Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kilku, ale skarał mnie pan Bóg tem, że się we mnie rozkochała.
Z początku temu wierzyć nie chciałem, anim przypuszczał, gdy mi pierwszy Szaniawski oczy otworzył. Było to czasu pobytu owego w Żółkwi przed koronacją, gdy ścisk był niezmierny.
Staliśmy z nim razem pod strychem w izdebce takiéj, że ledwie między dwoma na ziemi siennikami naszemi przejść było można. Szliśmy zwykle spać nadedniem znużeni tak że i do rozmowy ochoty brakło.
Powiada mi nagle śmiejąc się przyjaciel.
— Pilnuj no się Adasiu, bo cię Kostucha zabierze.
— Co tobie? jaka? — spytałem.
— Niewidzisz nic?
— Cóż mam widzić?
— Toć Federba cię oczyma zjada i za tobą biega nie bez kozery...
We mnie się wszystko zburzyło.
— Słuchaj — rzekłem głupie to żarty — daj mi pokój bo gniewać się będę. Cożem ja u ciebie nie wart więcéj nad to, żebym Federbie służył?
— Nie myślę wcale żartować — poważnie odparł Szaniawski — ale widzę żeś ślepy, bo patrzysz tylko na Felicję, która się od ciebie odwraca, a tymczasem stara Kostucha za tobą biega!! albo ci to wielkie szczęście przynieść może, jeżeli ambitnym zechcesz być, albo — pomstę jéj na siebie ściągniesz, co niebezpieczną rzeczą jest...
— Bój się Boga — zawołałem — cóż ona mi zrobić może? W najgorszym razie ode dworu mnie odsadzi? pojadę do domu...