Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chociaż wiadomo było wszystkim że się żenił z Felisią i ona temu nie zaprzeczała. Gdym przybył przyjęła mnie — tak żem zmysły postradał, z wielką uprzejmością, z takiemi czułemi wejrzeniami, jak gdyby istotnie w sercu dla mnie co miała.
Nie mogłem tego zrozumieć. Wiedziałem ci że francuzki mężów oszukiwać zwykły, i to chleb powszedni, że mąż u nich do serca nie ma prawa — ale mnie to obrzydzenie i pogardę sprawiało, bom prostą drogą nauczył się chodzić.
Gdyśmy się tedy spotkali, a ta ząbki do mnie szczerzyć zaczęła, ja powinszowałem jéj Boncoura.
Rozśmiała się poruszając ramionami.
— Jeszcze do tego daleko — rzekła — królowa mnie swata, ja się mojéj dobrodziejce i opiekunce nie opieram, ale Boncoura nie lubię.
Odszedłem od niéj rozmarzony — i byłbym może uwierzył zalotnicy, ale drugiego dnia już innego wabiła i z nim się zabawiała — a jam poszedł w kąt.
Oszaleć było można z tą dziewczyną.
Nie koniec na tém.
Federba też przypomniała sobie żem jéj w oko wpadł i witała mnie straszliwie czule, na większe utrapienie moje. Szaniawski mi tego szydząc zazdrościł.
— A toś powinien p. Bogu dziękować że się staréj babie głowa zawróciła — ona u królowéj może co chce; sam król się jéj kłania.
Co prawdą było — bo Letreu i Federba nawet Sobieskiemu straszne były, a często — gdy co u żony potrzebował wyrobić i szło mu opornie, udawał się do jednéj lub do drugiéj.