Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się na mnie odgrażał po kryjomu i ciągle obiecywał mi dać naukę. Śmiałem się z tego — ale z żoną jego stosunków unikałem i choć mi się uśmiechała pięknie a wabiła, nie dawałem się pokusie.
Tak stały stosunki nasze, gdy jużeśmy się naówczas na Sejm wybierali do Warszawy, rano jednego dnia wpada do mnie poczciwy Szaniawski tak zaperzony, iż od razumpoznał że coś przynosi nie dobrego...
Nagle stanąwszy naprzeciwko mnie wśród izby, woła:
— Człowiecze! coś ty zrobił, do czego cię ta głupia pasja twoja doprowadziła!!
Przeżegnałem się.
— Co tobie jest? pytam spokojnie.
— Przedemną nie udawaj — krzyknął Szaniawski — póki czas, ubieraj się, uchodź — to nie przelewki...
Vox populi na ciebie wskazuje... wszyscy mówią że to sprawa twoja. Jeżeli ci życie miłe...
Mnie się w głowie mięszało.
— Bóg świadek duszy mojéj, zawołałem z łóżka się porywając, ani wiem ani rozumiem o co idzie... Czego ty chcesz? o czem mówisz?
Popatrzył na mnie Szaniawski.
— Czyś winien, czy nie winien, bo dalibóg nie wiem już co sądzić... rzekł ciężko oddychając... ratować się jakoś należy, bo jeden jedyny głos że to twoja sprawa...
— Ale, do kroćset djabłów — przerwałem, powiedz że mi w końcu o co idzie. Jestem jak w rogu...
— Boncour zabity — począł Szaniawski, znaleziono dziś rano w śmierć porąbanego w lasku za ogrodem.