Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie lubiono nie wiele mogła. Ciągły frymark wakansami, przysporzył jéj pieniędzy, ale poszanowania ujmował.
Smutno mi się sejm przygotowujący prezentował. Ale do mnie to nie należało, przywiązałem się cały do Morsztyna, aby owe listy, których król tak był żądny podchwycić. Miałem taki wstręt do téj pokątnéj praktyki, żem musiał sobie po sto razy powtarzać iż o zbawienie rzeczpospolitéj i ocalenie króla chodziło.
Nie łatwo też przyszło wyśledzić jaką drogą szły przesyłki od Morsztyna i Vitrego do Akakij, gdyż innéj drogi pewnéj nie mieli. Byłbym może wcale nie mógł dokazać tego czego król tak pragnął, gdyby Akakia sam potajemnie nie przybył do Warszawy, pod przybranem nazwiskiem. Nie traciłem go tu z oczów jak cień chodząc za nim, ale wcisnąć się między spiskujących nadzwyczaj było trudno.
Wstyd mi nawet wyznać jakich musiałem używać środków aby dopiąć co zamierzałem.. Ale czegoż z pomocą tych wszechmogących pieniędzy nie dokaże człowiek?
Zbliżał się już termin naznaczony na przybycie króla, a ja jakże, oprócz nadziei, nie miałem nic. Przyrzeczony był pakiet korrespondencij do pana de Cailléres adresowanych, ale Bóg jeden wiedział czy one zawierały co królowi czarno na białem mieć było potrzeba, a ja rozpieczętowywać i rozczytywać się nie miałem prawa.
W wigilją wyjazdu doktora Akakji dopiero mu papiery owe doręczono, które zręczny mój pomocnik na inny, podobnie adresowany i zapieczętowany pakiet białego papieru zamienił — i mnie wręczył.