Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziś się śmieją z tego, ale pasij téj leczyć się nie nauczyli.
Dawał mi siebie za przykład Szaniawski, że on wcale się tak kochać jak ja nie był zdolnym — czego mu winszowałem — ale ludzie nie wszyscy są do siebie podobni.
Znając przywiązanie do mnie Szaniawskiego i obawy jakie miał — lękałem się aby i on potajemnie się nie starał na czas jakiś mnie od dworu oddalić i zakląłem go na przyjaźń naszą, aby tego nie czynił — powtarzałem mu ciągle — tyle mojego że ja ją widzę!!
Coraz jawniéj owa fantazja Kostuchy ku mnie — okazywać się zaczęła. Już i drudzy prześladowali nią, a co gorzéj, gdy który miał sprawę jaką, zwracali się do mnie, abym pomagał i pośredniczył, czemu się stanowczo opierałem. W dodatku ta jéj miłość śmiesznym mnie czyniła, bo wcale powabną nie była... ani miłą.
Ale obawiano się jéj jak ognia.
Czasu podróży do Krakowa i koronacji trochę byłem od niéj wyswobodzony, ale za to i Felisi widywać się było trudno, a ta mnie nie szukała, wprost czasem drwiąc ze mnie, bo pewna była że jedném słowem potem przyciągnie ku sobie.
Lecz dość o tém. Musiałem u samego króla się prosić aby mnie do siebie wziął, bo już po Sejmie na gwałt się wybierał na wojnę. Wszystko dobrze rozważywszy com miał lepszego do uczynienia?
Trzeba się było gwałtem oderwać od niegodziwéj téj dworki, uciekać od prześladującéj mnie Federby — a w ostatku i nie gnuśnieć wśród tych babskich intryg.
A i to mnie ciągnęło żem króla kochał i widział go