Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Król nadzwyczaj wesół był, dobréj myśli, i choć się skarżył na jakąś niemoc a lekarstwo miał brać, tak nakoniec z drugiemi dotrzymywał placu, że pociecha było patrzeć na tę jego dzielność.
Najtrudniéj mu bywało na siodło się dostać, ale raz na koniu, po godzin kilka nie zsiadając — nigdy się nie poskarżył. Na tych łowach około Dzieduszyc i Międzyrzecza, dzień w dzień, bez spoczynku się zabawiał.
W tym roku już, zdaje się, szala na stronę aljansu z Cesarzem przechyliła się, ale Vitry i francuzi znajdując króla do czasu powolnym dla Duwerna i zawsze z pewnym respektem wyrażającego się o Ludwiku XIV, pochlebiali sobie iż króla i królowę pozyszczą.
Vitry znając pewnie jak nasza pani chciwą była grosza, wnosił aby Francja sto tysięcy rocznie zaofiarowała, kupując sobie przymierze. Nie wątpiono iż się to powiedzie. Ale nieznali pono oni Sobieskiego, któremu o tem mówić nawet nie było można, ani nawet królowéj, która chciwą była, ale jeszcze bardziéj dumną, a w osobie siostry dotkniętą tak boleśnie iż tego przebaczyć nie mogła.
Na wiosnę tego roku znowuśmy z królem, który rad był trochę swobody mieć od żony i odetchnąć na świeżem powietrzu — ruszyli na łowy w kwietniu — a rezydent Cesarski tak pilnym był, iż nawet na polowaniu chciał Sobieskiemu towarzyszyć. Od tego się ledwie oswobodzono.
Jednakże pamiętam że gdyśmy około Dziedziłowa z nieosobliwem szczęściem polowali, bo zwierza było mało i tu króla nowiny od Turcji przez Wołochy dostarczone doszły, które przepisane zaraz rezydentowi