Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ledwiem tych słów dokończył, wchodzi Szaniawski w rannym kożuszku z uśmiechem na twarzy.
— Chłopiec ci już pewnie przyniósł wiadomość? spytał.
— Prawda-li to?
— Obu ich niema — odparł Szaniawski oczyma mi pokazując abym odprawił wyrostka.
Posłałem go do stajen.
— Podziękuj mi — odezwał się przyjaciel. Wczoraj wieczorem zagadnąłem Słoniewskiego, a że na złodzieju czapka gore — zdradził mi się od razu. Dziś ich już obu niema — zatem oczyścić się będziesz mógł, a ja pozbędę się utrapionych kluczów od skarbczyka, które mnie palą — bo mi się ciągle zdaje że ktoś go okradnie — a ja będę musiał odpowiadać.
Rzuciłem się go ściskać z radości wielkiéj, a ten dopiero usiadłszy per extensum mi wszystko opowiedział — nastając na to że oba młokosy nie tyle były winne co ta przebrzydła Boncourowa — która ich nasadziła — podbudziła i właściwie ich rękami sama popełniła zabójstwo.
— Niechaj że cię to — dokończył, raz na zawsze wyleczy z téj miłości niegodnéj ciebie dla kobiety — która warta jest najsroższéj kaźni. Właśnie się dowiaduję — że francuz mąż jéj — testament zostawił, którym wszystko co miał niepoczciwéj przekazał.
We dworze wiadomość o ucieczce Słoniewskiego z towarzyszem uczyniła wrażenie ogromne, a na moją stronę się przechyliła waga i poczęto ubolewać że mnie nadaremnie posądzono, iż król w pośpiechu mnie skrzywdził i t. p.
Nie narzucając się przecież pozostałem na strychu