Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że z jednéj rezydencji do drugiéj przenoszono go, że on też się nie skarżył na dolę swoją.
Matka nie spodziewała się, że kiedyś do Żytomierza zawita, a ona go tam widywać będzie mogła.
Tym razem wspomniała też że czas by może dwór porzucić, o gnieździe pomyśleć, żenić się i gospodarować — dając do zrozumienia że panny by się znalazły ze wszech miar dla mnie stosowne, młode, majętne, dobrych rodzin, przystojne...
Podziękowałem pani rodzicielce za jéj troskliwość, alem odparł że do stanu małżeńskiego ochoty jeszcze nie czułem i wolałbym to zostawić czasowi.
Na co mi zaraz odpowiedziała.
— Mój Adasiu, tylko żadnéj żony z miasta i ze dworu, uchowaj nas panie... Nie przyzwyczai się to nigdy do naszego wiejskiego życia, a tęsknić będzie za miastem i dworem... Dopókim ja żywa, nie dopuszczę tego, ale i po mojéj śmierci, spodziewam się że rady usłuchasz — a żony sobie u swoich równych szukać będziesz...
Nie przyznawałem się przed matką do Felisi, bo nigdyby w świecie ani myśleć o niéj nie dała, raz że na dworze przy królowéj i splendorach była wychowana, powtóre że francuzka była, a francuzów u nas nie lubiono i obawiano się.
Mimowolnie pobyt mój na wsi się przeciągnął, bom na polowaniu przeziębiwszy się dostał srogiéj gorączki, tak żem bezprzytomny majacząc leżał więcéj tygodnia, a gdy dzięki księdzu kanonikowi, który razem doktorem był, do siebiem przyszedł, kilka miesięcy musiałem się odżywiać, aż mi siły dawne powróciły. Przy-