Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Choć to było w końcu sierpnia, ale dzień burzliwy i straszna zawierucha z gradem i śniegiem nas poprzedziła... gdy turcy zaledwie się rozkładać mieli.
Sroga ich mnogość stała przed nami, tak że przy pierwszem starciu jazda nasza złamać się dała, ale król przyskoczył sam wołając.
— Albo niech mnie ubiją tu, lub zwyciężyć musiemy! Naprzód!
Próżno go jako wodza i króla powstrzymywać chciano, żołnierzem był tylko w téj chwili — ani Radziwiłł, ani Lubomirski, ani Pac, którzy go odciągli, niemogli nic... — Puścił się na czele pułków, a to tak wojsko całe zapałem wielkim przejęło, iż z góry runęło impetem okrutnym na turków, którzy go nie wytrzymali...
Kto zna sposób ich wojowania wie to, że raz złamani, gdy, wedle wiary swéj, widzą w tem rękę przeznaczenia iż ginąć mają, już się nie opierają. Dla tego popłoch na nich rzucić pierwsza rzecz, bo z lasem walczyć nie umieją.
Jak skoro tył podali, już było tylko ścigać i zabijać — chociaż — na oko samo, bo liczby turków dokładnéj nie znał nikt, było ich pewnie trzykroć tyle co nas — a uchodzili tak ścigano i zabijano po drodze, że ich ranek następny o osiem mil ode Lwowa zastał.
Nikt tak dobrze charakteru muzułmanów, sposobu wojowania ich nie znał jak Sobieski i to mu dawało wielką wyższość nad innymi wodzami... — Zapobiegł aby się do kupy zebrać nie mogli, kazał ścigać pojedyncze oddziały, a gdy raz zwycięztwo na naszą pochyliło się stronę, już wiernie nam służyło... Dopiero i duch i męztwo i ufność w siebie powróciły.
Muszę też to przyznać wszystkim, których w boju