Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wróciwszy zastał u mnie francuza Dupont. Niewiedzieć co mu się przywidziało tamtego przepędził, mnie złajał, a w końcu laską uderzył. — Niemam nikogo — jestem sierotą, zlituj się nademną.
— Gotów jestem na wszystko — odparłem wzruszony w końcu — lecz cóż to pomoże. Wszak się nie uląkł Duponta.
— To co innego — wołała Felicja, oni między sobą jako francuzi po swojemu się rozprawią, wy tylko natrzyjcie — stchórzy.
Czułem że żądała rzeczy ani dla siebie ani dla niéj nie dobréj — ale łzy, prośby tak mnie upoiły, żem postanowił się rozprawić z Boncourem.
Nikogo się nie radząc — nikomu nie zwierzając — natychmiast z szedłem go szukać, a że właśnie od króla wracał, w podwórzu go pochwyciłem.
— Za pozwoleniem — rzekłem odprowadzając go na stronę — mam mały interesik do waćpana.
— Wy, do mnie? spytał ciekawie.
— Tak jest ciągnąłem daléj — niech to waści nie dziwi że na pozór się wdam w to co do mnie nie należy. Kochałem się długo w téj która waćpana żoną została. Los jéj nie przestał mnie obchodzić. Dowiaduję się że waćpan męczysz ją — i ważyłeś się rękę podnieść na kobietę. Nie jestem z żadnego innego tytułu opiekunem ale czuję się w obowiązku jako przyjaciel — oświadczyć że za wszelką jej wyrządzoną krzywdę — mścić się będę.
Francuz patrzał na mnie i pogardliwie się z żymał.
— Ale waćpan szalony jesteś? zawołał — co komu do mojéj żony? Sprawa między mną a nią.