Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nawet stary żołnierz chwilami wątpił...
Mówiłem to już, iż miałem do guzów szczęście, jakoż i tu w obozie, choć w pole nie wyciągnąłem, nie minęła mnie pamiątka tatarska.
Poszliśmy z Morawcem na prawe skrzydło przypatrywać się harcom z tatarami, a że trochę opodal w polu zobaczyliśmy leżącego dragona pod krzakami, i zdało się nam, że go może ratować można, biegiem puściliśmy się ku niemu.
Zdało się, że tatarów nasi odpędzili i że ich już tu nie ma wcale.
Nie miałem na sobie tylko kaftan łosiowy spodem a na wierzch kożuszek, zbroi żadnéj.
Wtem, gdy my już do trupa się zblizamy, nie wiedzieć zkąd świsnęło kilka strzał i czuję w ręku lewym jakby mnie szydłem kto przebódł.
Siedzi strzała tatarska i dygocze.
Chciałem wyrwać zaraz, bo mówiono o zatrutych, ale tak głęboko poszła żem dostać nie mógł. Trzeba było nazad do obozu zawrócić i tu mi dopiero Janusz, rozciąwszy trochę ranę, dostał strzałę z niéj, którą na pamiątkę zachowałem.
Rana mi się bardzo długo jątrzyła, tak żem z nią powrócił, ciekło z niéj, ciekło i zagoić nie było można, a i na starość w tem miejscu czuję rwanie na słotę.
Takich drobnych wypadków siłaby można przypomnieć różnych; co najszczególniejsza zaś, że kto miał polegnąć prawie zawsze przeczuwał coś, niepokoił się, spowiadał nawet...
Wiele razy mi się to widzieć zdarzało.. Z wieczora siedziemy najlepszéj myśli u kubków, aż wyrwie się który i zawoła: — Jutro mnie kula nie minie...