Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrzałem na króla tylko, ale na twarzy jego, oprócz wielkiego zapału i ochoty nic nie było można czytać, nie spróżnował chwili, koń stał ciągle gotów, ledwie zsiadł, często suchym kawałkiem chleba się pożywiwszy, ledwie do namiotu wszedł, już go wywoływano i znowu na koń, na drugi koniec obozu.
Ze wszystkiego widać było iż Sobieski o Seraskierze miał daleko lepsze wyobrażenie, niż doświadczenie późniéj poznać go dało.
Spostrzegliśmy że i on, który z taką ogromną potęgą naprzeciw naszéj garści się położył, nie czując się bezpiecznym okopywać się począł, na co król ramionami ruszył, bo mu te szańce nie były potrzebne, a nam dawał czas do lepszego obwarowania się. Francuzcy inżynierowie uśmiechali się, a Sobieski mruczał.
— Bogu dzięki — djabeł nie tak straszny jak go malują.
Mnie — com po raz pierwszy w obozie był i na wojnie, wszystko naówczas niepomiernie dziwiło. Jak skoro miałem chwilę czasu wolnego, wybiegałem z Morawcem aż do drugiego okopu, aby na obóz turecki patrzeć.
Na Świeczy postawili mosty, bo ona między nami a niemi płynęła, jakiem mówił, posypali koło nich reduty, a działa poustawiali.
Do utarczek prawie nie przychodziło, choć u nas ciągle czujność wielka była — bośmy się co godzina napaści spodziewali.
Połapani tatarowie powiadali że Seraskier do koła nas otoczywszy, spodziewał się głodem wziąć i dla te-