Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzanin króla JMci, przybył w odwiedziny do matki, drzwi się u nas nie zamykały, tak wszyscy ciekawi byli odemnie dowiedzieć się o elekcij i o tem co się w Warszawie działo. Na prowincij z wyboru wszyscy byli radzi, na Hetmanie nadzieje wielkie pokładano, a o królowéj to mało co kto wiedział, tyle tylko że francuzką była, a to za nią nie mówiło, bo Marją Ludwikę pamiętano, która miłości nie miała — choć pono od téj nowéj królowéj daleko była lepszą.
Czas mi tu zszedł do jesieni, mogę powiedzieć piorunem, zasłyszałem i Szaniawski mi doniósł, że król się na odzyskiwanie Ukrainy i przeciwko tatarom a turkom wybierał. Chciałem i ja ztąd pospieszyć wprost do niego, czy do Lwowa, czy do Żółkwi, lub gdziebym o nim zasłyszał, ale ręka się uparcie jątrzyła, mimo balsamów i plastrów, które matka na wagę złota przepłacając sprowadzała.
Śmiech powiedzieć dopiero gdym te leki porzucił, a prostą babę przywołano, która ranę obmyła i jakieś ziela zgotowawszy niem mi okładać zaczęła rękę, — prędzéj ognia się pozbyła i goiła.
Ale pomimo to, i jesień i zimę przebyłem przy matce, tak że dopiero w r. 1675 mogłem się na nowo wybrać do króla na służbę.
Ręka była zabliźniona zupełnie, a jednak mi w niéj pozostała jakaś sztywność, któréj długo się nie mogłem pozbyć.
Przez cały ten czas, wierny mi przyjaciel Szaniawski regularnie pisywał, a choć listy, różnemi drogami przychodziły nie rychło — miałem ciągle wiadomości odedworu. Donosił mi że Felicja zawsze adoratorami chodziła otoczona, ale że w coraz większych była