Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jechałem precz z taką w sercu tęsknicą, jakbym tu największe szczęście porzucił.
Dopiero gdym się w znajomych okolicach, a zbliżać począł do gniazda, serce się poruszyło i zapomniałem o wszystkiem myśląc tylko o matce, którą widzieć miałem, i o Julusi i o domu...
Coraz pospieszając, bo mnie teraz coraz mocniéj ciągnęło do swoich, nocą przybyłem do Polanki, gdy już wszystko spało. — Co za radość była, aż do łez, jakie witanie — ile uścisków, co pytań?! niepotrzeba pisać!
Matkę znalazłem trochę postarzałą i jakby zmęczoną, Julusię znacznie wyrosłą, a największą niespodzianką było dla mnie żem i Michała zastał, któremu ojcowie, w towarzystwie drugiego starszego kleryka, na parę dni do domu przybyć dozwolili. Bóg wie czybym go gdzieindziej był poznał, tak się z twarzy, ruchów, obyczaju, w głosie nawet i całéj postaci odmienił.
Spoważniał bardzo — alem go nie znalazł smutnym, a gdym we cztery oczy pytał czy mu dobrze było i czy z wyboru stanu zawsze był rad, odpowiedział mi że zupełnie się czuł szczęśliwym.
Matka się skarżyła, że jéj gospodarstwo, interesa i wychowanie Julusi trochę na lata jéj przychodziło za ciężko..., ale do pozostania w domu mnie nie namawiała, powiadając że powołania słuchać należało, do czego komu Bóg dał ochotę.
Nieprzyznałem się przed nią, ani nawet przed Julusią do tego, że gdyby nie owa przeklęta francuzka, która mnie oczarowała oczyma bazyliszka — pewniebym był na wsi pozostał.
Jak się tylko w sąsiedztwie dowiedziano iż dwo-