Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Śmieją się z niego, on sam też wesół, nic sobie z tego nie czyni — a nazajutrz — sprawdziło się.
Po zawarciu tego pokoju wszyscy się cieszyli, że wypocząć cokolwiek będą mogli, a i król też — choć on z łaski żony i Paców nigdy spokoju zażyć nie mógł.
Biedny człowiek, bez téj żony żyć mu było niepodobna, tak ją kochał, albo raczéj taką ona miała jakąś siłę przyciągającą dla niego — tak mu jéj brakło — a z nią nieustanny spór był, walka, męczarnia, bo nigdy nic ją nie zaspokajało.
Dla siebie i rodziny swojéj, doszedłszy do tronu, chciała nadzwyczajnych godności, tytułów i zapewnienia na przyszłość miejsca, jakie miała zajmować, wśród najsławniejszych rodów monarchicznych. Marzyła dla syna o tronie polskim, dla córki o wyswataniu ją za panującego, a że przeszłości, niestety, zmienić nie było można, w któréj familja de la Grange d’Arquien nie tak świetne miała imie, starała się we Francji dla ojca i brata o tytuł książęcy, o nadanie dziedzicznego parowstwa.
Ludwik XIV potrzebował i pragnął aljansu z Polską, rad był sobie ująć Sobieskiego, ale nadzwyczaj surowy gdy szło o dostojność, o nadawanie przywilejów rodowych — jakby na przekorę czynił trudności królowéj, przyprowadzonéj do rozpaczy. Uwielbienie jéj dla króla Francji powoli zmieniło się w nienawiść i pragnienie zemsty.
Napróżno starano się to załagodzić małemi grzecznościami — Maryja Kazimira się niemi zaspokoić nie mogła.
Tymczasem te intrygi we Francji, nieprzyjaciele