Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pomimo zaklęć moich, król się nie mógł uspokoić, ni chciał mi zawierzyć.
— Rób sobie co chcesz — zawołał — ale ja cię dłużéj trzymać nie mogę przy osobie mojéj i przy dworze. Dosyć posądzenia o zabójstwo... tolerować mi się tego nie godzi. Mnożą się pokątne kryminały, folgować im niemogę. Zdaj wszystko Szaniawskiemu i czyń co chcesz... znać cię nie chcę.
Mnie się niemal na płacz zaniosło, kląkłem znowu.
— N. Panie — począłem ręce podnosząc — nie karz mnie niewinnego, nie odpychaj. Dosyć będzie téj oznaki gniewu twego aby mnie wszyscy potępili...
Nie dał mi mówić.
— Dość, dość — rzekł — niemogę tego słuchać i pobłażać nie wolno mi... Com rzekł to się stanie...
Wskazał mi na drzwi — Lafore widząc go zagniewanym, otworzył je przedemną, musiałem iść precz.
W głowie mi się zawracało — uciekać nie myślałem...
Szaniawski stał w przedpokoju, czekając naczem się to skończy, rzuciłem mu klucze, powiadając że skarbczyk miał przejąć.
— A ty? — zapytał.
— Cóż, ja? — odparłem. Nie możesz przecież myśleć że ja ucieknę, kiedy się niewinnym czuję. Ja pozostanę tu, póki się instygowanie nieskończy. Sam będę instygatorem bodaj, a winowajcę odkryję, bo na sobie plamy takiego mordu znieść niemogę.
Ludzie, którzy sądzili że ja już za górami jestem lub za kratą, zobaczywszy mnie chodzącego swobodnie i ani myślącego o ucieczce — poczęli zmieniać zdanie.