Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w izdebce, oczekując co z tego będzie. Tymczasem poczciwy Szaniawski drugiego dnia podając królowi sakiewkę odezwał się.
— N. Panie — wypadałoby mi zdać i klucze i skarb znowu Polanowskiemu, — bo on za cudzą winę pokutuje.
— A gdzież on jest? zapytał król.
— Wybiera się do matki — rzekł Szaniawski — jeszcze tu.
Zadumał się Sobieski.
— Nie — rzekł — zostaniesz przy kluczach, a z Polanowskim ja nie wiem jeszcze co zrobię. Znajdzie się dla niego zajęcie.
— Czy mam mu oznajmić — aby się stawił? naglił Szaniawski.
— Daj pokój — nie mięszaj się w nieswoje rzeczy odparł Sobieski — będę wiedział co zrobić.
Doniósł mi o tém zaraz, czekałem tedy — ale tego dnia do późnego wieczora — napróżno. Zrana nie zawołano mnie też — i już mi się przykrzeć poczynało oczekiwanie, gdy jeden z paziów króla przyszedł mi oznajmić — abym do gabinetu szedł z nim zaraz.
Uśmiechnął się widząc mnie wchodzącego.
— Widzisz — rzekł — prawda jak oliwa zawsze na wierzch wychodzi, ale do mnie żalu niepowinieneś mieć żem był surowym i posądzenie samo ukarałem... Król jest sędzią, a sprawiedliwość litości nie zna...
Milczałem. Przeszedł się parę razy po gabinecie, z dużéj misy srebrnéj biorąc owoce, które zawsze miał pod ręką — i chciwie je zajadając.
— Oddał bym ci nazad skarbczyk — rzekł — ale mi będziesz gdzieindziéj potrzebnym. Znam cię żeś roztropny i język za zębami trzymać umiesz. Będę cię