Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go się nie spieszył — owszem umyślnie zwłóczył, myśląc że bez wojny i krwi przelewu, zmusi do poddania się.
Całą tak niedzielę wypoczywaliśmy, nie spiesząc z wyzywaniem ich.
Król tylko oko na nich mając — czekał.
Szóstego czy siódmego dnia dopiero ruszyli się za Świeczą, wyszli ku niéj ciągnąc za sobą ogrom wyciętego chrustu i gałęzi, bo myśleli groblę na rzeczce sypać dla przejścia.
Nam się już tak naprzykrzyło z założonemi rękami że Lubomirski się wyprosił także wyciągnąć z obozu ku rzeczce i choćby stanąć aby im pokazać — że i my pogotowiu jesteśmy.
Sądziliśmy że jak już chróstów nagromadził kupy i hacić począł — tak poprobuje do nas przejść.
Ale przyszło południe — nadszedł wieczór — turcy się zminęli postawszy i do swego obozu powrócili — nie zaczepiwszy nas.
Czysto wyglądało to na jakąś zabawkę. Ukażą się oni za Świeczą, występują nasze pułki także, patrzymy na siebie zdaleka — godzina — dwie — turcy powracają do obozu, a cokolwiek późniéj my także.
Stary żołnierz, który zawsze jest wesołéj myśli — choćby już mu wnętrzności wydzierano, żarty sobie stroił z Seraskiera — choć byli i tacy co mówili.
— Niebójcie się! mądry on jest! nie lekceważyć go.
Dwudziestego dziewiątego Septembris znowu z obu stron jak na monstrę wyciągnęły wojska a z prawéj strony Seraskier od błota postawiwszy część jego, sam przez mosty się przeprawił i naostatek podstąpił pod reduty nasze, które naprzód były wysunięte.