Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było w dolinie, spokojnie się rozpoczął rozkładać też, o sobie naprzód myśląc nie o nas.
Drugiego dnia przekonawszy się o tem, Sobieski uśmiechać się począł. Słyszałem jak mówił do Duponta.
— Przechowali Szatana, wódz z niego nie tęgi gdy mi daje spokojnie się tu fortyfikować — i nie przeszkadza. Będzie za to musiał drogo zapłacić.
Korzystając z téj niezdarności Seraskiera, kazał jeszcze Sobieski redut kilka sypać między lasem a błotem które późniéj się wielce przydały.
Ja com po raz pierwszy widział ten kraj, choć nasz Wołyń mu miejscami nie ustąpi, niemogłem się piękności jego nadziwić — chociaż go to plugawstwo pogańskie szpeciło. Lasy, wzgórza, rzeka — cud — jakie mi się to wydawało śliczne, ale gdzie było po za nasze obozowisko wyjrzeć, wszędzie namioty tureckie i tatarskie niby kretowiska, wojłokami pookrywane siedziały skupione.
Tureckie obozowisko dzieliła od nas rzeczka Świecza, o któréj mówiłem. Od téj począwszy ciągnęło. się ono daleko po za błota, w koło otoczone tatarami
Ja z początku nie umiałem rozpoznać jednych od drugich, ale rychło się nauczyłem.
Języka ciągle różnego przyprowadzano, król miał też tatarów swoich na usługach, którzy się wciskali do obozu i przynosili wiadomości.
Nuradyn Sułtan stał po drugiéj stronie rzeki na górach ze znacznym oddziałem wojska.
Strach było pomyśleć spojrzawszy do koła — bośmy byli jak w wianku otoczeni, tak że ani od nas, ani do nas się przecisnąć nikt nie mógł.