Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kąty, z każdym parobczakiem się żegnałem, a chwilami serce mi się tak ściskało żem im losu zazdrościł.
Matka popłakiwała, Julusia mi się wieszała do szyi... — ów świat co się tak uśmiechał, teraz gdyby kirem powleczony się zdawał.
Zwlekałem z dnia na dzień, aż na ostatek — ruszyć musiałem, w imie Boże.
Jakem się rozstawał z panią matką i domem — opisywać nie będę, ani podróży w ciągu której przez niedoświadczenie bąków siła się nastrzelało, za które workiem płacić przyszło.
Hetman czasowo przebywał we Lwowie, wybierając się do obozu pod Gliniany, i tu go zastałem, ale tak był niesłychanie zajęty wojskowemi sprawami, że ani mu listu oddać, ani się przedstawić pierwszego dnia nie było sposobu.
Około domu w którym stał, ludzi różnych, gromady czekały ciągle dobijając się posłuchania, wojskowi przyjeżdżali z obozu, przyprowadzano języka — przychodzili mieszczanie, przybiegali posłańcy z majętności jego z pieniędzmi, żydów też siła wartowała... nie licząc Senatorów i panów nawiedzających.
Z tego mi zaraz poznać było łatwo co Hetman znaczył, jakie miał zachowanie, bo, choć króla się też spodziewano, ale na Sobieskiego wszystkich oczy były zwrócone.
Wystawszy nadaremnie u wrót godzin parę, z desperacją niemal wróciłem do gospody — ale tu mi się szczęściem nastręczył Wardeński, rządzca Hetmana dóbr, któremu gdym się wyspowiadał z biedą moją, ulitowawszy się, obiecał mi nazajutrz drogę utorować.