówiąc już o Sejmie, który niezawodnie zerwać chciano.
Wielu bardzo przeciwko przymierzu rakuskiemu szemrało — przywiązując do niego to znaczenie co zawsze do rakuskich praktyk, to jest o panowanie tronu i zmienienie na dziedziczny, absolutum dominium. Nie chciano ani arcyksiężniczki na tronie ani Jakuba, choćby Mołdawja i Wołoszczyzna do Polski się przyłączyły... Wszystkie te przeciwko królowi głosy szerzyła partja francuzka, więcéj jak uważałem, oszczędzająca królowę niż króla.
Nie chciało mi się temu wierzyć, gdym się dowiedział że Hetmana Jabłonowskiego wciągnięto do spisku, a przynajmniéj na niego rachowano.
Vitry, Morsztyn, zawczasu byli bardzo czynni, i nie trudno przyszło dośledzić że ostatni bardzo często korespondował z królem i innemi osobami, że Vitry pieniądze odbierał znaczne, nie dla węgrów ale dla robót na Sejmie, na którym wcześnie oddanych sobie mieć chciała klika francuzka.
Nie zbywało na przyjaznych i oddanych królowi, którzy w niego wierzyli i po nim się wszystkiego spodziewali — ale byli to po większéj części ludzie małego znaczenia.
Brakło też na dowódcy obozowi temu, bo na Jabłonowskiego rachować było trudno. Królowa, któréj nie lubiono nie wiele mogła. Ciągły frymark wakansami, przysporzył jéj pieniędzy, ale poszanowania ujmował.
Smutno mi się sejm przygotowujący prezentował. Ale do mnie to nie należało, przywiązałem się cały do Morsztyna, aby owe listy, których król tak był żądny podchwycić. Miałem taki wstręt do téj pokątnéj praktyki, żem musiał sobie po sto razy powtarzać iż o zbawienie rzeczpospolitéj i ocalenie króla chodziło.
Nie łatwo też przyszło wyśledzić jaką drogą szły przesyłki od Morsztyna i Vitrego do Akakij, gdyż innéj drogi pewnéj nie mieli. Byłbym może wcale nie mógł dokazać tego czego król tak pragnął, gdyby Akakia sam potajemnie nie przybył do Warszawy, pod przybranem nazwiskiem. Nie traciłem go tu z oczów jak cień chodząc za nim, ale wcisnąć się między spiskujących nadzwyczaj było trudno.
Wstyd mi nawet wyznać jakich musiałem używać środków aby dopiąć co zamierzałem.. Ale czegoż z pomocą tych wszechmogących pieniędzy nie dokaże człowiek?
Zbliżał się już termin naznaczony na przybycie króla, a ja jakże, oprócz nadziei, nie miałem nic. Przyrzeczony był pakiet korrespondencij do pana de Cailléres adresowanych, ale Bóg jeden wiedział czy one zawierały co królowi czarno na białem mieć było potrzeba, a ja rozpieczętowywać i rozczytywać się nie miałem prawa.
W wigilją wyjazdu doktora Akakji dopiero mu papiery owe doręczono, które zręczny mój pomocnik na inny, podobnie adresowany i zapieczętowany pakiet białego papieru zamienił — i mnie wręczył.
Ale takem się lękał ażeby się to nie wydało a mnie nie wydarto drogo zapłaconych pism, żem żadnéj nocy na zamku nie spał — i nosiłem je przy sobie na piersiach. Wiedziałem, że i na zamku francuzi mieli swoich ludzi, a gdyby się wydało, życia mojego i mnie by nie szczędzili. Z najwyższą więc niecierpliwością wyglądałem przybycia królewskiego, tymczasowo uciekłszy do Wilanowa, gdzie u znajomego mi ogrodnika przechowywałem się, kazawszy zaufanemu słudze, aby mi dał znać, gdy królestwo przyjadą.
Czas mi się okrutnie wydawał długim, — a i niepewność ta czym się niezawiódł, ladajakiéj bibuły za drogie pieniądze kupiwszy mocno mnie dręczyła.
Na ostatek mój Wasylek mi dał wiedzieć, że na króla czekają, i że wieczorem przybywa. Ruszyłem więc z Wilanowa na zamek, gdzie już dosyć urzędników, senatorów i wojskowych oczekiwało Sobieskiego.
Przyjęcie wszakże było zimne, a król zaledwie wysiadłszy — zdało się że mnie szukał oczyma. Stałem tak aby spostrzedz mógł, a gdy wejrzenie jego spotkałem niespokojne, ręką uderzyłem się po piersiach, pokazując, że mam to czego sobie życzył.
Nastąpiły witania długie, rozmowy i taki natłok cisnących się do ręki królewskiéj, że ja w garderobie musiałem czekać do późna. Wszedł do niéj król z Matczyńskim, pytając o mnie.
Nie śmiałem przy świadku ust otworzyć, ale mnie klepnął po ramieniu.
— Mów — masz ptaka czy nie?
— Mam N. Panie, ale jeden Bóg wie czy kuropatwa czy nietoperz, bom kota w worku brać musiał.
Rozpiołem suknię i podałem pakiet. Matczyński na dany znak drzwi pospuszczał na rygle. Sam król rozerwał pieczęcie i kopertę...
Wypadło listów kilka, Vitrego do króla, do Forbina, na ostatek znaną ręką Morsztyna do pana de Cailliéres, król naprzód ten otworzył i czytał stojąc przy świecy, a jam mu patrzał w twarz, usiłując odgadnąć.. com złowił...
Zbladł bardzo czytając i papier mu w rękach dygotał, ale chciwie aż do końca odczytał wszystko, — niektóre miejsca, o ile mogłem pomiarkować raz i drugi — aż na ostatek rękę z listem do Matczyńskiego wyciągnął.
— Patrz — czytaj! Więcéj nie potrzeba — rzekł choć najsmaczniejszy kąsek w cyfrach.
Zapomniał o mnie na chwilę, potem odwrócił się szukając i klapiąc po ramieniu, szepnął głosem w którym wielkie wzruszenie czuć było.
— Spisałeś się dobrze — Bóg zapłaci — uczyniłeś mi przysługę wielką, któréj ci ja nie zapomnę. Pomyślę abym cię niewynagrodził — teraz idź, i ani mi piśnij nikomu.. nikt wiedzieć o tem nie powinien..
Pocałowałem rękę królewską i wysunąłem się z sercem bijącem. Szaniawski, który ze dworem przybył poznał zaraz po mnie żem był wielce uradowany, a że nic nie mieliśmy do czynienia — po polsku więc, do winiarni na kubek wina!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.