Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz nim co więcéj o tem powiem, muszę też cokolwiek o sobie wspomnieć jak mi się działo.
Król, któremu pod Żurawnem się wysługiwałem jak mogłem, a widział mnie ciągle pilnym i statecznym, przy tem dobréj myśli, bo smutnych twarzy koło siebie nie znosił — polubił mnie dosyć i czasami nawet, jak bywał poufałym, baraszkował sobie ze mną... Nie mogę narzekać, bo i podarków mi się kilka dostało, i — co droższe nad nie, zaufanie mi okazywał.
Ktoś mnie przed nim zdradził, żem się szalenie kochał w Felicji, z czego raz wraz żartował, ale nie pół żartem radził mi się z téj choroby wykurować, twierdząc że dziewczyna była płocha innych też francuzów mu bałamuciła, a że mi się i tem ktoś u niego przysłużył że o Federbie powiedział, śmiał się rając się i swatając Kostuchę, jako bardzo rozumną i stateczną niewiastę.
— Ta cię nie zdradzi — śmiał się, pomocnika do tego nie łatwo znajdzie...
Markotne mi były te żarty, ale i w nich dobre serce króla czuć było...
Gdyśmy powrócili i połączyli się ze dworem królowéj, Szaniawski mi zaraz dał znać żebym sobie Felisię z głowy wybił i ani o niéj myślał, bo francuz Boncour, już ją zaswatał, a królowa przyrzekła wydać za niego.
Boncour ten był sługą królowéj, którego do różnych potajemnych robót używała — miał zachowanie wielkie mówiono że pieniędzy umiał od niéj wyciągać sporo i już trzos dobrze nabity nosił.
Nie powabny był, bo i nie młody i ospowaty nieco, sprytny, żywy, kłamca i intrygant wielki.